Król Diamentów – Rozdział IV

sobota, 19 stycznia 2019

Echo uderzeń ciężkich podeszew o metalowe schody rozniosło się po wielkiej sali. Widząc postawną, młodą dziewczynę w szarym mundurze, z trzema srebrnymi pasami na ramieniu, rebelianci przyłożyli pięści do piersi, krzyżując ręce. Salutowali. Jednak Karianne wcale to nie obchodziło, miała ważniejsze sprawy na głowie, dlatego nie uraczyła ich żadnym gestem, prócz delikatnego skinienia. Kipiała ze złości. Kwaśna mina sprawiała, że niemal wszyscy schodzili jej z drogi. Zwartym krokiem podążała w stronę jednego ze stolików, przy którym zgromadziła się spora grupa buntowników, dopóki na jej drodze nie pojawił się drobny chłopak w okularach.
– O–oficer Morten? – zająknął się. Intensywność z jaką spojrzała na niego Karianne przytłoczyła go jeszcze bardziej. Mimo to kontynuował:
– Generał Spruce żąda natychmiastowego raportu z misji w Herbsztad.
– Naprawdę nie mam teraz na to czasu. – Dziewczyna przetarła czoło, wzdychając. – Przekaż generałowi, że zajmę się tym najpóźniej jutro.
– A–ale?
– Żadnych ale. To rozkaz. – Wyminęła go zanim ten zdążył zaprotestować. Nie miała ochoty się z nim użerać, a jej raport mógł poczekać. Skoro mianowano ją jednym z oficerów, musiano liczyć się z jej niechęcią do papierkowej roboty i zdawania relacji.
Misja w Herbsztad nie należała do przyjemnych. Położone niedaleko granicy z Pik miasto Trefl słynęło przede wszystkim z przemysłu wydobywczego – zaopatrywało między innymi fabryki produkujące broń dla wojska. Do głównych zadań Szarej Rebelii należało sabotowanie armii królestw tak, aby nie dopuścić do ewentualnej wojny pomiędzy nimi, zatem odcięcie dostawy potrzebnych surowców stanowiło znakomity cel. W ciągu ostatnich kilku tygodni Karianne, wraz z przydzieloną jej grupą żołnierzy, zajmowała się wysadzaniem szybów górniczych oraz trakcji kolejowych. Starali się działać pokojowo, nie robiąc ludziom krzywdy, skryci pod osłoną nocy. Mimo to ostatniego dnia pobytu omal nie zostali złapani, na szczęście w porę znalazła inną drogę ucieczki, dzięki czemu mogli prędko się ewakuować.
Właśnie dlatego nie wiedziała, co w tym czasie działo się z jej przyjaciółmi, którzy zostali wytyczeni do misji w Montanagne w stolicy Karo. Gdy tylko usłyszała o dokonanym tam zamachu, domyśliła się, kto mógł tego dokonać, choć oficjalnie nie powinni mieć z tym nic wspólnego. Ale zbyt dobrze znała wielu rebeliantów i zdawała sobie sprawę, iż zdania na temat pacyfistycznych działań Rebelii były podzielone.
Jej przyjaciele siedzieli, jak zwykle przy najdalszym stoliku w stołówce, i żywo rozmawiali o czymś, gestykulując. Nie zauważyli jej.
Dziewczyna była wściekła. Uderzyła pięściami o blat, ściągając na siebie ich zaskoczony wzrok.
– O Inge, już wróciłaś! – Czerwonowłosy rebeliant o figlarnym spojrzeniu obrócił się w jej kierunku. Użył nawet jej pseudonimu. Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz Karianne natychmiast go uciszyła.
– Powiedzcie, że to nie wy – zwróciła się do nich Morten, zapanowała chwilowa cisza. Osłupieni przyjaciele popatrzeli na siebie.
– Że co nie my? – Skośnooka Mina założyła ręce na piersi. Siedząca obok niej Octavia wzdrygnęła się.
– Nie róbcie ze mnie idiotki. Dobrze wiecie, co mam na myśli. – Karianne ponownie zgromiła ich lodowatym spojrzeniem swych stalowych oczu.
Jedno z krzeseł zaszurało o podłogę. Chwilę później ciepłe dłonie znalazły się na ramionach młodej oficer. Nie odtrąciła ich. Poczuła w sercu przyjemne ukłucie, odrobinę uspokoiła się.
– Spokojnie, Karianne, żaden z nas nie ma nic wspólnego z zamachem w Karo. Przecież nas znasz, nie sprzeciwilibyśmy się zasadom ani nie zranili niewinnych ludzi. To nie w stylu Szarej Rebelii.
Jasper Lars zawsze wiedział jak sprawić, aby na moment znów poczuła się dawną sobą – opanowaną i bez zmartwień. Jego przyjemny, melodyjny głos działał na nią kojąco, a wszystkie kotłujące się w niej nerwy opadały. Polubiła go od razu, kiedy dołączyła do ruchu oporu, choć z początku nie potrafiła się przed sobą do tego przyznać. Był nieliczną osobą, jakiej nie obawiała się pokazać część swojego prawdziwego ja. W jego różowych oczach widziała szczerość. Poczuła ulgę.
– Naprawdę? – spytała jeszcze raz, tym razem patrząc przeszywającym wzrokiem w stronę Miny i Robina. Ci tylko wzruszyli ramionami.
– Lars mówi prawdę. Mieliśmy jedynie splądrować zapasy broni i przy okazji namalować kilka symboli na budynkach, ale gdy tam dotarliśmy było już po eksplozji – odezwała się twardo Nora. Poprawiła długie blond włosy. – Wycofaliśmy się niemal natychmiast. Na ulicach wszędzie roiło się od wojska.
Karianne nie miała podstaw, by im nie wierzyć. Słyszała co nieco, że ich akcja borykała się z drobnymi opóźnieniami i ostatecznie nie doszła do skutku. Jej przyjaciele byli lojalni wobec Rebelii, mimo że nie zawsze zgadzali się z jej działaniami. Zresztą nie podejrzewała tylko i wyłącznie ich, obawiała się czegoś znacznie gorszego – większego zła.
Westchnęła.
