Król Diamentów – Rozdział II

sobota, 6 października 2018

            Zabawne, jaki czas potrafi być figlarny. Dla jednych trzy dni od zamachu minęły jak jeden, zaś niektórym zdawało się, że upłynęła przepełniona bólem i goryczą wieczność.
            Quentin przemył zmęczoną twarz zimną wodą. Przyjrzał się swojemu odbiciu w ogromnym, pozłacanym lustrze. Wyglądał okropnie. Nieprzespane noce dały o sobie znać – podkrążone oczy, skóra, zwykle śniada, przybrała bledszy odcień, a we włosach pojawiło się kilka strąków, które natychmiast rozczesał. Jednak wygląd zewnętrzny wcale go tak nie martwił, bo duchowo czuł się dużo gorzej. Żal i wyrzuty sumienia ściskały go za serce, a przecież nie zrobił nic złego. Nerwowa atmosfera była wyczuwalna w całym pałacu.
            Przyszły król obmył dłonie w kryształowej misie, znajdującej się na toaletce i starannie wytarł je w miękki ręczniczek. Dopiął mankiety koszuli i pomarańczową, wyszywaną drogimi klejnotami marynarkę. Tego dnia poranna rutyna nie sprawiała mu żadnej przyjemności.
            Słońce wpadało do komnaty, przebijając się przez falujące zasłony, dając zapierający dech w piersiach efekt. Architekci projektując sypialnię, doskonale obmyślili całą koncepcję, zadbawszy nawet o najmniejsze detale, jak na przykład idealny kąt padania światła. Każde złote zdobienie lśniło, a kryształy mieniły się. Zamiast południowej ściany, rolę tę pełniły w całości olbrzymie okiennice. Wnętrze było ciepłe i przestronne, mimo sporej ilości mebli i dekoracji – w znacznym stopniu powiększały je porozwieszane dookoła lustra.
            Książę przepadał za porządkiem. Nie było się co dziwić, że o czystość jego komnaty dbało mnóstwo służących. On sam nawet lubił, od czasu do czasu, układać książki na półkach i porządkować stare dokumenty oraz mapy. Tam, gdzie trzymał ważne papiery, to jest w swojej pracowni, która stanowiła osobny kącik, obowiązywał kategoryczny zakaz uprzątania przez pokojówki – Q wolał zajmować się tym osobiście.
            Delikatnie musnął ramę obrazu. Przepiękne malowidło przedstawiało czwórkę wyniosłych ludzi – parę królewską wraz z dwójką dzieci. Wysoki mężczyzna w koronie prezentował się dostojnie, dumnie. Jego złotą marynarkę pokrywało mnóstwo orderów. Spojrzenie, choć poważne, emanowało ciepłem spod pszenicznych włosów. Prawą dłoń król trzymał na ramieniu młodego, na oko ośmioletniego, chłopca. Obok zaś siedziała najprawdziwsza bogini, z głowy której spływały kaskadami jak jedwab złote włosy. Ubrana w białą, wyszywaną klejnotami suknię królowa tuliła do siebie drugą pociechę z wyrazem pełnym miłości. Wszyscy wyglądali na szczęśliwych, tak jakby nic nie mogło tego zniszczyć. Na zawsze razem – głosił umieszczony na ramie napis.
            – Ojcze – szepnął Q, spoglądając na młodszą wersję samego siebie i górującego nad nim króla – użycz mi swojej siły – poprosił, starając się nie uronić łez. Nie znosił ckliwych momentów. Mimo to czasami pozwalał sobie na odrobinę słabości, zwłaszcza, jeśli chodziło o rodzinę. Tęsknił za dawnymi czasami.
            Rozległo się pukanie do drzwi. Książę natychmiast odwrócił się, ocierając oczy. Wyprostował się.
            – Wejść – rozkazał głosem twardym, bez emocji, tak jak go uczono.
            Chwilę później w komnacie pojawiła się młoda służka. Zwinnym ruchem wślizgnęła się, niosąc tacę z napojami. Ukłoniła się. Quentin musiał przyznać, że była w jego typie – ciemne włosy i skóra, pełne usta oraz spore krągłości w miejscach, gdzie powinny się znajdować. Niemniej jednak nie posiadała unikatowej urody, Q widział już sporo podobnych kobiet.
            Przypominała mu kogoś. Spochmurniał.
            Służąca zabrała z toaletki misę, odstawiwszy na biurko jedną ze szklanek. Gdy zauważyła, że przyszły król wpatruje się w nią, zarumieniła się i odwróciła wzrok.
            – Przynoszę wieści, Wasza Królewska Mość – rzekła, wykonawszy swoją pracę. Odgarnęła niesforny kosmyk za ucho. – Za piętnaście minut rozpocznie się Zgromadzenie Narodowe w Sali Narad. Naczelnik d’Avor z niecierpliwością oczekuje Pańskiego przybycia – poinformowała.
            – Dziękuję. Czy to wszystko? – spytał uprzejmie Quentin, zmieniając wyraz twarzy na łagodniejszy. Chętnie zapytałby ją o imię, niestety była tak speszona, że ostatecznie zrezygnował.
            Dziewczyna kiwnęła i skłoniła się, po czym tym samym sprężystym ruchem, co wcześniej, opuściła komnatę.
            Złotowłosy westchnął.
            „No tak, narada” – pomyślał. – „Wiekopomne zgromadzenie dotyczące ostatniej masakry”.
            Nie był w nastroju, by brać udział w tego typu przedsięwzięciach. Nie teraz i nie w takiej sprawie. W jego głowie nadal echem odbijały się krzyki. Wszędzie ból i cierpienie. Z trudem rozmawiał i wysłuchiwał wieści dotyczących zamachu sprzed trzech dni. Niewiele wiedział, zwlekał z poznaniem liczby strat. Gdyby tylko mógł, wyrwałby się od przerażającej rzeczywistości, wyruszając w góry, jednak tak nie powinien postępować przyszły król. Troska o dobro poddanych i królestwa trzymała go w ryzach. Nie narzekał, nie wypadało. Za każdym razem zaciskał pięści i szedł dalej. Nawet byle koszmary nie potrafiły go zatrzymać.
            Quentin spojrzał na zegarek i jeszcze raz poprawił marynarkę. Czas go naglił. Pośpiesznie obejrzał się w lustrze.
            „Tragedii nie ma” – stwierdził, wygładzając czuprynę, szykując się do wyjścia.
            Po raz ostatni, mimowolnie, jego wzrok na moment powiódł ku obrazowi.
