Zabawne, jaki czas potrafi być figlarny. Dla jednych trzy
dni od zamachu minęły jak jeden, zaś niektórym zdawało się, że upłynęła
przepełniona bólem i goryczą wieczność.
Quentin przemył zmęczoną twarz zimną wodą. Przyjrzał się
swojemu odbiciu w ogromnym, pozłacanym lustrze. Wyglądał okropnie.
Nieprzespane noce dały o sobie znać – podkrążone oczy, skóra, zwykle śniada,
przybrała bledszy odcień, a we włosach pojawiło się kilka strąków, które
natychmiast rozczesał. Jednak wygląd zewnętrzny wcale go tak nie martwił, bo duchowo
czuł się dużo gorzej. Żal i wyrzuty sumienia ściskały go za serce, a przecież
nie zrobił nic złego. Nerwowa atmosfera była wyczuwalna w całym pałacu.
Przyszły
król obmył dłonie w kryształowej misie, znajdującej się na toaletce i starannie
wytarł je w miękki ręczniczek. Dopiął mankiety koszuli i pomarańczową,
wyszywaną drogimi klejnotami marynarkę. Tego dnia poranna rutyna nie sprawiała
mu żadnej przyjemności.
Słońce
wpadało do komnaty, przebijając się przez falujące zasłony, dając zapierający
dech w piersiach efekt. Architekci projektując sypialnię, doskonale obmyślili
całą koncepcję, zadbawszy nawet o najmniejsze detale, jak na przykład idealny
kąt padania światła. Każde złote zdobienie lśniło, a kryształy mieniły się. Zamiast
południowej ściany, rolę tę pełniły w całości olbrzymie okiennice. Wnętrze było
ciepłe i przestronne, mimo sporej ilości mebli i dekoracji – w znacznym stopniu
powiększały je porozwieszane dookoła lustra.
Książę
przepadał za porządkiem. Nie było się co dziwić, że o czystość jego komnaty
dbało mnóstwo służących. On sam nawet lubił, od czasu do czasu, układać książki
na półkach i porządkować stare dokumenty oraz mapy. Tam, gdzie trzymał ważne
papiery, to jest w swojej pracowni, która stanowiła osobny kącik, obowiązywał
kategoryczny zakaz uprzątania przez pokojówki – Q wolał zajmować się tym
osobiście.
Delikatnie
musnął ramę obrazu. Przepiękne malowidło przedstawiało czwórkę wyniosłych ludzi
– parę królewską wraz z dwójką dzieci. Wysoki mężczyzna w koronie prezentował
się dostojnie, dumnie. Jego złotą marynarkę pokrywało mnóstwo orderów.
Spojrzenie, choć poważne, emanowało ciepłem spod pszenicznych włosów. Prawą
dłoń król trzymał na ramieniu młodego, na oko ośmioletniego, chłopca. Obok zaś
siedziała najprawdziwsza bogini, z głowy której spływały kaskadami jak jedwab złote
włosy. Ubrana w białą, wyszywaną klejnotami suknię królowa tuliła do siebie drugą
pociechę z wyrazem pełnym miłości. Wszyscy wyglądali na szczęśliwych, tak jakby
nic nie mogło tego zniszczyć. Na zawsze
razem – głosił umieszczony na ramie
napis.
–
Ojcze – szepnął Q, spoglądając na młodszą wersję samego siebie i górującego nad
nim króla – użycz mi swojej siły – poprosił, starając się nie uronić łez. Nie
znosił ckliwych momentów. Mimo to czasami pozwalał sobie na odrobinę słabości,
zwłaszcza, jeśli chodziło o rodzinę. Tęsknił za dawnymi czasami.
Rozległo
się pukanie do drzwi. Książę natychmiast odwrócił się, ocierając oczy.
Wyprostował się.
–
Wejść – rozkazał głosem twardym, bez emocji, tak jak go uczono.
Chwilę
później w komnacie pojawiła się młoda służka. Zwinnym ruchem wślizgnęła się,
niosąc tacę z napojami. Ukłoniła się. Quentin musiał przyznać, że była w jego typie
– ciemne włosy i skóra, pełne usta oraz spore krągłości w miejscach, gdzie powinny
się znajdować. Niemniej jednak nie posiadała unikatowej urody, Q widział już
sporo podobnych kobiet.
Przypominała
mu kogoś. Spochmurniał.
Służąca
zabrała z toaletki misę, odstawiwszy na biurko jedną ze szklanek. Gdy
zauważyła, że przyszły król wpatruje się w nią, zarumieniła się i odwróciła
wzrok.
–
Przynoszę wieści, Wasza Królewska Mość – rzekła, wykonawszy swoją pracę.
Odgarnęła niesforny kosmyk za ucho. – Za piętnaście minut rozpocznie się
Zgromadzenie Narodowe w Sali Narad. Naczelnik d’Avor z niecierpliwością
oczekuje Pańskiego przybycia – poinformowała.
–
Dziękuję. Czy to wszystko? – spytał uprzejmie Quentin, zmieniając wyraz twarzy
na łagodniejszy. Chętnie zapytałby ją o imię, niestety była tak speszona, że
ostatecznie zrezygnował.
Dziewczyna
kiwnęła i skłoniła się, po czym tym samym sprężystym ruchem, co wcześniej, opuściła
komnatę.
Złotowłosy
westchnął.
„No
tak, narada” – pomyślał. – „Wiekopomne zgromadzenie dotyczące ostatniej masakry”.
Nie
był w nastroju, by brać udział w tego typu przedsięwzięciach. Nie teraz i nie w
takiej sprawie. W jego głowie nadal echem odbijały się krzyki. Wszędzie ból i
cierpienie. Z trudem rozmawiał i wysłuchiwał wieści dotyczących zamachu sprzed
trzech dni. Niewiele wiedział, zwlekał z poznaniem liczby strat. Gdyby tylko
mógł, wyrwałby się od przerażającej rzeczywistości, wyruszając w góry, jednak
tak nie powinien postępować przyszły król. Troska o dobro poddanych i królestwa
trzymała go w ryzach. Nie narzekał, nie wypadało. Za każdym razem zaciskał
pięści i szedł dalej. Nawet byle koszmary nie potrafiły go zatrzymać.
Quentin
spojrzał na zegarek i jeszcze raz poprawił marynarkę. Czas go naglił.
Pośpiesznie obejrzał się w lustrze.
„Tragedii
nie ma” – stwierdził, wygładzając czuprynę, szykując się do wyjścia.
Po
raz ostatni, mimowolnie, jego wzrok na moment powiódł ku obrazowi.
„Nie
zawiedź ich”. – Myśl ta krążyła mu po głowie, kiedy kierował się ku wyjściu.