– Przepraszam. – Spuściła lekko głowę. Rzadko przyznawała się do błędów, na szczęście potrafiła spojrzeć na swoje działania krytycznym okiem. Postąpiła zbyt pochopnie, oskarżając ich.
– Nie zapominaj, że nie podnosimy broni na cywilów, a zabijamy jedynie w skrajnych przypadkach obrony własnej. Zależy nam na przekonaniu ludności do naszych racji drogą pokojową. – Siedzący do tej pory cicho Samuel zwrócił się do Morten. Sposób w jaki mówił nie był karcący, a pouczający. – Nie pochwalamy przemocy, a już tym bardziej nie chcemy wywołać żadnej wojny.
Wszyscy oprócz czerwonowłosego Robina i szaroskórej Miny przytaknęli. Młody rebeliant wywrócił oczyma.
– Może to właśnie wojna jest najlepszym rozwiązaniem zamiast ciągłej bierności – mruknął pod nosem, mimo to pozostali doskonale go usłyszeli.
– Robin! – Samuel obrzucił go krytycznym wzrokiem. – Nie wygaduj głupot. Przemocą niczego nie rozwiążemy, a sprowadzimy jedynie chaos.
– Sam pleciesz bzdury! – oburzyła się Mina. – Nie możemy dalej chować się po kątach. Jak tak dalej pójdzie, prędzej dopadnie nas wojsko i zawiśniemy na szubienicy za zdradę niż zjednoczymy Talię. Zrozumcie to wreszcie.
– A wy zakodujcie to sobie wreszcie w waszych małych główkach, że ludzie tym bardziej nie będą nas popierać, jeżeli wyjdziemy na bandę agresorów, przez których wojna pochłonie wiele niewinnych istnień!
– Najlepszą obroną jest atak, a bez wojny nie ma zjednoczenia.
– Przestańcie – szepnęła Octavia w kącikach oczu, której zaczęły gromadzić się łzy. Rzadko się sprzeczali. – To do niczego nie prowadzi. – Nikt jej nie słuchał.
– Jeśli nie wystąpimy zbrojnie przeciwko władzom, to nie mamy prawa nazywać siebie rebeliantami!
– Karo już szykuje się do połączenia z Kier i zaatakowania Trefla, możemy to wykorzystać…
– Dosyć tego! – Karianne stanowczym głosem przerwała kłótnię. Stała dumnie, górując nad towarzyszami. Ludzie z całej stołówki zwrócili się w jej kierunku, zaciekawieni nagłym hałasem. – Zapamiętajcie to sobie, Szara Rebelia dąży do przywrócenia dawnego królestwa Talii na drodze pokojowej. – Położyła szczególny nacisk na ostatnie wyrazy. – Co oznacza: żadnych wojen czy morderstw na cywilach. Musimy przekonać do siebie ludzi, a nie na siłę wpajać im naszą doktrynę, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie i wszystko znów się posypie. A jeśli komuś się coś nie podoba, to nikt go tutaj nie trzyma. Jasne?! – Spojrzała na Robina i Minę, którzy nadal siedzieli ze skwaszonymi minami.
Chłopak prychnął.
– Gdyby faktycznie zależałoby nam na zjednoczeniu Talii, nie kręcilibyśmy nosem nad sojuszem Kier i Karo – skwitował. Wszyscy zamilkli.
Morten zacisnęła zęby. Zarząd Rebelii nie patrzył przychylnym okiem na poczynania tych królestw, z uwagi na fakt, że unia pomiędzy nimi byłaby jawnym aktem wypowiedzenia wojny Trefl, a przy okazji Pik. W innym przypadku rebelianci wspomogliby proces scalenia państwa zachodniego z południowym. Założycielom od początku powstania buntu zależało głównie na bezpieczeństwie i dobru zwykłych ludzi, którzy w przypadku konfliktu zbrojnego staliby się niewinnymi ofiarami. Legenda o rozpadzie Talii nauczyła ich, że okrucieństwo nie popłaca, a wręcz rujnuje i prowadzi do burzy wojennej.
Mimo to Inge miała także własne powody, by nie dopuścić do przejęcia władzy w Karo przez Królową Serc. Wiedziała, że za tym kryła się znacznie większa intryga. Tylko jaka? Nie ważne, co planowało Kier, Tatiana nie mogła za wszelką cenę zasiąść na tronie obu królestw – Karianne przysięgła to sobie. To był powód, dla którego kilka miesięcy temu dołączyła do Szarej Rebelii. Potrzebowała armii.
Przyjaciele patrzyli na nią w nadziei, że coś odpowie. Młoda oficer wyrwała się z zamyślenia. Odchrząknęła.
– Odkąd lata temu Karo odrzuciło propozycję Treflu w sprawie wyboru królowej, stosunki obu królestw diametralnie się pogorszyły, prawie doszło do wojny. Ostatnimi czasy, ku zdziwieniu wszystkich, poprawiły się za to relacje Piku z państwem wschodnim, co zaowocowało między innymi współpracą militarną… – zaczęła wyjaśniać, choć informacje te były powszechnie wiadome.
Robin z obojętną miną bawił się widelcem. Nienawidził polityki.
– …Jak wiemy – wtrącił się Jasper, Karianne posłała mu wdzięczne spojrzenie, któremu towarzyszył lekki uśmiech – potęga Karo i Kier zmalała i w wyniku rozwoju pozostałych narodów, królestwa te zaczęły obawiać się o swoje pozycje na arenie międzynarodowej. Jednym słowem: pozostała im jedynie wojna, a tylko wspólnymi siłami są w stanie konkurować z Treflem i Pik i zaspokoić swoje ego wielkości.
– My w przeciwieństwie do nich nie jesteśmy megalomanami, i jak już wcześniej mówiłam, staramy się działać pokojowo, nie krzywdząc przy tym cywilów – dokończyła ostrym tonem Morten. Odrzuciła przeszkadzające jej warkocze za siebie.
Mina prychnęła, jednak wciąż trzymała język za zębami. Karianne dziwiła się, że ani ona, ani Robin nie przerwali jej wywodu. Przypominali nieco skarcone dzieci, które wcześniej narozrabiały.