            „Nie zawiedź ich”. – Myśl ta krążyła mu po głowie, kiedy kierował się ku wyjściu. Lekko zagryzł wargę. Głęboki wdech i wydech. Nacisnął klamki podwójnych drzwi. Nie było odwrotu.
            Od razu otoczyło go dwóch barczystych gwardzistów. Tym razem Q nie miał nic przeciwko ich eskorcie. Zwartym krokiem ruszyli ku wschodniemu skrzydłu, mijając po drodze sporo rozstawionych w pałacu żołnierzy – wszystko w ramach bezpieczeństwa. Choć minęło zaledwie kilka dni, tamto wydarzenie zdążyło już zmienić wiele, a to wciąż nie koniec.
            Korzystając z okazji, Quentin przyjrzał się jednemu z idących wraz z nim strażników. Na widok żołnierskiego munduru i odznaczeń, po głowie przemknęło mu wspomnienie wojskowych koszar, gdzie został posłany przez ojca, by nauczyć się dowodzić armią. Dawniej to król pełnił rolę głównego generała, z czasem jednak wyodrębniono osobną posadę, którą co kilka lat powierzano wybitnemu dowódcy. Nie oznaczało to wcale, iż władca całkowicie przestał ingerować w siły zbrojne – od niego zależało między innymi uzbrojenie, liczebność i cel działania.
Wyprawy o świcie, ćwiczenia w gęstych lasach niezależnie od pogody, mimo wszystko książę tęsknił za tym. Poznał tam wiele wspaniałych towarzyszy broni, a przede wszystkim obecnego Generała Karo – Yves’a Sola.
            Przyszły król wpadł na pomysł, aby spotkać się z przyjacielem. Chciał z nim szerzej omówić kwestię zamachu. Wiedział, że Yves nie będzie obecny na zgromadzeniu, nie tak prędko da się dotrzeć do Montanagne spod granicy z Treflem. Brakowało mu go, ich wspólnych wypadów… Dobrze się dogadywali, choć generał był o ponad dziesięć lat starszy.
            – Dotarliśmy, Wasza Wysokość – oznajmił czarnoskóry gwardzista.
            Stanęli przed wielkimi, dębowymi drzwiami, na których wyryte były diamenty, a wykończenia ozdobione złotem. Strażnicy eskortujący Q skinęli głowami żołnierzom pilnującym wejścia do Sali Narad. Ci natychmiast chwycili za klamki i otwarli podwójne wrota.
            Quentin podziękował i wszedł do środka.
            „Ojcze, użycz mi swojej siły” – powtarzał niemalże jak mantrę, jakby stało się to rodzajem monomanii.
♦♦♦
            Dźwięk uderzającej o stół pięści rozniósł się po sali. Efekt spotęgowała cisza, która nastała zaraz po tym, choć jeszcze wcześniej trwała zacięta wrzawa. Oczy wszystkich zwróciły się ku Naczelnikowi Królestwa. Niektórzy na gwałtowny ruch d’Avora zareagowali wzdrygnięciem lub podskoczeniem. Przyszły władca ani drgnął, Lucien zaś wyglądał na znudzonego.
            Wreszcie, po chwili niezręcznego milczenia, panujące napięcie zerwało ciche chrząknięcie.
– Z całym szacunkiem, Lennoxie – zaczął pulchny mężczyzna z wąsem, poprawiając się na krześle – nie sądzisz może, że wypadałoby najpierw wspólnie przedyskutować sprawę? Wprawdzie nie twierdzę, że podjęte przez ciebie kroki i wysunięte wnioski są błędne, jednak nie bez powodu istnieje coś takiego jak Rada Karo. Mimo wszystko decyzje powinny być podejmowane wspólnie, nie uważasz?
Kłótnia radnych trwała już odkąd Quentin przekroczył próg Sali Narad, nie pomogło nawet pojawienie się naczelnika. Każdy z nich musiał wtrącić swoje trzy zdania. Nie to jednak najbardziej irytowało Q, ale ich kompletny brak współczucia dla ofiar, ich rodzin i rannych – chodziło im tylko i wyłącznie o własny interes. Z trudem powstrzymywał się, by nie powiedzieć czegoś magnatom.
– Tak jak byś ty, był zwolennikiem dyskusji, Bonifacio – prychnął Cesare Riva w stronę otyłego dostojnika. Jego jasne, krótko ścięte włosy znacznie kontrastowały z ciemną skórą. Obaj hrabiowie spiorunowali się wzrokiem.
D’Avor westchnął podirytowany. Potarł skronie, na które opadły mu siwe kosmyki.
– Panowie, jeśli przyszliście tutaj, by wdawać się w dziecinne, słowne potyczki, zwłaszcza w tak trudnym i ważnym okresie, to doprawdy, nie macie tu czego szukać. Karo poradzi sobie bez was doskonale. Dostatecznie już okryliście swe rodziny hańbą.
Na te słowa obaj awanturnicy spuścili głowy. Widząc ten żałosny obrazek, Lennox wyprostował się dumnie, wykrzywiwszy usta w drobny, złośliwy uśmiech triumfu. Starszy książę był mu wdzięczny za uspokojenie radnych.
Naczelnik wstał i odchrząknął.
– A zatem, zacznijmy wszystko na nowo, od początku – polecił, a wszyscy zgodnie pokiwali głowami.
Szpakowaty mężczyzna posmutniał na moment, mimo to nadal biła od niego duża pewność siebie oraz wyniosłość prawdziwego lidera, czego Quentin w tamtej chwili nieco mu zazdrościł.
– Ostatnimi czasy los nie był łaskawy dla naszego królestwa, napotkaliśmy wiele problemów i goryczy. Jednakże nie poddaliśmy się, lecz w dzień, w którym mieliśmy ogłosić naszym rodakom radosne nowiny, spotkała nas jeszcze gorsza tragedia, porównywalna do tej sprzed roku. – Nie musiał mówić, jakie nieszczęścia miał na myśli, zgromadzeni wiedzieli, że chodziło o zamach sprzed kilku dni i utratę pary królewskiej.
Q przełknął ślinę, stresował się. Obawiał się drastycznych informacji. Zwlekał z poznaniem ich, mimo iż jakiś czas temu aż się do tego palił. Zerknął ukradkiem na siedzącego obok brata, nastolatek już nie podpierał się ze znudzeniem o stół, tylko z zaciekawieniem słuchał. Wziął głęboki oddech.