Lekko zagryzł wargę. Głęboki wdech i wydech. Nacisnął klamki podwójnych drzwi.
Nie było odwrotu.
Od
razu otoczyło go dwóch barczystych gwardzistów. Tym razem Q nie miał nic
przeciwko ich eskorcie. Zwartym krokiem ruszyli ku wschodniemu skrzydłu,
mijając po drodze sporo rozstawionych w pałacu żołnierzy – wszystko w ramach
bezpieczeństwa. Choć minęło zaledwie kilka dni, tamto wydarzenie zdążyło już
zmienić wiele, a to wciąż nie koniec.
Korzystając
z okazji, Quentin przyjrzał się jednemu z idących wraz z nim strażników. Na
widok żołnierskiego munduru i odznaczeń, po głowie przemknęło mu wspomnienie
wojskowych koszar, gdzie został posłany przez ojca, by nauczyć się dowodzić
armią. Dawniej to król pełnił rolę głównego generała, z czasem jednak
wyodrębniono osobną posadę, którą co kilka lat powierzano wybitnemu dowódcy.
Nie oznaczało to wcale, iż władca całkowicie przestał ingerować w siły zbrojne –
od niego zależało między innymi uzbrojenie, liczebność i cel działania.
Wyprawy o świcie,
ćwiczenia w gęstych lasach niezależnie od pogody, mimo wszystko książę tęsknił
za tym. Poznał tam wiele wspaniałych towarzyszy broni, a przede wszystkim
obecnego Generała Karo – Yves’a Sola.
Przyszły
król wpadł na pomysł, aby spotkać się z przyjacielem. Chciał z nim szerzej
omówić kwestię zamachu. Wiedział, że Yves nie będzie obecny na zgromadzeniu,
nie tak prędko da się dotrzeć do Montanagne spod granicy z Treflem. Brakowało
mu go, ich wspólnych wypadów… Dobrze się dogadywali, choć generał był o ponad
dziesięć lat starszy.
–
Dotarliśmy, Wasza Wysokość – oznajmił czarnoskóry gwardzista.
Stanęli
przed wielkimi, dębowymi drzwiami, na których wyryte były diamenty, a
wykończenia ozdobione złotem. Strażnicy eskortujący Q skinęli głowami
żołnierzom pilnującym wejścia do Sali Narad. Ci natychmiast chwycili za klamki
i otwarli podwójne wrota.
Quentin
podziękował i wszedł do środka.
„Ojcze,
użycz mi swojej siły” – powtarzał niemalże jak mantrę, jakby stało się to
rodzajem monomanii.
♦♦♦
Dźwięk uderzającej o stół pięści rozniósł się po sali.
Efekt spotęgowała cisza, która nastała zaraz po tym, choć jeszcze wcześniej
trwała zacięta wrzawa. Oczy wszystkich zwróciły się ku Naczelnikowi Królestwa.
Niektórzy na gwałtowny ruch d’Avora zareagowali wzdrygnięciem lub
podskoczeniem. Przyszły władca ani drgnął, Lucien zaś wyglądał na znudzonego.
Wreszcie, po chwili niezręcznego milczenia, panujące
napięcie zerwało ciche chrząknięcie.
– Z całym szacunkiem,
Lennoxie – zaczął pulchny mężczyzna z wąsem, poprawiając się na krześle – nie
sądzisz może, że wypadałoby najpierw wspólnie przedyskutować sprawę? Wprawdzie
nie twierdzę, że podjęte przez ciebie kroki i wysunięte wnioski są błędne,
jednak nie bez powodu istnieje coś takiego jak Rada Karo. Mimo wszystko decyzje
powinny być podejmowane wspólnie, nie uważasz?
Kłótnia radnych trwała
już odkąd Quentin przekroczył próg Sali Narad, nie pomogło nawet pojawienie się
naczelnika. Każdy z nich musiał wtrącić swoje trzy zdania. Nie to jednak
najbardziej irytowało Q, ale ich kompletny brak współczucia dla ofiar, ich
rodzin i rannych – chodziło im tylko i wyłącznie o własny
interes. Z trudem powstrzymywał się, by nie powiedzieć czegoś magnatom.
– Tak jak byś ty, był
zwolennikiem dyskusji, Bonifacio – prychnął Cesare Riva w stronę otyłego
dostojnika. Jego jasne, krótko ścięte włosy znacznie kontrastowały z ciemną
skórą. Obaj hrabiowie spiorunowali się wzrokiem.
D’Avor westchnął
podirytowany. Potarł skronie, na które opadły mu siwe kosmyki.
– Panowie, jeśli
przyszliście tutaj, by wdawać się w dziecinne, słowne potyczki, zwłaszcza w tak
trudnym i ważnym okresie, to doprawdy, nie macie tu czego szukać. Karo poradzi
sobie bez was doskonale. Dostatecznie już okryliście swe rodziny hańbą.
Na te słowa obaj
awanturnicy spuścili głowy. Widząc ten żałosny obrazek, Lennox wyprostował się
dumnie, wykrzywiwszy usta w drobny, złośliwy uśmiech triumfu. Starszy książę
był mu wdzięczny za uspokojenie radnych.
Naczelnik wstał i
odchrząknął.
– A zatem, zacznijmy
wszystko na nowo, od początku – polecił, a wszyscy zgodnie pokiwali głowami.
Szpakowaty mężczyzna
posmutniał na moment, mimo to nadal biła od niego duża pewność siebie oraz
wyniosłość prawdziwego lidera, czego Quentin w tamtej chwili nieco mu
zazdrościł.
– Ostatnimi czasy los nie
był łaskawy dla naszego królestwa, napotkaliśmy wiele problemów i goryczy. Jednakże
nie poddaliśmy się, lecz w dzień, w którym mieliśmy ogłosić naszym rodakom
radosne nowiny, spotkała nas jeszcze gorsza tragedia, porównywalna do tej
sprzed roku. – Nie musiał mówić, jakie nieszczęścia miał na myśli, zgromadzeni
wiedzieli, że chodziło o zamach sprzed kilku dni i utratę pary królewskiej.
Q przełknął ślinę,
stresował się. Obawiał się drastycznych informacji. Zwlekał z poznaniem ich,
mimo iż jakiś czas temu aż się do tego palił. Zerknął ukradkiem na siedzącego
obok brata, nastolatek już nie podpierał się ze znudzeniem o stół, tylko z
zaciekawieniem słuchał. Wziął głęboki oddech.
– Dokonany przed trzema
dniami zamach na Placu Monet był aktem bestialstwa i absolutnie zasługuje na
potępienie. Z przykrością, przynoszę wam tragiczne wieści, przekazane mi przez
Gwardię. – Wszyscy milczeli, wsłuchani w słowa naczelnika. – Jak wynika z
oficjalnych danych, śmierć w wyniku wybuchu poniosło trzydzieści dziewięć osób,
ponad stu obywateli zostało rannych, z czego czterdziestu pięciu poważne.