Panującej atmosferze daleko było do przyjemnej. Octavia prawie kroiła powietrze nożem, machając sztućcem delikatnie w przód i w tył. Tuż obok Samuel i Nora siedzieli ze skrzyżowanymi na piersi rękami, mierząc Robina i Minę ostrym wzrokiem. Nie podzielali ich poglądów, podobnie jak reszta rebeliantów. A mimo to trzymali się razem.
Jasper westchnął. Na jego twarzy pojawiły się oznaki zmęczenia.
– W każdym razie, jak zwykle nie będziemy się obijać. – Lars wyprostował się dumnie. Szary mundur dobrze na nim leżał i podkreślał masywną sylwetkę. Przypominałby prawdziwego przywódcę, według Karianne, gdyby tylko nie jego różowe loki, które często wywoływały u dziewczyny śmiech. Traktowała go jak swoją prawą rękę. – Rozmawiałem dziś rano z generałem Spruce’m odnośnie naszych dalszych poczynań, w szczególności w związku z dokonanym w Karo zamachem, i nasze dotychczasowe działania nie ulegają zmianie.
Inge wróciła ze swojej misji nad ranem, spała zaledwie trzy godziny i do tej pory nie miała czasu, żeby porozmawiać z przełożonymi. Odczuła ulgę, iż przyjaciel wyręczył ją chociaż w tym.
– Nadal będziemy sabotować wojska czterech królestw, pilnując, by nie skakały sobie do gardeł, urządzać demonstracje i protesty oraz próbować porozumieć się z władzami. Dodatkowo, specjalnie wybrany oddział podejmie się znalezienia sprawcy wybuchu na Placu Monet.
Robin poruszył się. Wstał.
– Świetnie – rzekł bez entuzjazmu. – Coś jeszcze? Bo mam kilka spraw do załatwienia – Mina stanęła obok niego.
– Będziemy szukać informacji. – Nie musiał mówić jakic, wszyscy doskonale wiedzieli, o co mu chodziło. Założyciel rebelii – Unitatis – od lat poszukiwał faktów odnośnie upadku pierwszego królestwa. Do tej pory Rebelii udało się znaleźć na ten temat sporo dokumentów, jednak wciąż brakowało tych konkretnych. Według nich ludność podła ofiarą zbiorowej manipulacji, która doprowadziła do podziału, lecz nadal nie mieli na to twardych dowodów. – Jeśli legenda o rozpadzie Talii została zmyślona, udowodnimy to i ogłosimy światu…
– A wtedy wszyscy zrozumieją, że mamy rację i będziemy żyć długo i szczęśliwie w jednym królestwie. Hura… Daruj to sobie – powiedziała apatycznie Nora. Wywróciła oczyma.
Każdy, kto dołączył do Szarej Rebelii, zrobił to z jakiegoś powodu. W przypadku Nory, jeśli Karianne dobrze kojarzyła, było to spowodowane nieszczęśliwą miłością. Pochodząca z Karo, młoda dziewczyna nigdy nie opowiadała swojej historii ze zbytnimi szczegółami, jednak Inge potrafiła łączyć fakty. Domyśliła się, iż ukochany Nory pochodził najprawdopodobniej z Trefla i oboje mieszkali na granicy. Planowali razem uciec, niestety zostali złapani, a mężczyzna stracony. Nic zatem dziwnego, że blondynka odtrącała większość od siebie, a mimo to Karianne czuła do niej sympatię i to wcale nie taką, wynikającą ze współczucia.
– Nora, przestań. – Sam trącił ją ramieniem, a ta burknęła coś pod nosem.
Morten zacisnęła pięści. Chciała się odezwać, ale ponownie zauważyła na horyzoncie chłopca z wcześniej. Przełożeni naprawdę domagali się jej natychmiastowego raportu. Sapnęła.
– Muszę lecieć, widzimy się później.
Odwróciła się i zaczęła zmierzać w stronę wyjścia ze stołówki. W ostatniej chwili Jasper chwycił jej nadgarstek i odciągnął na bok. Spojrzeli sobie w oczy.
– Nie wiem, czy słyszałaś, ale… Salma wyjeżdża dziś wieczorem. Nie spóźnij się. – Ostatnie zdanie wypowiedział z uśmiechem. Karianne parsknęła śmiechem. Wywróciła oczyma. Trąciła go w ramię.
– Pewnie, będę na czas. Gdybym się spóźniła, Salma wydrapałaby mi oczy i nie dała żyć. – Oboje zaśmiali się, jednak po chwili na twarzy chłopaka odmalował się wyraz smutku. Dziewczyna od razu to zauważyła. – Hej, nie przejmuj się. To, że nie wszyscy są na tyle inteligentni, żeby zorientować się, że władza mami nas tanią bajeczką o królu–tyranie, którego rządy obalili nasi dzielni przodkowie i utworzyli cztery królestwa, nie jest powodem do zmartwień. Odkryjesz prawdziwą historię. Wierzę w ciebie.
– Wiem, po prostu… Nie daje mi to spokoju. Ta legenda ma tyle luk, bo choćby, dlaczego podzielono Talię z powodu, że zamieszkujące ją nacje nie potrafiły się dogadać, skoro przez ten cały czas żyli ze sobą w zgodzie i nawet wspólnie zdetronizowali okrutnego monarchę… O, albo ta niechęć do ponownego połączenia, jakby ktoś rzucił na wszystkich urok… I…
– Jasper, rozumiem, ale wzywają mnie. – Zdecydowanie wolała z nim zostać i słuchać, jak opowiada o tym z wielką pasją i ekscytacją, jednak obowiązki wzywały. – Zresztą, ciebie chyba też. – Zauważyła idącą w ich kierunku Mandrake, przełożoną Jaspera. Chłopak również ją dostrzegł.
– Jasne, do zobaczenia. – Poklepał ją. – Daj im wszystkim popalić!
– Oczywiście. – Uścisnęli dłonie i po chwili rozeszli się, każdy w drugą stronę.
Karianne zaintrygowały słowa Jaspera. Żałowała, że nie mogła z nim dłużej porozmawiać. Gdyby się tak dłużej zastanowić, w jego wypowiedzi był jakiś sens. I choć nie bardzo wierzyła w pradawny spisek, to faktycznie, na samą myśl o zjednoczeniu czterech królestw niektórzy od razu wyrażali swój sprzeciw, nie potrafiąc go nawet wytłumaczyć. Tak czy inaczej, odrzuciła te zmartwienia na bok – miała inne priorytety i misję do spełnienia.