– Dokonany przed trzema dniami zamach na Placu Monet był aktem bestialstwa i absolutnie zasługuje na potępienie. Z przykrością, przynoszę wam tragiczne wieści, przekazane mi przez Gwardię. – Wszyscy milczeli, wsłuchani w słowa naczelnika. – Jak wynika z oficjalnych danych, śmierć w wyniku wybuchu poniosło trzydzieści dziewięć osób, ponad stu obywateli zostało rannych, z czego czterdziestu pięciu poważne. Natychmiast ośmieliłem się wzmocnić ochronę pałacu oraz rozpocząć śledztwo. Jednak nie bez powodu zwołałem Zgromadzenie Narodowe. Tu pytanie kieruję do was: co dalej?
Złotowłosy zamrugał kilkakrotnie, dokładnie analizując wypowiedź mężczyzny, zresztą nie on jeden. To nie była błaha sytuacja, wszystko wymagało wnikliwych przemyśleń, aniżeli pochopnych działań. Jednocześnie poczuł ukłucie w sercu i przykrość. Tylu ucierpiało.
– Moglibyśmy wpierw znaleźć odpowiadających za zbrodnię sprawców – zaproponował siedzący przy oknie Geoffroy Arceneu. – Nie możemy przecież puścić płazem tak barbarzyńskiego zachowania.
– Zaiste – zgodziła się głowa rodu Bellini.
– Panowie – zwrócił się do nich d’Avor, choć zdawało się, iż mówi do wszystkich. – Zapewniam was, że sprawcy zostaną sowicie ukarani. Jak już wspomniałem, śledztwo trwa.
– Mamy chociaż jakichś podejrzanych? – wtrącił się radny Bonifacio.
– Naturalnie – potwierdził Naczelnik Karo. – Nie chciałbym tutaj wyciągać pochopnych wniosków i zbyt wcześnie kogoś oskarżać, jednak pozyskane informacje pozwalają mi przypuszczać, że z zamachem powiązane są Trefl i Szara Rebelia.
Q ze świstem nabrał powietrza. Obok niego Luc poruszył się, wydął wściekle usta w podkówkę, patrząc na mężczyznę krzywym okiem. Radni natomiast nie wydawali się być zdziwieni. Mimo to w pomieszczeniu zapanowała dziwna atmosfera, jakby powietrze można było kroić nożem, a wszystko to na samo napomnienie o Szarej Rebelii. Organizacja ta – lub jak ich zwano, terroryści – pojawiła się na terenie Talii kilka lat temu. Jej członkowie, ubrani w charakterystyczne, szare mundury, gdyż kolor ten nie należał do żadnego królestwa, walczyli przede wszystkim o połączenie czterech państw w jedno, zupełnie jak dawniej, i zatarcie podziałów oraz różnic kulturowych. Do tej pory ich działania nie były aż tak groźne, nie na tyle, aby przeciętna armia nie umiała się z nimi uporać. Pomimo tego nie spotkali się z dużym poparciem – z tego względu starali się załatwiać sprawy na drodze pokojowej, sabotując wojska królestw czy urządzając manifestacje. Nie było do końca wiadome, gdzie znajduje się ich baza. Podejrzenia podały na Trefl, ale w szczególności Pik, które zwykle udzielało azylu uchodźcom, z uwagi na małą liczbę ludności. Ostatnimi czasy ich aktywność gwałtownie wzrosła, jednak czy potrafili zdobyć się na taki akt odwagi, żeby zaatakować?
Sama myśl o ataku rebelii rozpalała w Quentinie siarczysty gniew. Ich poglądy nigdy go nie przekonywały. Każde królestwo było zbyt różne, perspektywa scalenia ich od razu budziła oburzenie, zapowiadała konflikty. Połączenie tylko dwóch podobnych do siebie nacji wydawało się lepszym pomysłem. Zresztą, czy ludzie nie wyciągnęli wniosków z historii? Królestwo Talia już raz upadło, choć rzekomo było potęgą, więc złotowłosy nie rozumiał koncepcji rebeliantów w ponownym utworzeniu go ani tego, jak twierdzili, że niechęć do połączenia wynikała ze zbiorowej manipulacji dawnych władz. Nie mieli na to żadnych dowodów.
– A więc wojna?
Oczy zgromadzonych powędrowały na La Ducę. Przyszły król nie spodziewał się, że pulchny radny wysunie taką propozycję, podobnie jak reszta magnatów. Decyzja o rozpoczęciu krwawego konfliktu raziła ich interesy. Q spojrzał na naczelnika d’Avora, który pozostał niewzruszony. Szpakowaty mężczyzna ze stoickim spokojem napił się wody.
– Nie wykluczone, Bonifacio. – Lennox odłożył do połowy pełną szklankę. – Nie sądzę jednak, iż powinniśmy zdobyć się na tak gwałtowny gest wobec niepotwierdzonych jeszcze sprawców. Wypowiedzenie wojny to poważna sprawa, na którą należy się solidnie przygotować. Nie możemy przecież porwać się z mieczem na byle kogo, bez klarownych dowodów. Poza tym, kto wie czy nie przyniosłoby nam to znacznych strat zamiast korzyści. Rozumiesz, prawda?
La Duca spuścił głowę ze wstydu, skompromitowany przez Naczelnika Karo. Według jego słów wyszedł na kompletnego głupca, który na gwałt, nie mając planu, pragnie znaleźć się na polu bitwy. Radni patrzyli na niego z pogardą.
– Co zatem powinniśmy zrobić? – Marco Bellini, oparł się na krześle i skrzyżował ręce na piersi.
D’Avor zastanowił się na moment.
– Uważam, iż powinniśmy najpierw zająć się bezpieczeństwem Diamentian – odezwał się po raz pierwszy Quentin głosem wyniosłym, pewnym swoich racji. – Ostatnie wydarzenia wywołały w królestwie panikę, która zupełnie nie jest nam potrzebna. Społeczeństwo powinno wiedzieć, że zależy nam na nich i troszczymy się o obywateli. Nie chcemy przecież buntów i anarchii. – Wszyscy spojrzeli na niego z zaciekawieniem, nawet młodszy książę zdawał się być przejęty. – Dodatkowo, musimy przede wszystkim okazać wsparcie rannym oraz rodzinom ofiar. Postuluję za dofinansowaniem opieki medycznej, a także wypłatę poszkodowanym pieniędzy i większych racji żywnościowych. Odpowiadają państwu takie warunki?
Magnaci nie wyglądali na zadowolonych. Panowie La Duca i Arceneu kręcili nosami. Pomysł, który uszczupliłby nieco ich przychody, nie wchodził dla nich w grę.
„Podli skąpcy” – pomyślał Q. – „Żałują swoich pieniędzy na ofiary tragedii”. – Jednak to nie ich opinia obchodziła go najbardziej.