Natychmiast ośmieliłem się wzmocnić ochronę pałacu oraz rozpocząć śledztwo.
Jednak nie bez powodu zwołałem Zgromadzenie Narodowe. Tu pytanie kieruję do
was: co dalej?
Złotowłosy zamrugał
kilkakrotnie, dokładnie analizując wypowiedź mężczyzny, zresztą nie on jeden.
To nie była błaha sytuacja, wszystko wymagało wnikliwych przemyśleń, aniżeli
pochopnych działań. Jednocześnie poczuł ukłucie w sercu i przykrość. Tylu
ucierpiało.
– Moglibyśmy wpierw
znaleźć odpowiadających za zbrodnię sprawców – zaproponował siedzący przy oknie
Geoffroy Arceneu. – Nie możemy przecież puścić płazem tak barbarzyńskiego
zachowania.
– Zaiste – zgodziła się
głowa rodu Bellini.
– Panowie – zwrócił się
do nich d’Avor, choć zdawało się, iż mówi do wszystkich. – Zapewniam was, że
sprawcy zostaną sowicie ukarani. Jak już wspomniałem, śledztwo trwa.
– Mamy chociaż jakichś
podejrzanych? – wtrącił się radny Bonifacio.
– Naturalnie –
potwierdził Naczelnik Karo. – Nie chciałbym tutaj wyciągać pochopnych wniosków
i zbyt wcześnie kogoś oskarżać, jednak pozyskane informacje pozwalają mi
przypuszczać, że z zamachem powiązane są Trefl i Szara Rebelia.
Q ze świstem nabrał
powietrza. Obok niego Luc poruszył się, wydął wściekle usta w podkówkę, patrząc
na mężczyznę krzywym okiem. Radni natomiast nie wydawali się być zdziwieni.
Mimo to w pomieszczeniu zapanowała dziwna atmosfera, jakby powietrze można było
kroić nożem, a wszystko to na samo napomnienie o Szarej Rebelii. Organizacja ta
– lub jak ich zwano, terroryści – pojawiła się na terenie Talii kilka lat temu.
Jej członkowie, ubrani w charakterystyczne, szare mundury, gdyż kolor ten nie
należał do żadnego królestwa, walczyli przede wszystkim o połączenie czterech
państw w jedno, zupełnie jak dawniej, i zatarcie podziałów oraz różnic
kulturowych. Do tej pory ich działania nie były aż tak groźne, nie na tyle, aby
przeciętna armia nie umiała się z nimi uporać. Pomimo tego nie spotkali się z
dużym poparciem – z tego względu starali się załatwiać sprawy na drodze
pokojowej, sabotując wojska królestw czy urządzając manifestacje. Nie było do
końca wiadome, gdzie znajduje się ich baza. Podejrzenia podały na Trefl, ale w
szczególności Pik, które zwykle udzielało azylu uchodźcom, z uwagi na małą
liczbę ludności. Ostatnimi czasy ich aktywność gwałtownie wzrosła, jednak czy potrafili
zdobyć się na taki akt odwagi, żeby zaatakować?
Sama myśl o ataku rebelii
rozpalała w Quentinie siarczysty gniew. Ich poglądy nigdy go nie przekonywały.
Każde królestwo było zbyt różne, perspektywa scalenia ich od razu budziła oburzenie,
zapowiadała konflikty. Połączenie tylko dwóch podobnych do siebie nacji
wydawało się lepszym pomysłem. Zresztą, czy ludzie nie wyciągnęli wniosków z
historii? Królestwo Talia już raz upadło, choć rzekomo było potęgą, więc
złotowłosy nie rozumiał koncepcji rebeliantów w ponownym utworzeniu go ani tego,
jak twierdzili, że niechęć do połączenia wynikała ze zbiorowej manipulacji dawnych
władz. Nie mieli na to żadnych dowodów.
– A więc wojna?
Oczy zgromadzonych
powędrowały na La Ducę. Przyszły król nie spodziewał się, że pulchny radny
wysunie taką propozycję, podobnie jak reszta magnatów. Decyzja o rozpoczęciu
krwawego konfliktu raziła ich interesy. Q spojrzał na naczelnika d’Avora, który
pozostał niewzruszony. Szpakowaty mężczyzna ze stoickim spokojem napił się
wody.
– Nie wykluczone,
Bonifacio. – Lennox odłożył do połowy pełną szklankę. – Nie sądzę jednak, iż
powinniśmy zdobyć się na tak gwałtowny gest wobec niepotwierdzonych jeszcze
sprawców. Wypowiedzenie wojny to poważna sprawa, na którą należy się solidnie
przygotować. Nie możemy przecież porwać się z mieczem na byle kogo, bez
klarownych dowodów. Poza tym, kto wie czy nie przyniosłoby nam to znacznych
strat zamiast korzyści. Rozumiesz, prawda?
La Duca spuścił głowę ze wstydu,
skompromitowany przez Naczelnika Karo. Według jego słów wyszedł na kompletnego
głupca, który na gwałt, nie mając planu, pragnie znaleźć się na polu bitwy.
Radni patrzyli na niego z pogardą.
– Co zatem powinniśmy
zrobić? – Marco Bellini, oparł się na krześle i skrzyżował ręce na piersi.
D’Avor zastanowił się na
moment.
– Uważam, iż powinniśmy
najpierw zająć się bezpieczeństwem Diamentian – odezwał się po raz pierwszy
Quentin głosem wyniosłym, pewnym swoich racji. – Ostatnie wydarzenia wywołały w
królestwie panikę, która zupełnie nie jest nam potrzebna. Społeczeństwo powinno
wiedzieć, że zależy nam na nich i troszczymy się o obywateli. Nie chcemy
przecież buntów i anarchii. – Wszyscy spojrzeli na niego z zaciekawieniem,
nawet młodszy książę zdawał się być przejęty. – Dodatkowo, musimy przede
wszystkim okazać wsparcie rannym oraz rodzinom ofiar. Postuluję za
dofinansowaniem opieki medycznej, a także wypłatę poszkodowanym pieniędzy i
większych racji żywnościowych. Odpowiadają państwu takie warunki?
Magnaci nie wyglądali na
zadowolonych. Panowie La Duca i Arceneu kręcili nosami. Pomysł, który
uszczupliłby nieco ich przychody, nie wchodził dla nich w grę.
„Podli skąpcy” – pomyślał
Q. – „Żałują swoich pieniędzy na ofiary tragedii”. – Jednak to nie ich opinia
obchodziła go najbardziej.