„Oj, dam im popalić. Zwłaszcza Kier” – pomyślała, maszerując ciemnymi korytarzami. – „Nie pozwolę, by przejęła absolutną władzę. Nie ona”.
♦♦♦
Karianne biegła tak szybko, jak tylko potrafiła. Pokonywała korytarze z zawrotną prędkością, wymijając po drodze innych rebeliantów. Była spóźniona. Cholerny raport. Nienawidziła spowiadać się z absolutnie wszystkiego. Nadal nie rozumiała, jakim cudem mianowano ją oficerem. Znała o wiele lepszych kandydatów na to stanowisko.
Choć zebrała kilka pochwał, udzielono jej także reprymendy – racja, czasami działała zbyt pochopnie i dobrze o tym wiedziała, niestety już po fakcie dokonanym. Wysadzenie jednego z głównych magazynów w Herbsztad nie było najlepszym pomysłem, zwłaszcza, że omal ich nie wykryto. Źle oceniła sytuację. Sądziła, iż przełożeni zdegradują ją, ale tego nie zrobili. Miała nadzieję, że to nie ze względu na jej pochodzenie. Chciała, by doceniano ją z racji umiejętności, które tak długo doskonaliła, a nie mocy czy rodziny.
Brunetka westchnęła. Nie zwolniła kroku. Już prawie dotarła do magazynu. Oby tylko mocno się nie spóźniła. Pchnęła metalowe drzwi. Hangar był prawie pusty.
„Cholera, cholera… Salma mnie udusi, jak tylko znów się spotkamy”.
Część oddziałów Rebelii przenosiła się do głównej bazy na Wyspie Rokilda. Wśród wytypowanych do podróży znalazła się między innymi Salma Luna, czego Karianne bardzo przyjaciółce zazdrościła. Tęskniła za przenikliwym chłodem i ciągnącymi się nizinami Piku. Owszem, Góry Kraita zapierały dech w piersi – podobnie jak cała przyroda Karo, która odznaczała się dużym zróżnicowaniem – ale mimo wszystko Inge czuła się tam obco i nieswojo. Chciała wrócić, chociaż tak naprawdę nigdzie nie należała. Nie miała prawdziwej ojczyzny.
Stanęła przy barierce. Desperacko rozglądała się wokoło. Ludzie krzątali się, widziała kilka znajomych twarzy, jednak nie Salmę Lunę. Sapnęła. Nie lubiła zawodzić innych, zwłaszcza wiedząc, że może ich nie zobaczyć przez następne kilka miesięcy.
Nagle poczuła czyjeś dłonie na twarzy. Ktoś zakrył jej oczy. Natychmiast zareagowała. Chwyciła napastnika za nadgarstki i wykręciła do tyłu. Obróciła się i zobaczyła…
– Spokojnie, spóźnialska małpko. Ładnie to tak witać przyjaciółkę? – Od razu ją rozpoznała, tego sarniego pyszczka nie dało się pomylić z nikim innym. Salma kochała zaskakiwać. Robiła to dość często, co nie zawsze spotykało się z aprobatą znajomych, w tym Karianne, której wymyślała coraz to dziwniejsze przezwiska związane z mocą dziewczyny. Ale taka już była i nie chciano, by się zmieniała. Na twarzy rebeliantki wykwitł łobuzerski uśmiech, a zwierzęce uszy poruszyły się.
– Ładniej niż ty się nie da – prychnęła Karianne. Wciąż miała wrażenie, że w jej włosach nadal tkwią kolorowe papierki, którymi przyjaciółka obrzuciła ją jakiś czas temu.
Salma Luna zaśmiała się.
– Nie przeczę. Jestem jedyna w swoim rodzaju. Ale – uniosła palec wskazujący – nie myśl sobie, że twoje spóźnienie ujdzie ci płazem. Przybiegłabyś zaledwie kilka minut później i w ogóle byśmy się nie zobaczyły.
– Wiesz, jaki jest Spruce, czepia się szczegółów i niepotrzebnie przetrzymuje.
Luna poklepała ją po ramieniu.
– Jasne, ale jeśli jeszcze raz nie zdążysz, tak jak ostatnim razem w Cherque, uduszę cię, i to wcale nie jest żart. Może i szybko biegasz, jednak poczucie czasu masz fatalne.
Karianne mimowolnie parsknęła. Nie zaprzeczyła.
– Jasper był?
Przyjaciółka kiwnęła głową.
– Zwinął się, zaraz zanim przyszłaś. Wezwano go, bo podobno część naszych ma się stawić w armii za kilka dni.
Spora grupa rebeliantów, głównie obywateli Pik, należała do tamtejszego wojska. Incognito, oczywiście. Szara Rebelia zyskała na tym wiele, przede wszystkim dostęp do broni oraz łatwy sabotaż działań żołnierzy. Karianne również zaliczała się do grona wojskowych. Wiadomość, że może i ona musi wrócić, dodała jej otuchy.
            Kolejne, już ostatnie, powozy opuszczały hangar, zaczęło się robić pusto. Jeden z rebeliantów machnął ręką i zawołał:
            – Salma, odjeżdżamy! Ruszaj się! Nie mamy całego dnia.
            Salma Luna wywróciła oczyma. Podała towarzyszce dłoń, którą ta uścisnęła. Przez ciało Morten przebiegła przyjemna iskra, jakby energia, choć Salma nie posiadała żadnej mocy. Karianne była tego pewna, bo nie potrafiła jej skopiować ani wyczuć. Zignorowała dziwne uczucie.
            – Czyli widzimy się wkrótce… Powodzenia. – Wymieniły spojrzenia. Karianne wydawało się, że dostrzegła w coś w oczach przyjaciółki. Dziwny blask, znikający wraz z mrugnięciem. Nie potrafiła tego wytłumaczyć. – Rozpętaj nam piekło, papugo. – Pstryknęła ją w nos. Inge wzdrygnęła się.
            – Tobie również przyjemnej podróży, wredoto. – Odwdzięczyła się przyjaciółce podobnym czynem, zamiast ją objąć. Nie znosiła czułości. – Tylko nie doprowadź ich tam do szału.