Rada Karo składała się z czterech członków i jej główną funkcją było doradzanie królowi. Radnych, pochodzących z bogatych, wpływowych rodzin, zazwyczaj wybierał, na czas nieokreślony, panujący władca. Do innych obowiązków Rady należało także kierowanie polityką międzynarodową, jednakże w czasie bezkrólewia sprawowała władzę wraz z dowodzącym nią naczelnikiem.
Lennox po raz kolejny zwilżył gardło. Na twarz wkradła mu się zmarszczka.
– Naturalnie. Poddani zasługują na godne traktowanie – zgodził się, gromiąc napuszonych mężczyzn. – Znakomity pomysł, Wasza Wysokość. Jak zawsze zresztą. – Posłał młodemu mężczyźnie uśmiech, który wydał mu się nietypowy. Mimo to Quentin ze stonowaną radością przyjął pochwałę. – Zaraz po spotkaniu przygotuję odpowiednie plany oraz dokumenty i poślę je do wszystkich urzędników, aby rozkazy zostały jak najszybciej wykonane. Dodam również, iż sądzę, że wszystkie rodziny szlacheckie powinny oddać część plonów ze swoich majątków ziemskich dla potrzebujących. Osobiście dopilnuję, żeby wszystko przebiegło szybko i sprawnie.
Bonifacio i Geoffroy prychnęli. Nie pozostało im nic innego, jak tylko się zgodzić. D’Avor był ich przełożonym, który wciąż mógł pozbawić arystokratów stanowisk. Bali się o swoje posady.
– Oczywiście. – Zrezygnowani pokiwali głowami. Starszy książę uśmiechnął się zwycięsko, ale nie złośliwie.
– Czy to wszystko na dziś? – Padło pytanie. Wszyscy spojrzeli w stronę radnego Rivy.
– Ależ skądże, Cesare. – Naczelnik wziął do ręki stos leżących na stole papierów. – Korzystając z okazji, chciałbym omówić z wami jeszcze bieżącą politykę królestwa.
Lucien jęknął cierpiętniczo. Tego typu sprawy państwowe nudziły go.
Lennox ściągnął brwi.
– Książę – zwrócił się do nastolatka – rozumiem, że zasiadanie na tronie jest ci dalekie, mimo to powinieneś słuchać, zwłaszcza, że sprawy tyczą się również ciebie. Kto wie, czy to właśnie nie ty zostaniesz w przyszłości doradcą swojego brata, a na nic zdatny nam rozpieszczony królewicz.
Lux naburmuszył się, ale nie odpowiedział. Zacisnął pięści. Quentin nie bronił go, choć słowa naczelnika były obraźliwe.
            Radny Bellini odchrząknął, wtrącając się.
            – A zatem, od czego zaczniemy?
            – Proponuję ponownie omówić unię z Kier. – Magnaci pokiwali zgodnie głowami. Szpakowaty mężczyzna przejrzał jeden z dokumentów. Zdjął okulary.
            Q przełknął ślinę. Nadal trapiły go pewne wątpliwości, co do wspomnianego planu, w którym miał odegrać kluczową rolę. Upił trochę wody, by nawilżyć suche gardło.
            – Dziś dotarła do mnie wieść, że za niecałe dwa tygodnie do Karo przybędzie poselstwo z Kier wraz z królową Tatianą. Chociaż mam pewne wątpliwości, czy ostatnie wydarzenia nie zagrożą ich bezpieczeństwu, Królowa Kier nadal pragnie niezwłocznie poznać Waszą Książęcą Mość – wyjaśnił Naczelnik d’Avor. – Wtedy też odbędzie się przełomowa dla obu królestw narada. Jak już ustaliliśmy wcześniej, głównym tematem rozmów będzie unia personalna, którą zwieńczy małżeństwo między władczynią Różan a naszym przyszłym królem, Quentinem. Dzięki takiemu połączeniu zyskamy do dyspozycji więcej wojsk i pieniędzy, a Karo wraz z Kier staną się potęgami panującymi na kontynencie.
            Radni przytaknęli.
            – Co z koronacją? – dociekał Arceneu, składając ręce.
            Lennox już otwierał usta, lecz uprzedził go Quentin.
            – Otóż, nie jesteśmy jeszcze pewni, kiedy to wszystko miałoby się odbyć. Dopiero w czasie rozmów z Rządem Kier podejmiemy decyzję dotyczącą obu dat. Sądzę jednak, że wydarzy się to w przeciągu kilku miesięcy, a ślub i koronacja będą jednym, wspólnym wydarzeniem.
            Hrabia La Duca poprawiwszy się na krześle, zaśmiał się.
            – No, nareszcie damy popalić tym chłystkom z Treflu – mruknął pod nosem, ale wszyscy go usłyszeli.
            – Dokładnie – dołączył się Geoffroy. – Z tak pokaźną armią zemścimy się na Szarej Rebelii i Treflu za ten zuchwały akt morderstwa naszych obywateli. Pokarzemy im, że z nami się nie zadziera.
            Reszta radnych zgodziła się z nimi, jednakże nie wszystkich porwała fala euforii. Quentin zachował kamienną twarz, podobnie jak naczelnik, zaś młodszy książę zrobił się czerwony ze złości.
            Lucien uniósł się. Uderzył pięścią w stół.
            – Trefl nie ma nic wspólnego z zamachem! – krzyknął.
            – Lux… – zaczął Q, chcąc uciszyć i uspokoić brata, zanim ten ściągnie na siebie, a może i także na niego, konsekwencje.
            – Nie, Quentin. – Wyrwał rękę z uścisku złotowłosego. – Nie będę siedział cicho.
Lennox również wstał.
– Zważaj na swój język i ton, książę.
– Bo co? – zapytał nastolatek, drwiąc. – Mam już dość ciągłego uwłaczania Niczykom. Trefl nie ośmieliłoby się nas zaatakować.
– Skąd niby ta pewność, dziecko?! – Do kłótni włączył się Marco Bellini. Luc wbił w niego wściekłe spojrzenie. Przypominał wybuchający wulkan.
Quentinowi coraz trudniej było się powstrzymać, aby nie wytargać brata z Sali Narad i nie nakrzyczeć na niego. Powróciły jego wcześniejsze podejrzenia. Dlaczego Lucien tak bardzo bronił wrogiego królestwa? Nie poznawał go, fakt, od zawsze miał trudny charakter, ale nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się tak ociekać wściekłością. Kiedyś także nienawidził ich wschodniego sąsiada.