Rada Karo składała się z
czterech członków i jej główną funkcją było doradzanie królowi. Radnych,
pochodzących z bogatych, wpływowych rodzin, zazwyczaj wybierał, na czas nieokreślony,
panujący władca. Do innych obowiązków Rady należało także kierowanie polityką
międzynarodową, jednakże w czasie bezkrólewia sprawowała władzę wraz z dowodzącym
nią naczelnikiem.
Lennox po raz kolejny
zwilżył gardło. Na twarz wkradła mu się zmarszczka.
– Naturalnie. Poddani
zasługują na godne traktowanie – zgodził się, gromiąc napuszonych mężczyzn. –
Znakomity pomysł, Wasza Wysokość. Jak zawsze zresztą. –
Posłał młodemu mężczyźnie uśmiech, który wydał mu się nietypowy. Mimo to
Quentin ze stonowaną radością przyjął pochwałę. – Zaraz po spotkaniu przygotuję
odpowiednie plany oraz dokumenty i poślę je do wszystkich urzędników, aby
rozkazy zostały jak najszybciej wykonane. Dodam również, iż sądzę, że wszystkie
rodziny szlacheckie powinny oddać część plonów ze swoich majątków ziemskich dla
potrzebujących. Osobiście dopilnuję, żeby wszystko przebiegło szybko i
sprawnie.
Bonifacio i Geoffroy
prychnęli. Nie pozostało im nic innego, jak tylko się zgodzić. D’Avor był ich
przełożonym, który wciąż mógł pozbawić arystokratów stanowisk. Bali się o swoje
posady.
– Oczywiście. –
Zrezygnowani pokiwali głowami. Starszy książę uśmiechnął się zwycięsko, ale nie
złośliwie.
– Czy to wszystko na
dziś? – Padło pytanie. Wszyscy spojrzeli w stronę radnego Rivy.
– Ależ skądże, Cesare. –
Naczelnik wziął do ręki stos leżących na stole papierów. – Korzystając z
okazji, chciałbym omówić z wami jeszcze bieżącą politykę królestwa.
Lucien jęknął
cierpiętniczo. Tego typu sprawy państwowe nudziły go.
Lennox ściągnął brwi.
– Książę – zwrócił się do
nastolatka – rozumiem, że zasiadanie na tronie jest ci dalekie, mimo to powinieneś
słuchać, zwłaszcza, że sprawy tyczą się również ciebie. Kto wie, czy to właśnie
nie ty zostaniesz w przyszłości doradcą swojego brata, a na nic zdatny nam
rozpieszczony królewicz.
Lux naburmuszył się, ale
nie odpowiedział. Zacisnął pięści. Quentin nie bronił go, choć słowa naczelnika
były obraźliwe.
Radny
Bellini odchrząknął, wtrącając się.
– A
zatem, od czego zaczniemy?
–
Proponuję ponownie omówić unię z Kier. – Magnaci pokiwali zgodnie głowami. Szpakowaty
mężczyzna przejrzał jeden z dokumentów. Zdjął okulary.
Q
przełknął ślinę. Nadal trapiły go pewne wątpliwości, co do wspomnianego planu,
w którym miał odegrać kluczową rolę. Upił trochę wody, by nawilżyć suche
gardło.
–
Dziś dotarła do mnie wieść, że za niecałe dwa tygodnie do Karo przybędzie
poselstwo z Kier wraz z królową Tatianą. Chociaż mam pewne wątpliwości, czy
ostatnie wydarzenia nie zagrożą ich bezpieczeństwu, Królowa Kier nadal pragnie
niezwłocznie poznać Waszą Książęcą Mość – wyjaśnił Naczelnik d’Avor. – Wtedy
też odbędzie się przełomowa dla obu królestw narada. Jak już ustaliliśmy
wcześniej, głównym tematem rozmów będzie unia personalna, którą zwieńczy małżeństwo
między władczynią Różan a naszym przyszłym królem, Quentinem. Dzięki takiemu
połączeniu zyskamy do dyspozycji więcej wojsk i pieniędzy, a Karo wraz z Kier staną
się potęgami panującymi na kontynencie.
Radni
przytaknęli.
– Co
z koronacją? – dociekał Arceneu, składając ręce.
Lennox
już otwierał usta, lecz uprzedził go Quentin.
–
Otóż, nie jesteśmy jeszcze pewni, kiedy to wszystko miałoby się odbyć. Dopiero
w czasie rozmów z Rządem Kier podejmiemy decyzję dotyczącą obu dat. Sądzę
jednak, że wydarzy się to w przeciągu kilku miesięcy, a ślub i koronacja będą jednym,
wspólnym wydarzeniem.
Hrabia
La Duca poprawiwszy się na krześle, zaśmiał się.
– No,
nareszcie damy popalić tym chłystkom z Treflu – mruknął pod nosem, ale wszyscy
go usłyszeli.
–
Dokładnie – dołączył się Geoffroy. – Z tak pokaźną armią zemścimy się na Szarej
Rebelii i Treflu za ten zuchwały akt morderstwa naszych obywateli. Pokarzemy
im, że z nami się nie zadziera.
Reszta
radnych zgodziła się z nimi, jednakże nie wszystkich porwała fala euforii.
Quentin zachował kamienną twarz, podobnie jak naczelnik, zaś młodszy książę zrobił
się czerwony ze złości.
Lucien
uniósł się. Uderzył pięścią w stół.
–
Trefl nie ma nic wspólnego z zamachem! – krzyknął.
–
Lux… – zaczął Q, chcąc uciszyć i uspokoić brata, zanim ten ściągnie na siebie,
a może i także na niego, konsekwencje.
–
Nie, Quentin. – Wyrwał rękę z uścisku złotowłosego. – Nie będę siedział cicho.
Lennox również wstał.
– Zważaj na swój język i
ton, książę.
– Bo co? – zapytał nastolatek,
drwiąc. – Mam już dość ciągłego uwłaczania Niczykom. Trefl nie ośmieliłoby się
nas zaatakować.
– Skąd niby ta pewność,
dziecko?! – Do kłótni włączył się Marco Bellini. Luc wbił w niego wściekłe
spojrzenie. Przypominał wybuchający wulkan.
Quentinowi coraz trudniej
było się powstrzymać, aby nie wytargać brata z Sali Narad i nie nakrzyczeć na
niego. Powróciły jego wcześniejsze podejrzenia. Dlaczego Lucien tak bardzo
bronił wrogiego królestwa? Nie poznawał go, fakt, od zawsze miał trudny
charakter, ale nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się tak ociekać wściekłością.
Kiedyś także nienawidził ich wschodniego sąsiada.