            – Da się zrobić. – Salma wysunęła język. Poprawiła zsuwającą się z ramienia torbę. Pomachała na pożegnanie i pognała w stronę powozu.
            Karianne odmachała. Patrzyła, jak rebeliantka wsiada do środka. Odczuła drobne ukłucie w sercu i na moment jej wzrok zamglił się.
            „Niedługo znów się spotkamy.” – Przemknęło jej przez umysł, ale to nie były jej myśli. Zmieszała się. Zmarszczyła brwi. Od jakiegoś czasu słyszała głosy w swojej głowie.
            Okręciła się wokół, jakby czegoś szukała. Rebelianci odjechali. Do magazynu wpadły ostatnie promienie zachodzącego słońca. Wiatr rozwiał jej włosy. Stała tak, wpatrzona w dal i ktokolwiek by na nią spojrzał, pomyślałby, że wygląda zarówno pięknie, jak i zabójczo.
            Otrząsnęła się z transu. Zacisnęła usta. Po raz kolejny zignorowała swoją, jak to nazwała, paranoję. Miała dużo ważniejsze sprawy i to dla nich dołączyła do Rebelii. Gromadziła sojuszników, potrzebowała każdego – nie ważne czy rebelianta, czy żołnierza Pik – przyszła walka zdawała się nieunikniona. Kłamała, mówiąc, że powstrzymają wojnę. Właśnie tego wymagali od niej przełożeni. Ale w głębi duszy przeczuwała konflikt i sama go pragnęła. Karianne nie chciała narażać życia innych, tylko ona zabrnęła już za daleko. Musiała ją powstrzymać, nieważne za jaką cenę.
            Przysięgła sobie, że Tatiana Daqueen zginie z jej ręki.
♦♦♦
            Gustave przytulił go i poklepał po plecach.
            – Tylko uważaj. Wiesz, jak bardzo serce mi się kraje na samą myśl, że robisz coś niebezpiecznego.
            – Wiem, Gus. Będę ostrożny – zapewnił mężczyznę Quentin. Chociaż tego nie okazywał, sam miał pewne wątpliwości, czy aby na pewno powinien jechać. Jednak nie potrafił odmówić przyjacielowi, który pomimo własnych problemów starał się go pocieszyć.
            Rozległo się rżenie koni. Biała karoca o złotych zdobieniach właśnie nadjechała. Yves już w niej siedział. Otworzył księciu drzwi.
            Gustave westchnął. Martwił się o przyszłego króla, traktował go jak własnego syna. I właśnie z tego względu nie protestował, wspierał Quentina i chciał dla niego jak najlepiej, mimo własnych uprzedzeń.
            – Ufam, że będziesz. Pamiętaj, niczym się nie przejmuj, tylko baw się dobrze. Potrzebujesz tego. – Q skinął głową. Słyszał, że ogiery się niecierpliwią. – Wszystko jest załatwione, Lennox się tym zajął.
            Quentin mimowolnie spojrzał na pałac. W jednym z okien dostrzegł dobrze znaną mu sylwetkę. Poczuł ukłucie w sercu i wyrzuty sumienia. Wiedział, iż o czymś zapomniał. Przed oczami widział nienawistne spojrzenie brata. Nie powiedział mu.
            – Lux wie?
            Starszy mężczyzna po chwili namysłu odpowiedział:
            – Tak. Dowiedział się dziesięć minut temu. Przekazałem mu to osobiście... – Urwał na moment. Zastanawiał się, czy mówić dalej. – Nie przyjął tego… dość dobrze.
            Quentin mógł sobie tylko wyobrażać reakcję Luciena, jego wściekłość i furię. Miał nadzieję, że brat mu wybaczy i zamieni z nim choć słówko. Nie raz zdarzało się, że milczał tygodniami i chodził obrażony. Jednak nastolatek także powinien zrozumieć i uszanować to, że Quentin miał prawo odpocząć i schronić się za miastem, gdzie wrogowie nie wiedzieli o jego pobycie. Na barkach starszego księcia spoczywało o wiele więcej obowiązków. Luc myślał jedynie o sobie.
            Q przetarł zmęczone oczy. Ostatnio mało sypiał. Całe popołudnia i wieczory spędzał na naradach. Wczoraj złożył kwiaty pod pomnikiem i spotkał się z rodzinami ofiar oraz rannymi. Sam widok posępnych mieszkańców przysporzył mu mnóstwo cierpienia. Aby o tym nie myśleć, ćwiczył z żołnierzami. Wszyscy mówili mu, że się przepracowuje i być może mieli rację.
            – Wasza Wysokość, już ruszamy. Zapraszam do środka. – Służący podszedł do niego. Ukłonił się i gestem ręki wskazał na karocę.
            – Jeszcze sekundkę, poproszę. – Ponownie odwrócił się do opiekuna. – Przekaż Lucienowi moje przeprosiny. Porozmawiam z nim, jak tylko wrócę i zrekompensuję mu mój wyjazd.
            Gustave kiwnął głową. Q skierował się do powozu. Zauważył stojącego przed nim Lennoxa.
            – Życzę udanej podróży, Wasza Książęca Mość. – Naczelnik skłonił się. Nie spuszczał wzroku z Quentina.
            – Dziękuję, Lennoxie. – Uścisnęli dłonie.
            Quentin wsiadł do karocy. Wymienił spojrzenia z Yves’em. Służący zamknął drzwi i po chwili woźnica chwycił za lejce. Ruszyli.
            Im dalej się oddalali, książę nadal czuł, że Lennox obserwuje go swym zimnym spojrzeniem. Wzdrygnął się.
♦♦♦
            Quentin cieszył się, kiedy wreszcie wyjechali z miasta. Miał dość wielkomiejskiego przepychu i zgiełku. Podskakująca na wyboistej drodze leśnej karoca zostawiła za sobą szlacheckie kamienice i dworki, karczmy i chłopskie chaty, a w szczególności Pałac Królewski. Specjalnie poprosił, by nie wyjeżdżali główną bramą, tylko jedną z bocznych. Nie chciał oglądać Placu Monet, zniósł już dostatecznie dużo bólu, składając tam kwiaty. Widok płaczących poddanych ściskał go za serce. Naczelnik Karo ogłosił trzydniową żałobę, która właśnie dobiegła końca.