– Gdybyście choć trochę poszerzyli swoje horyzonty, dowiedzielibyście się, że mają nowego króla, który nie chce żadnej wojny. Jest pokojowo nastawiony – żachnął się.
D’Avor chciał mu przerwać, ale ten kontynuował dalej:
– W ciągu swoich trzytygodniowych rządów zdążył już znieść podział klasowy.
– A także powołać nowego generała – dodał z pogardą La Duca. – I to niby kogo? Kobietę – zadrwił. – Tak się kończy, gdy na tronie zasiada bękart.
Q zagryzł język, by nie zwrócić mu uwagi. Nie znosił, gdy obrażano płeć piękną, pomimo tego milczał, obawiając się, że powie za dużo. Wyręczył go Lux.
– Zamknij tę tłustą–
– Dość tego! – Pięści uderzyły w stół, przerywając wypowiedź blondyna. Bonifacio znów podskoczył na krześle, nawet Quentin na moment przeraził się. Powieka Lennoxa aż drgała ze złości.
– Książę Lucienie Lamont – zaczął, jego głos ociekał jadem. Formujące się na jego twarzy zmarszczki wskazywały, że stara się hamować. Radni spuścili głowy, myśląc, że im również się dostanie. – Do tej pory przymykaliśmy oko na twoje wybryki, ale teraz? Teraz przeszedłeś samego siebie.
Lucien usiadł. Nadal jednak miał gniewną minę.
– Przesadziłeś – szepnął do niego przyszły król. Nastolatek puścił tę uwagę mimo uszu, skupiony na naczelniku.
– Bezcelowe, nie mówiąc już bezczelne, zabieranie głosu, unoszenie się i, na dodatek, obrażanie urzędnika państwowego w imię czego?! Żałosnego królestwa i równie nędznego króla. – D’Avor przygryzł wargę. Oboje z księciem świdrowali się wzrokiem. – Zdajesz sobie sprawę, jakie czekają cię konsekwencje?
Luc nie odpowiedział. Wszyscy patrzyli na niego, jakby oczekiwali poddania się z jego strony, Quentin także. W końcu młody książę drgnął. Złotowłosy dostrzegł, że na jego twarzy znów pojawił się ten nieodłączny grymas. Chłopak prychnął i odsunął się od stołu, specjalnie szurając krzesłem o białe, marmurowe płytki. Okropny pisk, gdyby nieco głośniejszy, z pewnością mógłby stłuc wszystkie lustra, jakie znajdowały się w Sali Narad.
– Mam to gdzieś – odburknął Lucien i chwilę później trzasnął drzwiami. Wszystkie obrazy i kryształowe wazy zatrzęsły się.
Magnaci byli wstrząśnięci.
– Bezczelny bachor – wymsknęło się Geoffroy’owi.
Q sapnął. Wstydził się za brata. Koniecznie musiał z nim porozmawiać o jego karygodnym zachowaniu. Coś takiego nie mogło się już więcej powtórzyć.
– Przepraszam za niego – odparł ze zmęczeniem. – Obiecuję, że z nim porozmawiam. To był jedyny i ostatni raz, przysięgam. – Czuł się poniekąd współwinny tej sytuacji, w końcu odpowiadał za nastolatka.
– Nie zmienia to jednak faktu, Wasza Wysokość – zwrócił się do niego naczelnik – iż mimo wszystko książę nie uniknie kary. – Radni przytaknęli.
Quentin pokiwał głową. Lucien zasługiwał na naganę. Kto wie czy to nie właśnie pobłażające traktowanie go, nie doprowadziło do tego, że czuł się tak bezkarnie. Pozwalano mu na zbyt wiele.
– Proponuję wysłać go do wojska – zasugerował hrabia Riva. – Tam nauczą go szacunku.
Reszta arystokratów poparła go. Q poczuł gulę w gardle, zauważając przekonanie w oczach Lennoxa. Obawiał się, że nastolatek nie poradzi sobie w koszarach. Nie był wysportowany, wręcz unikał aktywności fizycznej jak ognia. I do tego jeszcze te ataki paniki… Nie mógł do tego dopuścić.
– Z całym szacunkiem, ale nie uważam tego za dobry pomysł – zabrał głos, nie przejmując się sprzeciwem magnatów odnośnie jego słów. – Książę Lucien bywa czasami arogancki i opryskliwy, ale zapewniam Państwa, że to tylko okres przejściowy. Mój brat dorasta i jak każdy nastolatek przeżywa bunt, dlatego proponuję lżejszą karę.
Rada nie wyglądała na zachęconą, tymczasem naczelnik słuchał go uważnie.
 – Zatem, co proponujesz, Wasza Wysokość?
Przyszły władca odchrząknął i kontynuował:
– Moim zdaniem najodpowiedniejszy będzie tymczasowy zakaz opuszczania pałacu. Żadnych samozwańczych wypraw do miasta, a już tym bardziej do Kaskad. Dzięki temu zyskamy dodatkowe wytłumaczenie naszych działań – bezpieczeństwo. – Od czasu zamachu Quentin odczuwał większy strach o brata, teraz zyskał wymówkę do ochraniania go. Lekko zdenerwowany oczekiwał na decyzję.
Zegar tykał.
– Dobrze więc – rzekł po chwili namysłu Naczelnik Karo. Q odetchnął z ulgą. – Książę Lucien od dziś objęty jest aresztem domowym na czas nieokreślony. Ja zaś zarządzam koniec posiedzenia. Dziękuję wszystkim za uczestnictwo. Rozejść się.
Magnaci wstali, ukłonili się i wyszli. Lennox podszedł do młodego mężczyzny.
– Dobrze się spisujesz, Quentinie – szepnął do złotowłosego i także wyszedł. Wymówił jego imię w dziwny sposób, tak samo, jak zwrócił się do niego w trakcie trwania orędzia.
Quentin został sam pośród pustych krzeseł, okrągłego stołu i olbrzymich kolumn, które wtedy wydały mu się nadawać pomieszczeniu chłodnego, przytłaczającego wystroju. Jego myśli krążyły wokół ostatnich słów naczelnika.
♦♦♦
Spacer po dziedzińcu, zwłaszcza w tak piękny i słoneczny dzień, uspokoił nieco Quentina, który potrzebował tego po ostatniej naradzie. Dawniej, zanim nastąpił zamach, przyszły król nie mógłby sobie na coś takiego pozwolić w samo popołudnie. Jego plan był zbyt napięty, jednak ostatnie wydarzenia sprawiły, że przestał na jakiś czas obowiązywać, dając mu sporo godzin do własnej dyspozycji, z czego chętnie korzystał. Nurtowało go jedynie – spośród nowych rzeczy – ciągłe towarzystwo ochroniarzy, którzy stale za nim podążali.