– Gdybyście choć trochę
poszerzyli swoje horyzonty, dowiedzielibyście się, że mają nowego króla, który
nie chce żadnej wojny. Jest pokojowo nastawiony – żachnął się.
D’Avor chciał mu
przerwać, ale ten kontynuował dalej:
– W ciągu swoich trzytygodniowych
rządów zdążył już znieść podział klasowy.
– A także powołać nowego
generała – dodał z pogardą La Duca. – I to niby kogo? Kobietę – zadrwił. – Tak
się kończy, gdy na tronie zasiada bękart.
Q zagryzł język, by nie
zwrócić mu uwagi. Nie znosił, gdy obrażano płeć piękną, pomimo tego milczał,
obawiając się, że powie za dużo. Wyręczył go Lux.
– Zamknij tę tłustą–
– Dość tego! – Pięści
uderzyły w stół, przerywając wypowiedź blondyna. Bonifacio znów podskoczył na
krześle, nawet Quentin na moment przeraził się. Powieka Lennoxa aż drgała ze
złości.
– Książę Lucienie Lamont –
zaczął, jego głos ociekał jadem. Formujące się na jego twarzy zmarszczki
wskazywały, że stara się hamować. Radni spuścili głowy, myśląc, że im również się
dostanie. – Do tej pory przymykaliśmy oko na twoje wybryki, ale teraz? Teraz
przeszedłeś samego siebie.
Lucien usiadł. Nadal
jednak miał gniewną minę.
– Przesadziłeś – szepnął
do niego przyszły król. Nastolatek puścił tę uwagę mimo uszu, skupiony na
naczelniku.
– Bezcelowe, nie mówiąc
już bezczelne, zabieranie głosu, unoszenie się i, na dodatek, obrażanie
urzędnika państwowego w imię czego?! Żałosnego królestwa i równie nędznego
króla. – D’Avor przygryzł wargę. Oboje z księciem świdrowali się wzrokiem. –
Zdajesz sobie sprawę, jakie czekają cię konsekwencje?
Luc nie odpowiedział.
Wszyscy patrzyli na niego, jakby oczekiwali poddania się z jego strony, Quentin
także. W końcu młody książę drgnął. Złotowłosy dostrzegł, że na jego twarzy
znów pojawił się ten nieodłączny grymas. Chłopak prychnął i odsunął się od
stołu, specjalnie szurając krzesłem o białe, marmurowe płytki. Okropny pisk,
gdyby nieco głośniejszy, z pewnością mógłby stłuc wszystkie lustra, jakie
znajdowały się w Sali Narad.
– Mam to gdzieś –
odburknął Lucien i chwilę później trzasnął drzwiami. Wszystkie obrazy i
kryształowe wazy zatrzęsły się.
Magnaci byli
wstrząśnięci.
– Bezczelny bachor –
wymsknęło się Geoffroy’owi.
Q sapnął. Wstydził się za
brata. Koniecznie musiał z nim porozmawiać o jego karygodnym zachowaniu. Coś takiego
nie mogło się już więcej powtórzyć.
– Przepraszam za niego –
odparł ze zmęczeniem. – Obiecuję, że z nim porozmawiam. To był jedyny i ostatni
raz, przysięgam. – Czuł się poniekąd współwinny tej sytuacji, w końcu
odpowiadał za nastolatka.
– Nie zmienia to jednak
faktu, Wasza Wysokość – zwrócił się do niego naczelnik – iż mimo wszystko
książę nie uniknie kary. – Radni przytaknęli.
Quentin pokiwał głową.
Lucien zasługiwał na naganę. Kto wie czy to nie właśnie pobłażające traktowanie
go, nie doprowadziło do tego, że czuł się tak bezkarnie. Pozwalano mu na zbyt
wiele.
– Proponuję wysłać go do
wojska – zasugerował hrabia Riva. – Tam nauczą go szacunku.
Reszta arystokratów
poparła go. Q poczuł gulę w gardle, zauważając przekonanie w oczach Lennoxa.
Obawiał się, że nastolatek nie poradzi sobie w koszarach. Nie był wysportowany,
wręcz unikał aktywności fizycznej jak ognia. I do tego jeszcze te ataki paniki…
Nie mógł do tego dopuścić.
– Z całym szacunkiem, ale
nie uważam tego za dobry pomysł – zabrał głos, nie przejmując się sprzeciwem
magnatów odnośnie jego słów. – Książę Lucien bywa czasami arogancki i
opryskliwy, ale zapewniam Państwa, że to tylko okres przejściowy. Mój brat
dorasta i jak każdy nastolatek przeżywa bunt, dlatego proponuję lżejszą karę.
Rada nie wyglądała na
zachęconą, tymczasem naczelnik słuchał go uważnie.
– Zatem, co proponujesz, Wasza Wysokość?
Przyszły władca
odchrząknął i kontynuował:
– Moim zdaniem
najodpowiedniejszy będzie tymczasowy zakaz opuszczania pałacu. Żadnych
samozwańczych wypraw do miasta, a już tym bardziej do Kaskad. Dzięki temu
zyskamy dodatkowe wytłumaczenie naszych działań – bezpieczeństwo. – Od czasu
zamachu Quentin odczuwał większy strach o brata, teraz zyskał wymówkę do ochraniania
go. Lekko zdenerwowany oczekiwał na decyzję.
Zegar tykał.
– Dobrze więc – rzekł po
chwili namysłu Naczelnik Karo. Q odetchnął z ulgą. – Książę Lucien od dziś
objęty jest aresztem domowym na czas nieokreślony. Ja zaś zarządzam koniec
posiedzenia. Dziękuję wszystkim za uczestnictwo. Rozejść się.
Magnaci wstali, ukłonili
się i wyszli. Lennox podszedł do młodego mężczyzny.
– Dobrze się spisujesz, Quentinie – szepnął do złotowłosego i
także wyszedł. Wymówił jego imię w dziwny sposób, tak samo, jak zwrócił się do
niego w trakcie trwania orędzia.
Quentin został sam pośród
pustych krzeseł, okrągłego stołu i olbrzymich kolumn, które wtedy wydały mu się
nadawać pomieszczeniu chłodnego, przytłaczającego wystroju. Jego myśli krążyły
wokół ostatnich słów naczelnika.
♦♦♦
Spacer po dziedzińcu,
zwłaszcza w tak piękny i słoneczny dzień, uspokoił nieco Quentina, który
potrzebował tego po ostatniej naradzie. Dawniej, zanim nastąpił zamach,
przyszły król nie mógłby sobie na coś takiego pozwolić w samo popołudnie. Jego
plan był zbyt napięty, jednak ostatnie wydarzenia sprawiły, że przestał na
jakiś czas obowiązywać, dając mu sporo godzin do własnej dyspozycji, z czego
chętnie korzystał. Nurtowało go jedynie – spośród nowych rzeczy – ciągłe
towarzystwo ochroniarzy, którzy stale za nim podążali.