            Wypad w góry to jedyne, co mogło mu w tej chwili pomóc, odciągnąć przygnębiające myśli. Quentin trochę się zdziwił, gdy Lennox pozwolił mu opuścić pałac, dawniej kategorycznie by mu tego zakazał, zwłaszcza w zaistniałej sytuacji. Nie był do końca pewny, czemu mężczyzna zmienił swój stosunek do niego, ale odłożył te zmartwienia na później. Jak już zostanie królem, nie będzie mógł sobie pozwolić na wyjazdy wspinaczkowe, kiedy zechce. Zatem korzystał teraz.
            Czuł się przez to samolubnie.
            Siedzący obok Yves poklepał go, dając mu do zrozumienia, że czasem powinno się zadbać o siebie. Lennox zajął się wszystkim – w końcu to on tymczasowo zarządzał królestwem do czasu aż Quentin nie ukończy dwudziestu jeden lat i nie ożeni się. Król Karo nie mógł sprawować władzy bez królowej. Naczelnik zadbał o przygotowanie podróży, a także wzmocnienie sił obronnych stolicy tak, aby nawet biedni mieszkańcy nie czuli się zagrożeni. Po sugestii Quentina wznowiono przymusowy pobór do wojska. Musiał również porozmawiać z bratem odnośnie jego służby.
            Bezpieczeństwem starszego księcia zajmował się osobiście sam generał. Naprzeciw nich, w powozie, jechało jeszcze dwóch żołnierzy o kamiennych twarzach. Eskortowało ich czterech najlepszych strażników na koniach. Podróżowali incognito. Nie chcąc rzucać się w oczy, wybrali mniej uczęszczane szlaki prowadzące do Gór Kryształowych.
            Góry te były chlubą Karo, dzięki nim Montanagne rozwinęło się w potężne miasto. Znajdujące się tam olbrzymie pokłady klejnotów, stanowiły główny towar eksportowy królestwa. Zdobiono nimi wszystko począwszy od zastaw stołowych aż po wystawne budowle. Nic dziwnego, że ubrania szlachetnie urodzonych Diamentian mieniły się kryształami. To oni kreowali modę na kontynencie. Nazywano ich Królestwem Diamentów.
            Dojeżdżali już niemal do podnóża gór. Kilka lat temu, gdy Q po raz pierwszy posmakował dreszczyku wywołanego wspinaczką skalną, król Alan nakazał przygotować dla syna bezpieczną ściankę i sprzęt, który specjalnie zaprojektowali uczeni Karo. Quentin był wdzięczny ojcu za wspieranie jego pasji. Tęsknił za nim.
            Karoca przystanęła. Wystarczyło przejść kilka metrów przez las, by ujrzeć prawie stumetrową skałkę, a na niej punkty asekuracyjne.
            Gestem ręki Sol rozkazał czterem żołnierzom rozstawić się. Pozostali przynieśli potrzebny sprzęt. Quentin zajął się zapinaniem uprzęży.
            – Minęło sporo czasu, nie sądziłem, że jeszcze pamiętasz do czego to służy – zaśmiał się Yves i podał mu linę.
            – Zabawne, to samo pomyślałem o tobie.
            Obaj parsknęli pod nosem i powrócili do starannych przygotowań. Ich humor poprawił się, Quentin po raz pierwszy od dłuższego czasu odetchnął z ulgą. Tuż przed wyjazdem Yves zapowiedział, że w ciągu tych kilku spędzonych razem godzin obowiązuje kategoryczny zakaz rozmowy o polityce, rebelii czy zamachu. Książę doceniał starania przyjaciela, który dbał o to, by przestał zamartwiać się minionymi wydarzeniami.
            Dokładnie przywiązali liny i zaczepili kilka ekspresów. Asekurować ich miało dwóch strażników. Byli gotowi.
            Wybrali trasy obok siebie. Quentin zręcznie wpiął linę do zamontowanego w skale karabinka i ruszył w górę. Przed śmiercią rodziców rzadko używał wykonanego dla siebie sprzętu, preferował wspinaczkę bez zabezpieczeń, jednak od czasu ich wypadku stosował się do uwag ojca. Gdyby i jemu coś się przytrafiło… Nie chciał nawet o tym myśleć.
            A mimo to lekki zastrzyk adrenaliny wyzwalał w nim ukrytego lekkoducha.
            – Nie za wolno ci to idzie? – Spojrzał na znajdującego się dwa metry niżej Yvesa. Mężczyzna dotarł do punktu asekuracyjnego. Nieco niżej strażnicy mocno ściskali za liny, by nie groziło im odpadnięcie.
            – Zobaczymy, kto będzie śmiał się ostatni. – Wyćwiczonym ruchem chwycił za skałę i podciągnął się wyżej.
Q pokręcił głową i również powrócił do dalszej wspinaczki.
            Szło im to sprawnie, lata praktyki zrobiły swoje. Im wyżej byli, tym bardziej Quentin czuł, że żyje. Kochał to uczucie, pełne wolności, ulgi. Czasami miał wrażenie, jakby jego ciało łączyło w sobie dwie osoby – lekkodusznego wojownika i przyszłego władcę, który stawia dobro poddanych ponad własne. W zależności gdzie się znalazł, tym się stawał. Lubił obydwie te osoby, ale wiedział, że wkrótce jedna z nich będzie musiała ustąpić miejsca drugiej. Wybór był prosty. Tylko, co tak naprawdę mogło dać mu pełnię szczęścia?
            – Nie pamiętam już, kiedy ostatnio byłeś taki cichy – zauważył Yves. Książę wyrwał się z chwilowego zamyślenia.
            – Wydaje ci się. Jestem niezwykle rozmowny. – Wpiął linę do kolejnego karabinka.
            – Yhm. To nie ja milczałem całą drogę tutaj.
            Q nie odpowiedział. Skupił się na wspinaczce. Nie chciał wracać myślami do Montanagne. Przyjaciel natomiast zignorował jego milczenie, najwyraźniej obrał sobie za cel rozgadanie go.
            – Pamiętasz, jak z połową oddziału wspinaliśmy się nocą w Morskich Górach? – zaczął. – Nie byłem wtedy jeszcze generałem. Dotąd nie mogę uwierzyć, jakim cudem dowództwo się o tym nie dowiedziało.