„Kwestia bezpieczeństwa” – tłumaczył sobie za każdym razem, gdy wpadał na pomysł zgubienia ich.
Tragedia sprzed trzech dni wstrząsnęła nie tylko władzami, ale przede wszystkim zwykłymi ludźmi. Choć pałac zewsząd otaczali gwardziści, Q zauważył, że mimo to służba wciąż się czegoś obawiała. Niegdyś tętniący życiem dziedziniec, zamienił się w pusty plac, przez który od czasu do czasu przebiegały służki, by przemieścić się z północnego skrzydła do innych części budynku lub ogrodów.
Jedynie czarnowłosa kucharka nie obawiała się przebywać na dworze. Kobieta siedziała przy fontannie. Gestem ręki kierowała ruchem wody, a drobne kropelki krążyły wokół niej. Nie pamiętał jej imienia.
„Jest obdarzona” – pomyślał Q.
W Karo nieczęsto zdarzało się spotkać kogoś takiego. Obdarzeni mocą ludzie rodzili się rzadko, choć umiejętności te zazwyczaj były dziedziczne. Niektórzy posiadali mniejsze zdolności, tak jak ta kucharka, jednak zdarzali się też tacy, którzy swoją mocą potrafili panować nad potężnymi żywiołami – tworzyć tornada, wywoływać pożary – a nawet manipulować umysłami innych. Ale takie przypadki trafiały się niezwykle rzadko. Nikt do końca nie wiedział, skąd owa moc się brała, ale większość wierzyła, że to dar natury, która jednych obdarzała hojnie, zaś drugich nie.
Tego typu umiejętności objawiały się we wczesnym dzieciństwie, kiedy nie można było ich kontrolować, dlatego właśnie potrafiono odkryć, kto ową moc posiada. Nie wymyślono jeszcze innego, precyzyjnego sposobu, aby dowiedzieć się, czy ktoś ma nadnaturalne zdolności i czy przypadkiem ich nie ukrywa, co graniczyło z cudem, w opinii Quentina.
Obaj książęta niestety nie zaliczali się do grupy magicznie uzdolnionych, jednakże złotowłosy nie przejmował się tym – dla niego liczyła się przede wszystkim ciężka praca. Poza tym posiadanie mocy wiązało się z obciążeniami, na przykład, ktoś o nadludzkim słuchu mógł mieć za to kiepski wzrok.
Spokojna przechadzka, podczas której można było delektować się ciszą, nie trwała jednak długo. Stukot końskich kopyt rozniósł się echem, wyrywając Quentina z chwilowego zamyślenia. Popędził w kierunku stajni.
Dotarcie tam nie zajęło mu długo, wystarczyło tylko przebiec pod łukami północnego skrzydła i zboczyć z drogi do pałacowych ogrodów na lewo. Prawie się nie zmęczył.
Przy stajniach książę od razu zauważył spory tłum – w większości byli to ludzie w mundurach – jednak jego wzrok skupił się głównie na siedzącej na karym ogierze osobie. Tak dawno się nie widzieli.
Mężczyzna dostrzegł Quentina i uśmiechnął się w jego kierunku. Szybkim ruchem zsiadł z konia i podszedł do przyszłego króla. Stojący obok żołnierze postąpili podobnie. Służba została z tyłu, pilnując rumaków.
– Wasza Wysokość. – Ukłonił się, przez co Q poczuł się nieswojo. Nie chciał, aby przyjaciele kłaniali się przed nim.
Yves wyróżniał się na tle pozostałych gwardzistów – jego brązowy mundur miał nieco ciemniejszy odcień – prawą pierś pokrywało mnóstwo srebrnych i złotych odznaczeń. Był postawnym, muskularnym człowiekiem, którego jasna skóra sprawiała, że ścięte na krótko włosy przybierały intensywniejszy pomarańczowy kolor.
– Wybacz moje spóźnienie – generał uścisnął książęcą dłoń – ale królestwo samo się nie obroni. – Oparł się ramieniem o Quentina i porwał go na wspólną rozmowę. Kiedy byli sami, darował sobie królewskie formalności. Już dawno ustalili, by zwracać się do siebie po imieniu.
Mężczyźni spokojnym krokiem podążali w stronę ogrodów. Gestem ręki Yves nakazał pilnującym przyszłego króla strażnikom oddalić się kawałek. To miała być prywatna pogawędka. Przez moment szli w milczeniu. Mimo spotkania na ich twarzach nie malowało się szczęście, a raczej powaga i smutek.
– Przepraszam, że temu nie zapobiegłem – rzekł w końcu generał, wiedząc, iż nikt ich nie podsłuchuje. Samo wspomnienie o zamachu sprawiło, że Q jeszcze bardziej spochmurniał. – Może, gdybym tu był…
Książę przystanął i przerwał przyjacielowi:
– Nie, Yv. To nie twoja wina.
Yves westchnął. Stali naprzeciw siebie.
– Quentin–
– Żadnych ale – uciął Quentin. – Nie zapobiegłbyś temu. Proszę, jako twój przyszły król, przenigdy nie obwiniaj się o to. – Nie lubił powoływać się na swój królewski tytuł, ale czasami wymagała tego sytuacja. To on miał prawo czuć się winnym. Mógł coś zauważyć w trakcie przemówienia.
Generał popatrzył na niego z szeroko otwartymi oczyma. Chwilę później zamyślił się, jakby analizował słowa następcy tronu.
Prychnął.
– Dobrze więc – zgodził się wreszcie, unosząc lekko kąciki ust. – Wedle rozkazu, Wasza Wysokość – droczył się, przez co Quentin nie mógł się nie uśmiechnąć. Na myśl przyszły mu ich żarty w wojskowych koszarach, tęsknił za nimi.
Ruszyli dalej wzdłuż piaszczystej ścieżki. Zewsząd otaczały ich kolorowe klomby z aksamitków i wierzby. Na terenie pałacu znajdowało się wiele ogrodów, ten przeznaczony był wyłącznie dla rodziny królewskiej i arystokracji, a także zagranicznych gości.
– Co słychać w armii? – odezwał się Q.
– Wszystko po staremu – wyjaśnił generał. – Edmond i Hugo wciąż pełnią służbę. Pamiętasz ich, prawda?
Książę pokiwał głową. Nie mógłby przecież zapomnieć kompanów z wojska.
Yves ciągnął dalej:
– Ostatnio powstrzymaliśmy kilku imigrantów próbujących przedostać się nielegalnie z Treflu do Karo. Z dnia na dzień jest ich coraz więcej, dlatego planujemy przeniesienie bazy do lasów bliżej Cherque, gdzie granica jest mniej strzeżona.
Quentin skinął.
– Dobrze, pamiętaj, aby zdać raport naczelnikowi. – Zbliżali się do szklarni. Przystanęli na chwilę. – Jak długo planujesz zostać w Montanagne?
– Około miesiąca. Lennox prosił mnie bym zajął się pałacową gwardią, zwłaszcza, że niedługo przybędzie poselstwo z Kier. Ponoć, gdy nastąpił zamach, zareagowali z opóźnieniem. Nietrudno jest się domyślić, kto mógł im sprawić kłopoty. – Spojrzał wymownie na przyjaciela, puszczając mu oczko.
Q zaśmiał się.
– Cóż poradzę, nie zostawię poddanych na pastwę losu. – Wzruszył ramionami. W sercu wciąż czuł nieprzyjemny ucisk, przez co prędko sposępniał.
Yves przyglądał mu się uważnie. Dostrzegł smutek w jego oczach.
– Trzeba ci jakoś poprawić humor, zresztą mnie też – stwierdził. – Co powiesz na mały wypad w góry? Tylko ty i ja, jak za starych dobrych lat?
Przyszły król zatrzymał się.
– Nie sądzę, żeby był to dobry pomysł. Nie mogę opuszczać pałacu od tak sobie. Nie po tym, co miało miejsce trzy dni temu.
– I właśnie dlatego uważam, że powinieneś gdzieś pojechać. Musisz się stąd wyrwać, zająć czymś innym myśli, bo jeszcze trochę i zamęczysz się tymi wyrzutami sumienia na śmierć. Daj spokój, od razu widać, że całymi dniami rozmyślasz tylko o swojej winie i, nie zrozum mnie źle, ze mną jest podobnie, ale nakazałeś mi nie obwiniać się za całe zajście, dlatego ty też nie możesz. Czasu nie cofniemy.
Quentin umilkł, nie wiedział, co odpowiedzieć, a wszystko przez to, że Yves miał rację. Potrzebował chwili wytchnienia, ale nie był pewien, czy naczelnik mu na to pozwoli.
– Lennox nie zgodzi się, abym opuścił pałac, nawet jeśli udalibyśmy się tylko za miasto. – Książę westchnął ciężko. Powoli zbliżali się do północnego skrzydła.
Yves machnął ręką.
– Nie zapominaj, kim jestem. Nie bez powodu mam tytuł Generała Karo. Lennox na pewno weźmie to pod uwagę. Porozmawiam z nim – zapewnił. – Dodatkowo zabierzemy ze sobą kilku moich zaufanych żołnierzy. Nie powinno być problemu.
Q zamyślił się, rozważając dokładnie za i przeciw wyjazdu. Wspinaczka górska zawsze go odprężała. Jako że Montanagne znajdowało się tuż przy Górach Kryształowych, mógł bardzo często oddawać się swojemu hobby. Razem z przyjacielem dzielili tę pasję, jednak rzadko udawało im się wspólnie wspinać, głownie ze względu na pełnione przez nich funkcje.
– Niech ci będzie – zgodził się niechętnie. Yves poklepał przyjaciela.
– Znakomicie, pojutrze mam wolne. O nic się nie martw, wszystko przygotuję.
Jeden z gwardzistów podszedł do nich. Nachylił się do generała i szepnął mu coś na ucho. Ukłoniwszy się, zwrócił się w kierunku pałacu.
– Naczelnik wzywa mnie do siebie – poinformował Sol. Skłonił się. – Do zobaczenia, Wasza Wysokość. – Lubił się droczyć.
Książę skinął lekko głową, pozwalając mu odejść. Spotkanie z przyjacielem rozweseliło go. Lecz w jego głowie zrodziła się myśl dotycząca kary Luciena. Czy jego młodszy brat nie będzie zły, kiedy ten opuści pałac, podczas gdy jego obowiązuje zakaz? Nie miał czasu, aby się nad tym zastanowić, bo nie minęła nawet minuta, a zaczepił go jeden z radnych.
– Oh, Wasza Książęca Mość, jak dobrze, że cię widzę. – Geoffroy Arceneu niemalże do niego podbiegł. Dyszał ciężko. – Proszę, usiądźmy. – Wskazał na jedną z ławek. Q spełnił jego prośbę.
– Czy ma pan do mnie jakąś bardzo ważną sprawę? – spytał przyszły władca, dostrzegając wielkie zmęczenie mężczyzny. Prawdopodobnie szukał go już od dłuższego czasu.
– O, tak. – Geoffroy poprawił krawat. – Chciałbym porozmawiać z tobą o małżeństwie z królową Tatianą.
Quentin z trudem przełknął ślinę. Starał się unikać tego tematu. Z tego co wiedział, Królowa Kier nazywała się Tatiana Daqueen, była prawie czterdziestoletnią wdową oraz potężną władczynią. Jej urodę komplementowało wielu, ale mimo to książę wcale nie palił się do małżeństwa z nią.
– Nawet nie masz pojęcia, Mości Książę, jak bardzo ci zazdroszczę. Taka kobieta jako żona to prawdziwy skarb. Silna i władcza, a do tego jaka piękna… Arcydzieło, nie człowiek.
– Oczywiście – skłamał następca tronu, pragnąc zakończyć wywód radnego. Ten jednak nie miał takiego zamiaru.
– Uwierz mi, Wasza Wysokość, z jej pomocą staniemy się mocarstwem. To urodzona królowa. Zdolność do władania jest u niej rodzinna – w końcu to sama krewna naczelnika Lennoxa.
Q nie mógł się z nim nie zgodzić. Kobieta sama od kilku lat rządziła sporym krajem, a mimo to dawała radę, mało tego, spisywała się świetnie, stale umacniając Kier.
– Tak. Sądzę, że unia korzystnie wpłynie na oba królestwa. Nie różnimy się od siebie aż tak bardzo, w porównaniu do Pik czy Trefl – podsumował, wstając. Nie potrafił długo usiedzieć w miejscu. – Mam tylko nadzieję, że Kier wywiąże się z umowy.
– Ależ naturalnie – zapewnił go radny Arceneu. Przeczesał swój wąs. – Różanie to dumny i odpowiedzialny naród. Nie należy się tym przejmować, to nie zdrajcy jak Niczycy.
Quentin przytaknął, wciąż pełen obaw. Mężczyźni skierowali się w stronę dziedzińca.
– Wiesz, co, Wasza Wysokość? Lucienowi również przydałaby się żona, taka, która wreszcie utemperowałaby ten jego charakterek – rzekł spokojnie Geoffroy, tymczasem książę z trudem powstrzymał się, by nie zachłysnąć powietrzem. – Co o tym sądzisz?
Luc i małżeństwo? Ciężko nie parsknąć śmiechem. Nastolatek kompletnie się do tego nie nadawał – na pewno nie teraz – może za kilka lat. Był na to za młody, a przede wszystkim zbyt buntowniczy. Do tej pory Q nie zauważył, by z kimś się spotykał. Widocznie żadna kobieta nie umiała go poskromić ani on sam nie widział takiej potrzeby, żeby być w związku.
– To chyba nie najlepszy pomysł – stwierdził Quentin, drapiąc się po karku.
– Skądże znowu – zaprzeczył radny. Już prawie dotarli do jednego z wejść do pałacu. Położył dłoń na ramieniu księcia. – Nie martw się, na dworze, który przybędzie z Kier, na pewno ktoś się dla niego znajdzie – zapewnił. – No, na mnie już czas. Miło się z tobą gawędzi, ale obowiązki wzywają, Mości Książę. – Złożył ukłon, żegnając się.
Młody mężczyzna nie miał pojęcia czy śmiać się, czy płakać. Kuriozalne wizje małżeństw przyprawiły go o dreszcze. Chciał dla brata jak najlepiej, dlatego pragnął, aby ten ożenił się z miłości, a nie z przymusu, w przeciwieństwie do niego.
Nabrał mocno powietrza i wypuścił je. Zdecydowanie potrzebował oderwania się od rzeczywistości.
♦♦♦
Szczęk metalu dotarł do uszu Quentina i wywołał przyjemną gęsią skórkę. Z dumą spojrzał na swoje dzieło – dwóch powalonych strażników. Schował miecz do pochwy, podszedł do leżących mężczyzn i podał im dłoń.
Uwielbiał trenować, a teraz, gdy nie obowiązywał go jego dawny plan zajęć, mógł to robić, kiedy tylko chciał. Potrafił spędzać godziny w sali treningowej. Nawet jako dziecko, wieczorami wymykał się z komnaty poćwiczyć władanie mieczem. Choć w Pik zapewne wymyślono już bardziej skuteczną i śmiercionośną broń, on jednak preferował klasyczne uzbrojenie i nie zamierzał tego zmieniać.
– Dobra robota, Wasza Wysokość – pochwalił go jeden z gwardzistów, z którymi walczył. Nie znał ich imion. – Doskonale zadane uderzenia.
Q skinął głową, do swojej techniki walki podchodził bardziej krytycznie. Mimo że udało mu się pokonać strażników, czuł, że stać go na znacznie więcej. Nie umiał skupić się na walce, jego myśli stale coś zaprzątało.
„Powinienem popracować nad płynniejszymi ruchami ciała”.
Książę otarł stróżkę potu, spływającą po czole. Trenując, kompletnie stracił rachubę czasu. Ile godzin minęło? Zapewne dużo, bo słońce chyliło się już ku zachodowi.
– Na dziś wystarczy, panowie. Możecie odejść.
Mężczyźni wymienili spojrzenia. Ukłonili się i wyszli. Nie mieli prawa się sprzeciwiać, wykonywali jedynie rozkazy.
Quentin tymczasem odetchnął, usiadłszy się na parapecie. Był zmęczony nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Ostatnie dni wyciągnęły z niego prawie tyle samo energii, co rok wcześniej, gdy zginęli jego rodzice. Wtedy również starał się na siłę czymś zajmować, byleby, choć na moment, o wszystkim zapomnieć. Zazwyczaj metoda skutkowała, ale nie na długo.
„Yves ma rację. Podróż w góry dobrze mi zrobi, inaczej zwariuję tutaj”. – Sapnął, rozkoszując się ciszą. W takich chwilach lubił pogrążać się we wspomnieniach.
Huk otwieranych drzwi natychmiast wyrwał mężczyznę z zamyślenia. Zdziwiony zwrócił się ku wejściu. Nie dane mu było pobyć w samotności. Do sali niczym huragan wparował Lucien. Włosy miał rozwichrzone, a w jego błękitno–zielonych oczach płonął gniew.
– Jak mogłeś?! – oburzył się, machając świstkiem papieru przed twarzą brata. Q domyślił się, co zawierała treść listu.
– A zatem dotarła do ciebie informacja o twojej karze – stwierdził opanowanym głosem. – Mam nadzieję, że się do niej zastosujesz.
– Możesz sobie pomarzyć – fuknął Lux. – Jeśli myślisz, że zapuszczę korzenie w tym przeklętym pałacu, to się grubo mylisz. Lennox również.
– Lucien! – uniósł się Quentin. Młodszy książę chciał się odezwać, jednak Q zgromił go swoim spojrzeniem. – Po pierwsze, wyrażaj się, bo właśnie przez takie zachowanie otrzymałeś zakaz opuszczania rezydencji. Panuj nad sobą. – Luc z grymasem na twarzy wywrócił oczyma. – Po drugie, zrozum, że to dla twojego bezpieczeństwa. W pałacu jesteś pod stałą opieką strażników, którzy gotowi są oddać za ciebie życie.
Nastolatek nie wyglądał na przekonanego, ale tak naprawdę wiedział, że młody mężczyzna ma rację. Był zbyt dumny, by to przyznać, dlatego unikał kontaktu wzrokowego.
– Zrozum, martwię się o ciebie, Lux – powiedział przyszły władca. Chciał objąć Luciena ramieniem, jednak ten nagle odwrócił się, odtrącając go.
Chłopak wymamrotał coś pod nosem, zapewne obelgę, i wyszedł, trzaskając drzwiami. Zniknął tak szybko, jak się pojawił.

Quentin zatopił miecz w jednej z materiałowych kukieł. Czekała go ciężka noc.
♦♦♦
            Witam wszystkie zbłąkane duszyczki! Jak wrażenia po rozdziale? Z góry przepraszam za wszelkie błędy, staram się je wyłapywać, ale jestem tylko człowiekiem, i to w dodatku bez bety :P
            Akcja zaczyna się coraz bardziej komplikować. Podejrzewacie kogoś? Co takiego ukrywa Lucien? Czekam na wasze komentarze :D

            PS W przyszłym rozdziale poznamy bliżej huragan Lucien :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
FREE BLOGGER TEMPLATE BY DESIGNER BLOGS