„Kwestia bezpieczeństwa” –
tłumaczył sobie za każdym razem, gdy wpadał na pomysł zgubienia ich.
Tragedia sprzed trzech
dni wstrząsnęła nie tylko władzami, ale przede wszystkim zwykłymi ludźmi. Choć
pałac zewsząd otaczali gwardziści, Q zauważył, że mimo to służba wciąż się
czegoś obawiała. Niegdyś tętniący życiem dziedziniec, zamienił się w pusty
plac, przez który od czasu do czasu przebiegały służki, by przemieścić się z północnego
skrzydła do innych części budynku lub ogrodów.
Jedynie czarnowłosa
kucharka nie obawiała się przebywać na dworze. Kobieta siedziała przy
fontannie. Gestem ręki kierowała ruchem wody, a drobne kropelki krążyły wokół
niej. Nie pamiętał jej imienia.
„Jest obdarzona” –
pomyślał Q.
W Karo nieczęsto zdarzało
się spotkać kogoś takiego. Obdarzeni mocą ludzie rodzili się rzadko, choć
umiejętności te zazwyczaj były dziedziczne. Niektórzy posiadali mniejsze
zdolności, tak jak ta kucharka, jednak zdarzali się też tacy, którzy swoją mocą
potrafili panować nad potężnymi żywiołami – tworzyć tornada, wywoływać pożary –
a nawet manipulować umysłami innych. Ale takie przypadki trafiały się niezwykle
rzadko. Nikt do końca nie wiedział, skąd owa moc się brała, ale większość
wierzyła, że to dar natury, która jednych obdarzała hojnie, zaś drugich nie.
Tego typu umiejętności
objawiały się we wczesnym dzieciństwie, kiedy nie można było ich kontrolować,
dlatego właśnie potrafiono odkryć, kto ową moc posiada. Nie wymyślono jeszcze
innego, precyzyjnego sposobu, aby dowiedzieć się, czy ktoś ma nadnaturalne
zdolności i czy przypadkiem ich nie ukrywa, co graniczyło z cudem, w opinii Quentina.
Obaj książęta niestety
nie zaliczali się do grupy magicznie uzdolnionych, jednakże złotowłosy nie
przejmował się tym – dla niego liczyła się przede wszystkim ciężka praca. Poza tym
posiadanie mocy wiązało się z obciążeniami, na przykład, ktoś o nadludzkim
słuchu mógł mieć za to kiepski wzrok.
Spokojna przechadzka,
podczas której można było delektować się ciszą, nie trwała jednak długo. Stukot
końskich kopyt rozniósł się echem, wyrywając Quentina z chwilowego zamyślenia.
Popędził w kierunku stajni.
Dotarcie tam nie zajęło
mu długo, wystarczyło tylko przebiec pod łukami północnego skrzydła i zboczyć z
drogi do pałacowych ogrodów na lewo. Prawie się nie zmęczył.
Przy stajniach książę od
razu zauważył spory tłum – w większości byli to ludzie w mundurach – jednak
jego wzrok skupił się głównie na siedzącej na karym ogierze osobie. Tak dawno
się nie widzieli.
Mężczyzna dostrzegł
Quentina i uśmiechnął się w jego kierunku. Szybkim ruchem zsiadł z konia i
podszedł do przyszłego króla. Stojący obok żołnierze postąpili podobnie. Służba
została z tyłu, pilnując rumaków.
– Wasza Wysokość. –
Ukłonił się, przez co Q poczuł się nieswojo. Nie chciał, aby przyjaciele
kłaniali się przed nim.
Yves wyróżniał się na tle
pozostałych gwardzistów – jego brązowy mundur miał nieco ciemniejszy odcień –
prawą pierś pokrywało mnóstwo srebrnych i złotych odznaczeń. Był postawnym,
muskularnym człowiekiem, którego jasna skóra sprawiała, że ścięte na krótko
włosy przybierały intensywniejszy pomarańczowy kolor.
– Wybacz moje spóźnienie –
generał uścisnął książęcą dłoń – ale królestwo samo się nie obroni. – Oparł się
ramieniem o Quentina i porwał go na wspólną rozmowę. Kiedy byli sami, darował
sobie królewskie formalności. Już dawno ustalili, by zwracać się do siebie po
imieniu.
Mężczyźni spokojnym
krokiem podążali w stronę ogrodów. Gestem ręki Yves nakazał pilnującym
przyszłego króla strażnikom oddalić się kawałek. To miała być prywatna
pogawędka. Przez moment szli w milczeniu. Mimo spotkania na ich twarzach nie malowało
się szczęście, a raczej powaga i smutek.
– Przepraszam, że temu
nie zapobiegłem – rzekł w końcu generał, wiedząc, iż nikt ich nie podsłuchuje.
Samo wspomnienie o zamachu sprawiło, że Q jeszcze bardziej spochmurniał. –
Może, gdybym tu był…
Książę przystanął i
przerwał przyjacielowi:
– Nie, Yv. To nie twoja
wina.
Yves westchnął. Stali
naprzeciw siebie.
– Quentin–
– Żadnych ale – uciął
Quentin. – Nie zapobiegłbyś temu. Proszę, jako twój przyszły król, przenigdy
nie obwiniaj się o to. – Nie lubił powoływać się na swój królewski tytuł, ale
czasami wymagała tego sytuacja. To on miał prawo czuć się winnym. Mógł coś zauważyć
w trakcie przemówienia.
Generał popatrzył na
niego z szeroko otwartymi oczyma. Chwilę później zamyślił się, jakby analizował
słowa następcy tronu.
Prychnął.
– Dobrze więc – zgodził
się wreszcie, unosząc lekko kąciki ust. – Wedle rozkazu, Wasza Wysokość –
droczył się, przez co Quentin nie mógł się nie uśmiechnąć. Na myśl przyszły mu
ich żarty w wojskowych koszarach, tęsknił za nimi.
Ruszyli dalej wzdłuż
piaszczystej ścieżki. Zewsząd otaczały ich kolorowe klomby z aksamitków i
wierzby. Na terenie pałacu znajdowało się wiele ogrodów, ten przeznaczony był
wyłącznie dla rodziny królewskiej i arystokracji, a także zagranicznych gości.
– Co słychać w armii? –
odezwał się Q.
– Wszystko po staremu –
wyjaśnił generał. – Edmond i Hugo wciąż pełnią służbę. Pamiętasz ich, prawda?
Książę pokiwał głową. Nie
mógłby przecież zapomnieć kompanów z wojska.