            Na samo wspomnienie tego wydarzenia Quentin nie mógł się nie uśmiechnąć.
            – Trafiliśmy tam na obozowisko przemytników. Złapaliśmy ich, a potem udaliśmy, że natknęliśmy się na nich na patrolu.
            – No przecież. Mieliśmy być na patrolu. – Wyrównali odległość i spojrzeli na siebie. Wybuchli śmiechem.
            Coś zatrzeszczało, ale dobry humor sprawił, iż nie zwrócili na to uwagi.
            – I tak, nic nie przebije pobytu w Cherque – powiedział Quentin.
            – Weź przestań. Tamte stare ubrania chyba do dziś są mokre – śmiał się Yves, wspominając feralny pościg przez rzekę i swój niefortunny upadek z konia wprost do zimnej wody.
            Rozmawiali swobodnie, jak dawnej. Książę nagle znalazł wiele innych tematów niż tylko polityka, na której ostatnio jedynie się skupiał. Przestał żałować decyzji o wyjeździe.
Przebyli połowę drogi. Przystanęli. Odwrócili się. Za nimi rozciągał się zapierający dech w piersiach widok, którego drzewa nie mogły już zasłonić. Widzieli rozciągające się wzgórza Montanagne. Miasto było perłą w koronie bogatego kraju, a przynajmniej kiedyś, bo majątek Karo nieco uszczuplił się.
            – Szkoda, że nie zabrałeś brata. Może w końcu zmieniłby zdanie, co do stolicy i przestał zachwycać Kaskad – odezwał się Sol.
            Q parsknął.
            – On nie lubi gór.
            – A szkoda. Przydałoby mu się trochę aktywności.
            Słowa generała przypomniały Quentinowi, że wciąż nie porozmawiał z Lucienem odnośnie ćwiczeń wojskowych. Co prawda wybronił go od pełnej służby, jednak w zaistniałej sytuacji uważał, że przydałoby się podszkolić młodego. Miał świadomość, jak bardzo Luc nie znosił walczyć, ale bał się o niego. Dlatego wraz z Lennoxem zdecydowali, iż nastolatek odbędzie swoją „służbę” w pałacu, ćwicząc pod okiem nie tylko wykwalifikowanych żołnierzy, ale i samego Quentina.
            „Wszystko dla jego dobra”. – To stawało się powoli jego mottem.
            – Chodzi o Luciena, prawda? – zapytał Yves. Książę nie zrozumiał, o co mu chodzi. Zamrugał kilkakrotnie. – Przez niego jesteś taki nieobecny duchem?
            Q zaprzestał na chwilę wspinaczki. Swobodnie zawisł na linie. Jego przyjaciel miał po części rację.
            – Tak – przyznał. – Ostatnio dziwnie się zachowuje.
            – On zawsze dziwnie się zachowuje – skwitował Yves. Również przystanął na moment, zrównali się. – Moja ciotka uważa, że pluje jadem na prawo i lewo.
            Quentin zdusił w sobie śmiech.
            – Może masz rację, ale… – Momentalnie spochmurniał. – Od śmierci rodziców jest dużo dziwniejszy. Martwię się.
            – To normalne. Śmierć bliskiej osoby potrafi zmienić każdego. Ty także się zmieniłeś. – Yves był mądrą osobą. Potrafił zauważyć wiele.
Quentin pokiwał głową.
            – Może masz rację. Stałem się bardziej przewrażliwiony, zwłaszcza po tym zamachu. Mimo to mam, co do zmiany Luciena, złe przeczucia.
            Sol zmarszczył rude brwi.
            – Jakie na przykład?
            Przyszły władca uwielbiał w przyjacielu to, że ten nie umiał zignorować czyichś problemów. Potrafił wysłuchać. Tylko jemu mógł w pełni się zwierzyć. Ufał mu.
            – Niepokoi mnie jego ciągłe opuszczanie pałacu. Niby twierdzi, że jedzie do Kaskad, ale ile w tym prawdy? Nie zabiera ze sobą prawie w ogóle żadnych strażników. Nie ma takiego obowiązku, w końcu nie jest następcą tronu – wyrzucił z siebie. Gdzieś w środku odczuwał potrzebę porozmawiania o tym.
            – Faktycznie niepokojące – przyznał Yves. Zamyślił się na moment. – Rozmawiałeś z nim o tym?
            – Oczywiście, ale za każdym razem albo mnie zbywa, albo zmienia temat – powiedział Q, w jego głosie dało się wyczuć podirytowanie. Od śmierci rodziców rzadko rozmawiał z bratem, a przecież wydawało mu się, że zawsze mieli ze sobą dobry kontakt. – Na przykład dzisiaj rano, posłałem po niego służących. Chciałem zjeść razem śniadanie, jak za starych dobrych lat, jednak odprawił ich z kwitkiem. Ponoć nie wyspał się dostatecznie, ale według mnie, on po prostu mnie unika.
– Nie wiem, co o tym myśleć. To chyba taki wiek, inaczej przechodzi okres buntu. – Znów zaczęli się wspinać. – Powinieneś przyprzeć go do muru, żeby nie mógł się wykręcić i szczerze z nim porozmawiać. Myślę, że tego potrzebuje… Oboje tego potrzebujecie.
Quentin zamilkł. Przyjął rady przyjaciela do serca. Książę cieszył się, iż ma w nim oparcie.
Zdecydował. Jutro zabierze brata na przejażdżkę konną i wypyta go o wszystko. Jeszcze nie wie jak, ale na pewno to zrobi. Obawiał się tylko, że może być już za późno.
– Dzięki, Yv – wyznał Q. – Za wszystko… za rady i za ten wypad. Szczerze? Potrzebowałem tego.
Generał uśmiechnął się do niego.
– Jesteśmy przyjaciółmi, a przyjaciele tak robią. – Puścił mu oczko. – Swoją drogą, jak to nie zabiera ze sobą strażników? Ktoś wysokiej rangi musi mu towarzyszyć.
– O ile się nie mylę, najczęściej jeździ z nim Aylin, Czerwony Joker.
Jokery były tajemniczymi, ale potężnymi osobami. Potrafili przewidzieć przyszłość. Nie należeli do żadnego królestwa, podróżowali między nimi, pełniąc funkcję ambasadorów. Nie wiadomo skąd pochodzili i w jaki sposób, co jakiś czas zmieniali się. Większość mieszkańców uważała ich za mit. Jokerów tolerowano ze względu na umiejętności i obawę przed nimi. Oni zaś wykonywali swoje obowiązki sumiennie, przekazując wieści z państwa do państwa. Było ich dwóch – Czarny zajmował się głownie sprawami Pik i Trefl, zaś Czerwony Karo i Kier.
Nagle Yves zachichotał.
– No, i wszystko jasne. Chyba nie musisz się niczym martwić. – Quentin spojrzał na niego pytająco. – Chłopak po prostu się zakochał.
Złotowłosy z trudem przetworzył słowa przyjaciela. Wizja zakochanego w kimś Luciena wydawała mu się nierealna. Owszem, nie raz sugerował bratu, aby zawiesił oko na jakiejś damie, w końcu on sam zdążył wdać się w parę przelotnych romansów, jednak nie sądził, iż Lux będzie do tego zdolny. Co tu dużo mówić – nie wybrał także za dobrze. Jeśli naprawdę zakochałby się w Jokerze, i tak nie mógłby jej poślubić. Takie małżeństwo nie wchodziło w grę.
– Przesadzasz. Szykują już dla niego kogoś z Kier. Rozmawiałem o tym ostatnio z radnym Arceneu. Poza tym, nie zauważyłem, żeby między nim a Aylin było coś więcej niż przyjaźń. – Q nie darzył Czerwonego Jokera szczególną sympatią, uważał ją za zbyt tajemniczą. Pomimo tego doceniał sumienność z jaką dziewczyna wypełniała swoje obowiązki.
– Może, co nie oznacza, że nie mógłbyś się upewnić – oznajmił wesoło Yves. Nagle jego mina zmieniła się. Wyglądał na zmartwionego. Przyglądał się swojej linie i uprzęży.
Znów rozległo się skrzypienie. I tym razem Quentin to usłyszał.
– Co to było? – Rozejrzał się wokoło, ale nie zauważył niczego niepokojącego. To nie był dźwięk wydobywający się z lasu.
– Chyba coś nie tak z moją liną – oznajmił Sol. – Będzie lepiej, jak zejdę. Od początku wydawała mi się jakaś dziwna. – Odwrócił się i pomachał do asekurującego go strażnika na znak, że kończy. – Jeśli chcesz, możesz kontynuować beze mnie. Do szczytu już niewiele brakuje.
Książę pokręcił głową.
– Nie ma mowy. Zaczęliśmy razem, to i skończymy razem. – Przybili piątkę.
Rozpoczęli schodzenie poprzez spuszczanie się po linach. W równym tempie odpychali się od skały. Szło im to sprawnie.
W pewnym momencie Yves’em szarpnęło. Gwałtownie osunął się. Odpadł. Na szczęście sprzęt asekuracyjny zadziałał prawidłowo, mężczyzna zawisł na linie.
Quentin odetchnął z ulgą, gdy spojrzał w dół na przyjaciela, któremu nie stało się nic poważnego.
Lecz zaraz znów wstrzymał oddech. Jego serce jakby stanęło.
Włókna liny, na której utrzymywał się Yves, zaczęły pękać jeden po drugim. Trwało to kilka sekund. Przerażający dźwięk odbił się echem w jego uszach. Sol ze zgrozą spojrzał mu prosto w oczy. Prędko spróbował dosięgnąć skały. Już wyciągał rękę, chwytał się… kiedy to się stało.
Lina pękła.
– YVES! – krzyknął Quentin z całej siły w płucach. Nie zważając na własne bezpieczeństwo rzucił się, żeby złapać przyjaciela.
Ale nie udało mu się.
Asekurujący księcia strażnik puścił na moment sznur, zszokowany całym zajściem. Ciało Yves’a uderzyło z impetem o ziemię tuż obok niego. Łapczywie znów pochwycił linę z następcą tronu, zdając sobie sprawę, co zrobił. Q spadł jeszcze niżej. Przejechał dłońmi po ostrej skale. Krwawiły. Zawisł w powietrzu. Jego gwardzista trząsł się, jednak nie spuścił go. Quentin zaczął się szamotać w powietrzu.
– Yves!
Przy generale znaleźli się pozostali żołnierze. Natychmiast chwycili go i ponieśli ku karocy. Byli przerażeni.
Książę pragnął, jak najszybciej znaleźć się przy przyjacielu. Wciąż nie do końca dochodziło do niego, co przed chwilą miało miejsce. Oddychał ciężko. Serce omal nie wyskoczyło mu z piersi.
„On musi żyć” – pomyślał. Nie wybaczyłby sobie, gdyby Yves z tego nie wyszedł. Czemu wcześniej niczego nie zauważył? Dlaczego, do cholery, zgodził się na ten wyjazd?!
Zagryzł wargi. Trzymający go strażnik, nadal nie sprowadził go na dół. Nie chciał, żeby Quentin przeszkadzał w akcji ratowniczej.
Q postanowił wziąć sprawy we własne ręce. Rozhuśtał się, by złapać skałę. Dłonie piekły go, mimo to jedną z nich odpiął linę od uprzęży, przytrzymując się drugą. Zacisnął zęby, żeby stłumić ból.
– Wasza Wysokość, proszę tego nie robić!
Quentin nie słuchał go. Zaczął schodzić o własnych siłach. Już niewiele brakowało, aby dosięgnął ziemi. Robił to nieostrożnie, ale nie myślał w tej chwili o sobie. Ważniejsze było dla niego życie przyjaciela.
Zeskoczył. Ledwo ustał. Odczuł siłę skoku w nogach. Nie przejmując się próbującym go zatrzymać żołnierzem, pobiegł w stronę, gdzie powinien stać powóz.
Niestety karoca już odjechała.
Nie poddał się. Wskoczył na jedynego, ostałego konia i pognał prosto do Montanagne, do pałacu. Przez całą drogę błagał w duszy, by Yves żył.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
FREE BLOGGER TEMPLATE BY DESIGNER BLOGS