Yves ciągnął dalej:
– Ostatnio
powstrzymaliśmy kilku imigrantów próbujących przedostać się nielegalnie z
Treflu do Karo. Z dnia na dzień jest ich coraz więcej, dlatego planujemy
przeniesienie bazy do lasów bliżej Cherque, gdzie granica jest mniej strzeżona.
Quentin skinął.
– Dobrze, pamiętaj, aby
zdać raport naczelnikowi. – Zbliżali się do szklarni. Przystanęli na chwilę. –
Jak długo planujesz zostać w Montanagne?
– Około miesiąca. Lennox
prosił mnie bym zajął się pałacową gwardią, zwłaszcza, że niedługo przybędzie
poselstwo z Kier. Ponoć, gdy nastąpił zamach, zareagowali z opóźnieniem.
Nietrudno jest się domyślić, kto mógł im sprawić kłopoty. – Spojrzał wymownie
na przyjaciela, puszczając mu oczko.
Q zaśmiał się.
– Cóż poradzę, nie
zostawię poddanych na pastwę losu. – Wzruszył ramionami. W sercu wciąż czuł
nieprzyjemny ucisk, przez co prędko sposępniał.
Yves przyglądał mu się
uważnie. Dostrzegł smutek w jego oczach.
– Trzeba ci jakoś
poprawić humor, zresztą mnie też – stwierdził. – Co powiesz na mały wypad w
góry? Tylko ty i ja, jak za starych dobrych lat?
Przyszły król zatrzymał
się.
– Nie sądzę, żeby był to
dobry pomysł. Nie mogę opuszczać pałacu od tak sobie. Nie po tym, co miało
miejsce trzy dni temu.
– I właśnie dlatego
uważam, że powinieneś gdzieś pojechać. Musisz się stąd wyrwać, zająć czymś innym
myśli, bo jeszcze trochę i zamęczysz się tymi wyrzutami sumienia na śmierć. Daj
spokój, od razu widać, że całymi dniami rozmyślasz tylko o swojej winie i, nie
zrozum mnie źle, ze mną jest podobnie, ale nakazałeś mi nie obwiniać się za
całe zajście, dlatego ty też nie możesz. Czasu nie cofniemy.
Quentin umilkł, nie
wiedział, co odpowiedzieć, a wszystko przez to, że Yves miał rację. Potrzebował
chwili wytchnienia, ale nie był pewien, czy naczelnik mu na to pozwoli.
– Lennox nie zgodzi się,
abym opuścił pałac, nawet jeśli udalibyśmy się tylko za miasto. – Książę
westchnął ciężko. Powoli zbliżali się do północnego skrzydła.
Yves machnął ręką.
– Nie zapominaj, kim
jestem. Nie bez powodu mam tytuł Generała Karo. Lennox na pewno weźmie to pod
uwagę. Porozmawiam z nim – zapewnił. – Dodatkowo zabierzemy ze sobą kilku moich
zaufanych żołnierzy. Nie powinno być problemu.
Q zamyślił się,
rozważając dokładnie za i przeciw wyjazdu. Wspinaczka górska zawsze go
odprężała. Jako że Montanagne znajdowało się tuż przy Górach Kryształowych, mógł
bardzo często oddawać się swojemu hobby. Razem z przyjacielem dzielili tę
pasję, jednak rzadko udawało im się wspólnie wspinać, głownie ze względu na
pełnione przez nich funkcje.
– Niech ci będzie –
zgodził się niechętnie. Yves poklepał przyjaciela.
– Znakomicie, pojutrze
mam wolne. O nic się nie martw, wszystko przygotuję.
Jeden z gwardzistów
podszedł do nich. Nachylił się do generała i szepnął mu coś na ucho. Ukłoniwszy
się, zwrócił się w kierunku pałacu.
– Naczelnik wzywa mnie do
siebie – poinformował Sol. Skłonił się. – Do zobaczenia, Wasza Wysokość. –
Lubił się droczyć.
Książę skinął lekko
głową, pozwalając mu odejść. Spotkanie z przyjacielem rozweseliło go. Lecz w
jego głowie zrodziła się myśl dotycząca kary Luciena. Czy jego młodszy brat nie
będzie zły, kiedy ten opuści pałac, podczas gdy jego obowiązuje zakaz? Nie miał
czasu, aby się nad tym zastanowić, bo nie minęła nawet minuta, a zaczepił go
jeden z radnych.
– Oh, Wasza Książęca
Mość, jak dobrze, że cię widzę. – Geoffroy Arceneu niemalże do niego podbiegł.
Dyszał ciężko. – Proszę, usiądźmy. – Wskazał na jedną z ławek. Q spełnił jego
prośbę.
– Czy ma pan do mnie
jakąś bardzo ważną sprawę? – spytał przyszły władca, dostrzegając wielkie
zmęczenie mężczyzny. Prawdopodobnie szukał go już od dłuższego czasu.
– O, tak. – Geoffroy
poprawił krawat. – Chciałbym porozmawiać z tobą o małżeństwie z królową
Tatianą.
Quentin z trudem
przełknął ślinę. Starał się unikać tego tematu. Z tego co wiedział, Królowa
Kier nazywała się Tatiana Daqueen, była prawie czterdziestoletnią wdową oraz
potężną władczynią. Jej urodę komplementowało wielu, ale mimo to książę wcale
nie palił się do małżeństwa z nią.
– Nawet nie masz pojęcia,
Mości Książę, jak bardzo ci zazdroszczę. Taka kobieta jako żona to prawdziwy
skarb. Silna i władcza, a do tego jaka piękna… Arcydzieło, nie człowiek.
– Oczywiście – skłamał
następca tronu, pragnąc zakończyć wywód radnego. Ten jednak nie miał takiego
zamiaru.
– Uwierz mi, Wasza
Wysokość, z jej pomocą staniemy się mocarstwem. To urodzona królowa. Zdolność
do władania jest u niej rodzinna – w końcu to sama krewna naczelnika Lennoxa.
Q nie mógł się z nim nie
zgodzić. Kobieta sama od kilku lat rządziła sporym krajem, a mimo to dawała
radę, mało tego, spisywała się świetnie, stale umacniając Kier.
– Tak. Sądzę, że unia korzystnie
wpłynie na oba królestwa. Nie różnimy się od siebie aż tak bardzo, w porównaniu
do Pik czy Trefl – podsumował, wstając. Nie potrafił długo usiedzieć w miejscu.
– Mam tylko nadzieję, że Kier wywiąże się z umowy.
– Ależ naturalnie –
zapewnił go radny Arceneu. Przeczesał swój wąs. – Różanie to dumny i
odpowiedzialny naród. Nie należy się tym przejmować, to nie zdrajcy jak Niczycy.
Quentin przytaknął, wciąż
pełen obaw. Mężczyźni skierowali się w stronę dziedzińca.
– Wiesz, co, Wasza
Wysokość? Lucienowi również przydałaby się żona, taka, która wreszcie
utemperowałaby ten jego charakterek – rzekł spokojnie Geoffroy, tymczasem
książę z trudem powstrzymał się, by nie zachłysnąć powietrzem. – Co o tym
sądzisz?
Luc i małżeństwo? Ciężko
nie parsknąć śmiechem. Nastolatek kompletnie się do tego nie nadawał – na pewno
nie teraz – może za kilka lat. Był na to za młody, a przede wszystkim zbyt
buntowniczy. Do tej pory Q nie zauważył, by z kimś się spotykał. Widocznie
żadna kobieta nie umiała go poskromić ani on sam nie widział takiej potrzeby,
żeby być w związku.
– To chyba nie najlepszy
pomysł – stwierdził Quentin, drapiąc się po karku.
– Skądże znowu –
zaprzeczył radny. Już prawie dotarli do jednego z wejść do pałacu. Położył dłoń
na ramieniu księcia. – Nie martw się, na dworze, który przybędzie z Kier, na
pewno ktoś się dla niego znajdzie – zapewnił. – No, na mnie już czas. Miło się
z tobą gawędzi, ale obowiązki wzywają, Mości Książę. – Złożył ukłon, żegnając
się.
Młody mężczyzna nie miał
pojęcia czy śmiać się, czy płakać. Kuriozalne wizje małżeństw przyprawiły go o
dreszcze. Chciał dla brata jak najlepiej, dlatego pragnął, aby ten ożenił się z
miłości, a nie z przymusu, w przeciwieństwie do niego.
Nabrał mocno powietrza i
wypuścił je. Zdecydowanie potrzebował oderwania się od rzeczywistości.
♦♦♦
Szczęk metalu dotarł do
uszu Quentina i wywołał przyjemną gęsią skórkę. Z dumą spojrzał na swoje dzieło
– dwóch powalonych strażników. Schował miecz do pochwy, podszedł do leżących
mężczyzn i podał im dłoń.
Uwielbiał trenować, a
teraz, gdy nie obowiązywał go jego dawny plan zajęć, mógł to robić, kiedy tylko
chciał. Potrafił spędzać godziny w sali treningowej. Nawet jako dziecko, wieczorami
wymykał się z komnaty poćwiczyć władanie mieczem. Choć w Pik zapewne wymyślono
już bardziej skuteczną i śmiercionośną broń, on jednak preferował klasyczne
uzbrojenie i nie zamierzał tego zmieniać.
– Dobra robota, Wasza
Wysokość – pochwalił go jeden z gwardzistów, z którymi walczył. Nie znał ich
imion. – Doskonale zadane uderzenia.
Q skinął głową, do swojej
techniki walki podchodził bardziej krytycznie. Mimo że udało mu się pokonać
strażników, czuł, że stać go na znacznie więcej. Nie umiał skupić się na walce,
jego myśli stale coś zaprzątało.
„Powinienem popracować nad
płynniejszymi ruchami ciała”.
Książę otarł stróżkę
potu, spływającą po czole. Trenując, kompletnie stracił rachubę czasu. Ile
godzin minęło? Zapewne dużo, bo słońce chyliło się już ku zachodowi.
– Na dziś wystarczy,
panowie. Możecie odejść.
Mężczyźni wymienili
spojrzenia. Ukłonili się i wyszli. Nie mieli prawa się sprzeciwiać, wykonywali
jedynie rozkazy.
Quentin tymczasem odetchnął,
usiadłszy się na parapecie. Był zmęczony nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.
Ostatnie dni wyciągnęły z niego prawie tyle samo energii, co rok wcześniej, gdy
zginęli jego rodzice. Wtedy również starał się na siłę czymś zajmować, byleby,
choć na moment, o wszystkim zapomnieć. Zazwyczaj metoda skutkowała, ale nie na
długo.
„Yves ma rację. Podróż w
góry dobrze mi zrobi, inaczej zwariuję tutaj”. – Sapnął, rozkoszując się ciszą.
W takich chwilach lubił pogrążać się we wspomnieniach.
Huk otwieranych drzwi
natychmiast wyrwał mężczyznę z zamyślenia. Zdziwiony zwrócił się ku wejściu.
Nie dane mu było pobyć w samotności. Do sali niczym huragan wparował Lucien.
Włosy miał rozwichrzone, a w jego błękitno–zielonych oczach płonął gniew.
– Jak mogłeś?! – oburzył
się, machając świstkiem papieru przed twarzą brata. Q domyślił się, co
zawierała treść listu.
– A zatem dotarła do
ciebie informacja o twojej karze – stwierdził opanowanym głosem. – Mam
nadzieję, że się do niej zastosujesz.
– Możesz sobie pomarzyć –
fuknął Lux. – Jeśli myślisz, że zapuszczę korzenie w tym przeklętym pałacu, to
się grubo mylisz. Lennox również.
– Lucien! – uniósł się
Quentin. Młodszy książę chciał się odezwać, jednak Q zgromił go swoim
spojrzeniem. – Po pierwsze, wyrażaj się, bo właśnie przez takie zachowanie
otrzymałeś zakaz opuszczania rezydencji. Panuj nad sobą. – Luc z grymasem na
twarzy wywrócił oczyma. – Po drugie, zrozum, że to dla twojego bezpieczeństwa.
W pałacu jesteś pod stałą opieką strażników, którzy gotowi są oddać za ciebie
życie.
Nastolatek nie wyglądał
na przekonanego, ale tak naprawdę wiedział, że młody mężczyzna ma rację. Był
zbyt dumny, by to przyznać, dlatego unikał kontaktu wzrokowego.
– Zrozum, martwię się o
ciebie, Lux – powiedział przyszły władca. Chciał objąć Luciena ramieniem,
jednak ten nagle odwrócił się, odtrącając go.
Chłopak wymamrotał coś
pod nosem, zapewne obelgę, i wyszedł, trzaskając drzwiami. Zniknął tak szybko,
jak się pojawił.
Quentin zatopił miecz w
jednej z materiałowych kukieł. Czekała go ciężka noc.
♦♦♦
Witam wszystkie zbłąkane duszyczki! Jak wrażenia po rozdziale? Z góry przepraszam za wszelkie błędy, staram się je wyłapywać, ale jestem tylko człowiekiem, i to w dodatku bez bety :PAkcja zaczyna się coraz bardziej komplikować. Podejrzewacie kogoś? Co takiego ukrywa Lucien? Czekam na wasze komentarze :D
PS W przyszłym rozdziale poznamy bliżej huragan Lucien :D

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz