Echo
uderzeń ciężkich podeszew o metalowe schody rozniosło się po wielkiej sali. Widząc
postawną, młodą dziewczynę w szarym mundurze, z trzema srebrnymi pasami na
ramieniu, rebelianci przyłożyli pięści do piersi, krzyżując ręce. Salutowali.
Jednak Karianne wcale to nie obchodziło, miała ważniejsze sprawy na głowie,
dlatego nie uraczyła ich żadnym gestem, prócz delikatnego skinienia. Kipiała ze
złości. Kwaśna mina sprawiała, że niemal wszyscy schodzili jej z drogi. Zwartym
krokiem podążała w stronę jednego ze stolików, przy którym zgromadziła się
spora grupa buntowników, dopóki na jej drodze nie pojawił się drobny chłopak w
okularach.
Jej
przyjaciele siedzieli, jak zwykle przy najdalszym stoliku w stołówce, i żywo
rozmawiali o czymś, gestykulując. Nie zauważyli jej.
–
O–oficer Morten? – zająknął się. Intensywność z jaką spojrzała na niego Karianne
przytłoczyła go jeszcze bardziej. Mimo to kontynuował:
–
Generał Spruce żąda natychmiastowego raportu z misji w Herbsztad.
–
Naprawdę nie mam teraz na to czasu. – Dziewczyna przetarła czoło, wzdychając. –
Przekaż generałowi, że zajmę się tym najpóźniej jutro.
–
A–ale?
–
Żadnych ale. To rozkaz. – Wyminęła go zanim ten zdążył zaprotestować. Nie miała
ochoty się z nim użerać, a jej raport mógł poczekać. Skoro mianowano ją jednym
z oficerów, musiano liczyć się z jej niechęcią do papierkowej roboty i zdawania
relacji.
Misja
w Herbsztad nie należała do przyjemnych. Położone niedaleko granicy z Pik
miasto Trefl słynęło przede wszystkim z przemysłu wydobywczego – zaopatrywało
między innymi fabryki produkujące broń dla wojska. Do głównych zadań Szarej
Rebelii należało sabotowanie armii królestw tak, aby nie dopuścić do
ewentualnej wojny pomiędzy nimi, zatem odcięcie dostawy potrzebnych surowców
stanowiło znakomity cel. W ciągu ostatnich kilku tygodni Karianne, wraz z
przydzieloną jej grupą żołnierzy, zajmowała się wysadzaniem szybów górniczych
oraz trakcji kolejowych. Starali się działać pokojowo, nie robiąc ludziom
krzywdy, skryci pod osłoną nocy. Mimo to ostatniego dnia pobytu omal nie
zostali złapani, na szczęście w porę znalazła inną drogę ucieczki, dzięki czemu
mogli prędko się ewakuować.
Właśnie
dlatego nie wiedziała, co w tym czasie działo się z jej przyjaciółmi, którzy
zostali wytyczeni do misji w Montanagne w stolicy Karo. Gdy tylko usłyszała o
dokonanym tam zamachu, domyśliła się, kto mógł tego dokonać, choć oficjalnie
nie powinni mieć z tym nic wspólnego. Ale zbyt dobrze znała wielu rebeliantów i
zdawała sobie sprawę, iż zdania na temat pacyfistycznych działań Rebelii były
podzielone.
Dziewczyna
była wściekła. Uderzyła pięściami o blat, ściągając na siebie ich zaskoczony
wzrok.
–
O Inge, już wróciłaś! – Czerwonowłosy rebeliant o figlarnym spojrzeniu obrócił
się w jej kierunku. Użył nawet jej pseudonimu. Chciał powiedzieć coś jeszcze,
lecz Karianne natychmiast go uciszyła.
–
Powiedzcie, że to nie wy – zwróciła się do nich Morten, zapanowała chwilowa
cisza. Osłupieni przyjaciele popatrzeli na siebie.
–
Że co nie my? – Skośnooka Mina założyła ręce na piersi. Siedząca obok niej
Octavia wzdrygnęła się.
–
Nie róbcie ze mnie idiotki. Dobrze wiecie, co mam na myśli. – Karianne ponownie
zgromiła ich lodowatym spojrzeniem swych stalowych oczu.
Jedno
z krzeseł zaszurało o podłogę. Chwilę później ciepłe dłonie znalazły się na
ramionach młodej oficer. Nie odtrąciła ich. Poczuła w sercu przyjemne ukłucie,
odrobinę uspokoiła się.
–
Spokojnie, Karianne, żaden z nas nie ma nic wspólnego z zamachem w Karo.
Przecież nas znasz, nie sprzeciwilibyśmy się zasadom ani nie zranili niewinnych
ludzi. To nie w stylu Szarej Rebelii.
Jasper
Lars zawsze wiedział jak sprawić, aby na moment znów poczuła się dawną sobą –
opanowaną i bez zmartwień. Jego przyjemny, melodyjny głos działał na nią kojąco,
a wszystkie kotłujące się w niej nerwy opadały. Polubiła go od razu, kiedy
dołączyła do ruchu oporu, choć z początku nie potrafiła się przed sobą do tego
przyznać. Był nieliczną osobą, jakiej nie obawiała się pokazać część swojego prawdziwego
ja. W jego różowych oczach widziała szczerość. Poczuła ulgę.
–
Naprawdę? – spytała jeszcze raz, tym razem patrząc przeszywającym wzrokiem w
stronę Miny i Robina. Ci tylko wzruszyli ramionami.
–
Lars mówi prawdę. Mieliśmy jedynie splądrować zapasy broni i przy okazji
namalować kilka symboli na budynkach, ale gdy tam dotarliśmy było już po
eksplozji – odezwała się twardo Nora. Poprawiła długie blond włosy. –
Wycofaliśmy się niemal natychmiast. Na ulicach wszędzie roiło się od wojska.
Karianne
nie miała podstaw, by im nie wierzyć. Słyszała co nieco, że ich akcja borykała
się z drobnymi opóźnieniami i ostatecznie nie doszła do skutku. Jej przyjaciele
byli lojalni wobec Rebelii, mimo że nie zawsze zgadzali się z jej działaniami.
Zresztą nie podejrzewała tylko i wyłącznie ich, obawiała się czegoś znacznie
gorszego – większego zła.
Westchnęła.
–
Przepraszam. – Spuściła lekko głowę. Rzadko przyznawała się do błędów, na
szczęście potrafiła spojrzeć na swoje działania krytycznym okiem. Postąpiła
zbyt pochopnie, oskarżając ich.
–
Nie zapominaj, że nie podnosimy broni na cywilów, a zabijamy jedynie w
skrajnych przypadkach obrony własnej. Zależy nam na przekonaniu ludności do
naszych racji drogą pokojową. – Siedzący do tej pory cicho Samuel zwrócił się
do Morten. Sposób w jaki mówił nie był karcący, a pouczający. – Nie pochwalamy
przemocy, a już tym bardziej nie chcemy wywołać żadnej wojny.
Wszyscy
oprócz czerwonowłosego Robina i szaroskórej Miny przytaknęli. Młody rebeliant
wywrócił oczyma.
–
Może to właśnie wojna jest najlepszym rozwiązaniem zamiast ciągłej bierności –
mruknął pod nosem, mimo to pozostali doskonale go usłyszeli.
–
Robin! – Samuel obrzucił go krytycznym wzrokiem. – Nie wygaduj głupot. Przemocą
niczego nie rozwiążemy, a sprowadzimy jedynie chaos.
–
Sam pleciesz bzdury! – oburzyła się Mina. – Nie możemy dalej chować się po
kątach. Jak tak dalej pójdzie, prędzej dopadnie nas wojsko i zawiśniemy na
szubienicy za zdradę niż zjednoczymy Talię. Zrozumcie to wreszcie.
–
A wy zakodujcie to sobie wreszcie w waszych małych główkach, że ludzie tym
bardziej nie będą nas popierać, jeżeli wyjdziemy na bandę agresorów, przez
których wojna pochłonie wiele niewinnych istnień!
–
Najlepszą obroną jest atak, a bez wojny nie ma zjednoczenia.
–
Przestańcie – szepnęła Octavia w kącikach oczu, której zaczęły gromadzić się
łzy. Rzadko się sprzeczali. – To do niczego nie prowadzi. – Nikt jej nie
słuchał.
–
Jeśli nie wystąpimy zbrojnie przeciwko władzom, to nie mamy prawa nazywać
siebie rebeliantami!
–
Karo już szykuje się do połączenia z Kier i zaatakowania Trefla, możemy to
wykorzystać…
–
Dosyć tego! – Karianne stanowczym głosem przerwała kłótnię. Stała dumnie,
górując nad towarzyszami. Ludzie z całej stołówki zwrócili się w jej kierunku,
zaciekawieni nagłym hałasem. – Zapamiętajcie to sobie, Szara Rebelia dąży do
przywrócenia dawnego królestwa Talii na
drodze pokojowej. – Położyła szczególny nacisk na ostatnie wyrazy. – Co
oznacza: żadnych wojen czy morderstw na cywilach. Musimy przekonać do siebie
ludzi, a nie na siłę wpajać im naszą doktrynę, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie
i wszystko znów się posypie. A jeśli komuś się coś nie podoba, to nikt go tutaj
nie trzyma. Jasne?! – Spojrzała na Robina i Minę, którzy nadal siedzieli ze
skwaszonymi minami.
Chłopak
prychnął.
–
Gdyby faktycznie zależałoby nam na zjednoczeniu Talii, nie kręcilibyśmy nosem
nad sojuszem Kier i Karo – skwitował. Wszyscy zamilkli.
Morten
zacisnęła zęby. Zarząd Rebelii nie patrzył przychylnym okiem na poczynania tych
królestw, z uwagi na fakt, że unia pomiędzy nimi byłaby jawnym aktem
wypowiedzenia wojny Trefl, a przy okazji Pik. W innym przypadku rebelianci wspomogliby
proces scalenia państwa zachodniego z południowym. Założycielom od początku
powstania buntu zależało głównie na bezpieczeństwie i dobru zwykłych ludzi,
którzy w przypadku konfliktu zbrojnego staliby się niewinnymi ofiarami. Legenda
o rozpadzie Talii nauczyła ich, że okrucieństwo nie popłaca, a wręcz rujnuje i
prowadzi do burzy wojennej.
Mimo
to Inge miała także własne powody, by nie dopuścić do przejęcia władzy w Karo
przez Królową Serc. Wiedziała, że za tym kryła się znacznie większa intryga.
Tylko jaka? Nie ważne, co planowało Kier, Tatiana nie mogła za wszelką cenę zasiąść
na tronie obu królestw – Karianne przysięgła to sobie. To był powód, dla którego
kilka miesięcy temu dołączyła do Szarej Rebelii. Potrzebowała armii.
Przyjaciele
patrzyli na nią w nadziei, że coś odpowie. Młoda oficer wyrwała się z
zamyślenia. Odchrząknęła.
–
Odkąd lata temu Karo odrzuciło propozycję Treflu w sprawie wyboru królowej,
stosunki obu królestw diametralnie się pogorszyły, prawie doszło do wojny.
Ostatnimi czasy, ku zdziwieniu wszystkich, poprawiły się za to relacje Piku z
państwem wschodnim, co zaowocowało między innymi współpracą militarną… – zaczęła
wyjaśniać, choć informacje te były powszechnie wiadome.
Robin
z obojętną miną bawił się widelcem. Nienawidził polityki.
–
…Jak wiemy – wtrącił się Jasper, Karianne posłała mu wdzięczne spojrzenie,
któremu towarzyszył lekki uśmiech – potęga Karo i Kier zmalała i w wyniku
rozwoju pozostałych narodów, królestwa te zaczęły obawiać się o swoje pozycje
na arenie międzynarodowej. Jednym słowem: pozostała im jedynie wojna, a tylko
wspólnymi siłami są w stanie konkurować z Treflem i Pik i zaspokoić swoje ego
wielkości.
–
My w przeciwieństwie do nich nie jesteśmy megalomanami, i jak już wcześniej
mówiłam, staramy się działać pokojowo, nie krzywdząc przy tym cywilów –
dokończyła ostrym tonem Morten. Odrzuciła przeszkadzające jej warkocze za
siebie.
Mina
prychnęła, jednak wciąż trzymała język za zębami. Karianne dziwiła się, że ani
ona, ani Robin nie przerwali jej wywodu. Przypominali nieco skarcone dzieci,
które wcześniej narozrabiały.
Panującej
atmosferze daleko było do przyjemnej. Octavia prawie kroiła powietrze nożem,
machając sztućcem delikatnie w przód i w tył. Tuż obok Samuel i Nora siedzieli
ze skrzyżowanymi na piersi rękami, mierząc Robina i Minę ostrym wzrokiem. Nie
podzielali ich poglądów, podobnie jak reszta rebeliantów. A mimo to trzymali
się razem.
Jasper
westchnął. Na jego twarzy pojawiły się oznaki zmęczenia.
–
W każdym razie, jak zwykle nie będziemy się obijać. – Lars wyprostował się
dumnie. Szary mundur dobrze na nim leżał i podkreślał masywną sylwetkę.
Przypominałby prawdziwego przywódcę, według Karianne, gdyby tylko nie jego
różowe loki, które często wywoływały u dziewczyny śmiech. Traktowała go jak
swoją prawą rękę. – Rozmawiałem dziś rano z generałem Spruce’m odnośnie naszych
dalszych poczynań, w szczególności w związku z dokonanym w Karo zamachem, i
nasze dotychczasowe działania nie ulegają zmianie.
Inge
wróciła ze swojej misji nad ranem, spała zaledwie trzy godziny i do tej pory
nie miała czasu, żeby porozmawiać z przełożonymi. Odczuła ulgę, iż przyjaciel
wyręczył ją chociaż w tym.
–
Nadal będziemy sabotować wojska czterech królestw, pilnując, by nie skakały
sobie do gardeł, urządzać demonstracje i protesty oraz próbować porozumieć się
z władzami. Dodatkowo, specjalnie wybrany oddział podejmie się znalezienia
sprawcy wybuchu na Placu Monet.
Robin
poruszył się. Wstał.
–
Świetnie – rzekł bez entuzjazmu. – Coś jeszcze? Bo mam kilka spraw do
załatwienia – Mina stanęła obok niego.
–
Będziemy szukać informacji. – Nie musiał mówić jakic, wszyscy doskonale
wiedzieli, o co mu chodziło. Założyciel rebelii – Unitatis – od lat poszukiwał faktów
odnośnie upadku pierwszego królestwa. Do tej pory Rebelii udało się znaleźć na
ten temat sporo dokumentów, jednak wciąż brakowało tych konkretnych. Według
nich ludność podła ofiarą zbiorowej manipulacji, która doprowadziła do
podziału, lecz nadal nie mieli na to twardych dowodów. – Jeśli legenda o
rozpadzie Talii została zmyślona, udowodnimy to i ogłosimy światu…
–
A wtedy wszyscy zrozumieją, że mamy rację i będziemy żyć długo i szczęśliwie w
jednym królestwie. Hura… Daruj to sobie – powiedziała apatycznie Nora.
Wywróciła oczyma.
Każdy,
kto dołączył do Szarej Rebelii, zrobił to z jakiegoś powodu. W przypadku Nory,
jeśli Karianne dobrze kojarzyła, było to spowodowane nieszczęśliwą miłością.
Pochodząca z Karo, młoda dziewczyna nigdy nie opowiadała swojej historii ze
zbytnimi szczegółami, jednak Inge potrafiła łączyć fakty. Domyśliła się, iż
ukochany Nory pochodził najprawdopodobniej z Trefla i oboje mieszkali na granicy.
Planowali razem uciec, niestety zostali złapani, a mężczyzna stracony. Nic
zatem dziwnego, że blondynka odtrącała większość od siebie, a mimo to Karianne
czuła do niej sympatię i to wcale nie taką, wynikającą ze współczucia.
–
Nora, przestań. – Sam trącił ją ramieniem, a ta burknęła coś pod nosem.
Morten
zacisnęła pięści. Chciała się odezwać, ale ponownie zauważyła na horyzoncie
chłopca z wcześniej. Przełożeni naprawdę domagali się jej natychmiastowego
raportu. Sapnęła.
–
Muszę lecieć, widzimy się później.
Odwróciła
się i zaczęła zmierzać w stronę wyjścia ze stołówki. W ostatniej chwili Jasper
chwycił jej nadgarstek i odciągnął na bok. Spojrzeli sobie w oczy.
–
Nie wiem, czy słyszałaś, ale… Salma wyjeżdża dziś wieczorem. Nie spóźnij się. –
Ostatnie zdanie wypowiedział z uśmiechem. Karianne parsknęła śmiechem.
Wywróciła oczyma. Trąciła go w ramię.
–
Pewnie, będę na czas. Gdybym się spóźniła, Salma wydrapałaby mi oczy i nie dała
żyć. – Oboje zaśmiali się, jednak po chwili na twarzy chłopaka odmalował się
wyraz smutku. Dziewczyna od razu to zauważyła. – Hej, nie przejmuj się. To, że
nie wszyscy są na tyle inteligentni, żeby zorientować się, że władza mami nas
tanią bajeczką o królu–tyranie, którego rządy obalili nasi dzielni przodkowie i utworzyli cztery królestwa, nie jest powodem
do zmartwień. Odkryjesz prawdziwą historię. Wierzę w ciebie.
–
Wiem, po prostu… Nie daje mi to spokoju. Ta legenda ma tyle luk, bo choćby,
dlaczego podzielono Talię z powodu, że zamieszkujące ją nacje nie potrafiły się
dogadać, skoro przez ten cały czas żyli ze sobą w zgodzie i nawet wspólnie
zdetronizowali okrutnego monarchę… O, albo ta niechęć do ponownego połączenia,
jakby ktoś rzucił na wszystkich urok… I…
–
Jasper, rozumiem, ale wzywają mnie. – Zdecydowanie wolała z nim zostać i
słuchać, jak opowiada o tym z wielką pasją i ekscytacją, jednak obowiązki
wzywały. – Zresztą, ciebie chyba też. – Zauważyła idącą w ich kierunku Mandrake,
przełożoną Jaspera. Chłopak również ją dostrzegł.
–
Jasne, do zobaczenia. – Poklepał ją. – Daj im wszystkim popalić!
–
Oczywiście. – Uścisnęli dłonie i po chwili rozeszli się, każdy w drugą stronę.
Karianne
zaintrygowały słowa Jaspera. Żałowała, że nie mogła z nim dłużej porozmawiać.
Gdyby się tak dłużej zastanowić, w jego wypowiedzi był jakiś sens. I choć nie
bardzo wierzyła w pradawny spisek, to faktycznie, na samą myśl o zjednoczeniu
czterech królestw niektórzy od razu wyrażali swój sprzeciw, nie potrafiąc go
nawet wytłumaczyć. Tak czy inaczej, odrzuciła te zmartwienia na bok – miała
inne priorytety i misję do spełnienia.
„Oj,
dam im popalić. Zwłaszcza Kier” – pomyślała, maszerując ciemnymi korytarzami. –
„Nie pozwolę, by przejęła absolutną władzę. Nie ona”.
♦♦♦
Karianne
biegła tak szybko, jak tylko potrafiła. Pokonywała korytarze z zawrotną
prędkością, wymijając po drodze innych rebeliantów. Była spóźniona. Cholerny
raport. Nienawidziła spowiadać się z absolutnie wszystkiego. Nadal nie
rozumiała, jakim cudem mianowano ją oficerem. Znała o wiele lepszych kandydatów
na to stanowisko.
Choć
zebrała kilka pochwał, udzielono jej także reprymendy – racja, czasami działała
zbyt pochopnie i dobrze o tym wiedziała, niestety już po fakcie dokonanym.
Wysadzenie jednego z głównych magazynów w Herbsztad nie było najlepszym pomysłem,
zwłaszcza, że omal ich nie wykryto. Źle oceniła sytuację. Sądziła, iż przełożeni
zdegradują ją, ale tego nie zrobili. Miała nadzieję, że to nie ze względu na
jej pochodzenie. Chciała, by doceniano ją z racji umiejętności, które tak długo
doskonaliła, a nie mocy czy rodziny.
Brunetka
westchnęła. Nie zwolniła kroku. Już prawie dotarła do magazynu. Oby tylko mocno
się nie spóźniła. Pchnęła metalowe drzwi. Hangar był prawie pusty.
„Cholera,
cholera… Salma mnie udusi, jak tylko znów się spotkamy”.
Część
oddziałów Rebelii przenosiła się do głównej bazy na Wyspie Rokilda. Wśród
wytypowanych do podróży znalazła się między innymi Salma Luna, czego Karianne
bardzo przyjaciółce zazdrościła. Tęskniła za przenikliwym chłodem i ciągnącymi
się nizinami Piku. Owszem, Góry Kraita zapierały dech w piersi – podobnie jak
cała przyroda Karo, która odznaczała się dużym zróżnicowaniem – ale mimo
wszystko Inge czuła się tam obco i nieswojo. Chciała wrócić, chociaż tak
naprawdę nigdzie nie należała. Nie miała prawdziwej ojczyzny.
Stanęła
przy barierce. Desperacko rozglądała się wokoło. Ludzie krzątali się, widziała
kilka znajomych twarzy, jednak nie Salmę Lunę. Sapnęła. Nie lubiła zawodzić
innych, zwłaszcza wiedząc, że może ich nie zobaczyć przez następne kilka
miesięcy.
Nagle
poczuła czyjeś dłonie na twarzy. Ktoś zakrył jej oczy. Natychmiast zareagowała.
Chwyciła napastnika za nadgarstki i wykręciła do tyłu. Obróciła się i
zobaczyła…
–
Spokojnie, spóźnialska małpko. Ładnie to tak witać przyjaciółkę? – Od razu ją
rozpoznała, tego sarniego pyszczka nie dało się pomylić z nikim innym. Salma
kochała zaskakiwać. Robiła to dość często, co nie zawsze spotykało się z
aprobatą znajomych, w tym Karianne, której wymyślała coraz to dziwniejsze
przezwiska związane z mocą dziewczyny. Ale taka już była i nie chciano, by się
zmieniała. Na twarzy rebeliantki wykwitł łobuzerski uśmiech, a zwierzęce uszy
poruszyły się.
–
Ładniej niż ty się nie da – prychnęła Karianne. Wciąż miała wrażenie, że w jej
włosach nadal tkwią kolorowe papierki, którymi przyjaciółka obrzuciła ją jakiś
czas temu.
Salma
Luna zaśmiała się.
–
Nie przeczę. Jestem jedyna w swoim rodzaju. Ale – uniosła palec wskazujący –
nie myśl sobie, że twoje spóźnienie ujdzie ci płazem. Przybiegłabyś zaledwie
kilka minut później i w ogóle byśmy się nie zobaczyły.
–
Wiesz, jaki jest Spruce, czepia się szczegółów i niepotrzebnie przetrzymuje.
Luna
poklepała ją po ramieniu.
–
Jasne, ale jeśli jeszcze raz nie zdążysz, tak jak ostatnim razem w Cherque,
uduszę cię, i to wcale nie jest żart. Może i szybko biegasz, jednak poczucie
czasu masz fatalne.
Karianne
mimowolnie parsknęła. Nie zaprzeczyła.
–
Jasper był?
Przyjaciółka
kiwnęła głową.
–
Zwinął się, zaraz zanim przyszłaś. Wezwano go, bo podobno część naszych ma się
stawić w armii za kilka dni.
Spora
grupa rebeliantów, głównie obywateli Pik, należała do tamtejszego wojska.
Incognito, oczywiście. Szara Rebelia zyskała na tym wiele, przede wszystkim
dostęp do broni oraz łatwy sabotaż działań żołnierzy. Karianne również
zaliczała się do grona wojskowych. Wiadomość, że może i ona musi wrócić, dodała
jej otuchy.
Kolejne, już ostatnie, powozy opuszczały hangar, zaczęło
się robić pusto. Jeden z rebeliantów machnął ręką i zawołał:
– Salma, odjeżdżamy! Ruszaj się! Nie mamy całego dnia.
Salma Luna wywróciła oczyma. Podała towarzyszce dłoń,
którą ta uścisnęła. Przez ciało Morten przebiegła przyjemna iskra, jakby
energia, choć Salma nie posiadała żadnej mocy. Karianne była tego pewna, bo nie
potrafiła jej skopiować ani wyczuć. Zignorowała dziwne uczucie.
– Czyli widzimy się wkrótce… Powodzenia. – Wymieniły
spojrzenia. Karianne wydawało się, że dostrzegła w coś w oczach przyjaciółki.
Dziwny blask, znikający wraz z mrugnięciem. Nie potrafiła tego wytłumaczyć. – Rozpętaj
nam piekło, papugo. – Pstryknęła ją w nos. Inge wzdrygnęła się.
– Tobie również przyjemnej podróży, wredoto. –
Odwdzięczyła się przyjaciółce podobnym czynem, zamiast ją objąć. Nie znosiła
czułości. – Tylko nie doprowadź ich tam do szału.
– Da się zrobić. – Salma wysunęła język. Poprawiła
zsuwającą się z ramienia torbę. Pomachała na pożegnanie i pognała w stronę
powozu.
Karianne odmachała. Patrzyła, jak rebeliantka wsiada do
środka. Odczuła drobne ukłucie w sercu i na moment jej wzrok zamglił się.
„Niedługo znów się spotkamy.” – Przemknęło jej przez
umysł, ale to nie były jej myśli. Zmieszała się. Zmarszczyła brwi. Od jakiegoś
czasu słyszała głosy w swojej głowie.
Okręciła się wokół, jakby czegoś szukała. Rebelianci
odjechali. Do magazynu wpadły ostatnie promienie zachodzącego słońca. Wiatr
rozwiał jej włosy. Stała tak, wpatrzona w dal i ktokolwiek by na nią spojrzał,
pomyślałby, że wygląda zarówno pięknie, jak i zabójczo.
Otrząsnęła się z transu. Zacisnęła usta. Po raz kolejny
zignorowała swoją, jak to nazwała, paranoję. Miała dużo ważniejsze sprawy i to
dla nich dołączyła do Rebelii. Gromadziła sojuszników, potrzebowała każdego –
nie ważne czy rebelianta, czy żołnierza Pik – przyszła walka zdawała się
nieunikniona. Kłamała, mówiąc, że powstrzymają wojnę. Właśnie tego wymagali od
niej przełożeni. Ale w głębi duszy przeczuwała konflikt i sama go pragnęła.
Karianne nie chciała narażać życia innych, tylko ona zabrnęła już za daleko. Musiała ją powstrzymać, nieważne za
jaką cenę.
Przysięgła sobie, że Tatiana Daqueen zginie z jej ręki.
♦♦♦
Gustave przytulił go i poklepał po plecach.
– Tylko uważaj. Wiesz, jak bardzo serce mi się kraje na
samą myśl, że robisz coś niebezpiecznego.
– Wiem, Gus. Będę ostrożny – zapewnił mężczyznę Quentin. Chociaż
tego nie okazywał, sam miał pewne wątpliwości, czy aby na pewno powinien
jechać. Jednak nie potrafił odmówić przyjacielowi, który pomimo własnych
problemów starał się go pocieszyć.
Rozległo się rżenie koni. Biała karoca o złotych
zdobieniach właśnie nadjechała. Yves już w niej siedział. Otworzył księciu
drzwi.
Gustave westchnął. Martwił się o przyszłego króla, traktował
go jak własnego syna. I właśnie z tego względu nie protestował, wspierał
Quentina i chciał dla niego jak najlepiej, mimo własnych uprzedzeń.
– Ufam, że będziesz. Pamiętaj, niczym się nie przejmuj,
tylko baw się dobrze. Potrzebujesz tego. – Q skinął głową. Słyszał, że ogiery
się niecierpliwią. – Wszystko jest załatwione, Lennox się tym zajął.
Quentin mimowolnie spojrzał na pałac. W jednym z okien
dostrzegł dobrze znaną mu sylwetkę. Poczuł ukłucie w sercu i wyrzuty sumienia.
Wiedział, iż o czymś zapomniał. Przed oczami widział nienawistne spojrzenie
brata. Nie powiedział mu.
– Lux wie?
Starszy mężczyzna po chwili namysłu odpowiedział:
– Tak. Dowiedział się dziesięć minut temu. Przekazałem mu
to osobiście... – Urwał na moment. Zastanawiał się, czy mówić dalej. – Nie
przyjął tego… dość dobrze.
Quentin mógł sobie tylko wyobrażać reakcję Luciena, jego
wściekłość i furię. Miał nadzieję, że brat mu wybaczy i zamieni z nim choć
słówko. Nie raz zdarzało się, że milczał tygodniami i chodził obrażony. Jednak
nastolatek także powinien zrozumieć i uszanować to, że Quentin miał prawo
odpocząć i schronić się za miastem, gdzie wrogowie nie wiedzieli o jego pobycie.
Na barkach starszego księcia spoczywało o wiele więcej obowiązków. Luc myślał
jedynie o sobie.
Q przetarł zmęczone oczy. Ostatnio mało sypiał. Całe
popołudnia i wieczory spędzał na naradach. Wczoraj złożył kwiaty pod pomnikiem
i spotkał się z rodzinami ofiar oraz rannymi. Sam widok posępnych mieszkańców
przysporzył mu mnóstwo cierpienia. Aby o tym nie myśleć, ćwiczył z żołnierzami.
Wszyscy mówili mu, że się przepracowuje i być może mieli rację.
– Wasza Wysokość, już ruszamy. Zapraszam do środka. –
Służący podszedł do niego. Ukłonił się i gestem ręki wskazał na karocę.
– Jeszcze sekundkę, poproszę. – Ponownie odwrócił się do
opiekuna. – Przekaż Lucienowi moje przeprosiny. Porozmawiam z nim, jak tylko
wrócę i zrekompensuję mu mój wyjazd.
Gustave kiwnął głową. Q skierował się do powozu. Zauważył
stojącego przed nim Lennoxa.
– Życzę udanej podróży, Wasza Książęca Mość. – Naczelnik
skłonił się. Nie spuszczał wzroku z Quentina.
– Dziękuję, Lennoxie. – Uścisnęli dłonie.
Quentin wsiadł do karocy. Wymienił spojrzenia z Yves’em.
Służący zamknął drzwi i po chwili woźnica chwycił za lejce. Ruszyli.
Im dalej się oddalali, książę nadal czuł, że Lennox
obserwuje go swym zimnym spojrzeniem. Wzdrygnął się.
♦♦♦
Quentin cieszył się, kiedy wreszcie wyjechali z miasta.
Miał dość wielkomiejskiego przepychu i zgiełku. Podskakująca na wyboistej
drodze leśnej karoca zostawiła za sobą szlacheckie kamienice i dworki, karczmy
i chłopskie chaty, a w szczególności Pałac Królewski. Specjalnie poprosił, by
nie wyjeżdżali główną bramą, tylko jedną z bocznych. Nie chciał oglądać Placu
Monet, zniósł już dostatecznie dużo bólu, składając tam kwiaty. Widok
płaczących poddanych ściskał go za serce. Naczelnik Karo ogłosił trzydniową
żałobę, która właśnie dobiegła końca.
Wypad w góry to jedyne, co mogło mu w tej chwili pomóc,
odciągnąć przygnębiające myśli. Quentin trochę się zdziwił, gdy Lennox pozwolił
mu opuścić pałac, dawniej kategorycznie by mu tego zakazał, zwłaszcza w
zaistniałej sytuacji. Nie był do końca pewny, czemu mężczyzna zmienił swój
stosunek do niego, ale odłożył te zmartwienia na później. Jak już zostanie
królem, nie będzie mógł sobie pozwolić na wyjazdy wspinaczkowe, kiedy zechce.
Zatem korzystał teraz.
Czuł się przez to samolubnie.
Siedzący obok Yves poklepał go, dając mu do zrozumienia,
że czasem powinno się zadbać o siebie. Lennox zajął się wszystkim – w końcu to
on tymczasowo zarządzał królestwem do czasu aż Quentin nie ukończy dwudziestu
jeden lat i nie ożeni się. Król Karo nie mógł sprawować władzy bez królowej.
Naczelnik zadbał o przygotowanie podróży, a także wzmocnienie sił obronnych
stolicy tak, aby nawet biedni mieszkańcy nie czuli się zagrożeni. Po sugestii
Quentina wznowiono przymusowy pobór do wojska. Musiał również porozmawiać z
bratem odnośnie jego służby.
Bezpieczeństwem starszego księcia zajmował się osobiście
sam generał. Naprzeciw nich, w powozie, jechało jeszcze dwóch żołnierzy o
kamiennych twarzach. Eskortowało ich czterech najlepszych strażników na
koniach. Podróżowali incognito. Nie chcąc rzucać się w oczy, wybrali mniej
uczęszczane szlaki prowadzące do Gór Kryształowych.
Góry te były chlubą Karo, dzięki nim Montanagne rozwinęło
się w potężne miasto. Znajdujące się tam olbrzymie pokłady klejnotów, stanowiły
główny towar eksportowy królestwa. Zdobiono nimi wszystko począwszy od zastaw
stołowych aż po wystawne budowle. Nic dziwnego, że ubrania szlachetnie
urodzonych Diamentian mieniły się kryształami. To oni kreowali modę na
kontynencie. Nazywano ich Królestwem Diamentów.
Dojeżdżali już niemal do podnóża gór. Kilka lat temu, gdy
Q po raz pierwszy posmakował dreszczyku wywołanego wspinaczką skalną, król Alan
nakazał przygotować dla syna bezpieczną ściankę i sprzęt, który specjalnie
zaprojektowali uczeni Karo. Quentin był wdzięczny ojcu za wspieranie jego
pasji. Tęsknił za nim.
Karoca przystanęła. Wystarczyło przejść kilka metrów
przez las, by ujrzeć prawie stumetrową skałkę, a na niej punkty asekuracyjne.
Gestem ręki Sol rozkazał czterem żołnierzom rozstawić
się. Pozostali przynieśli potrzebny sprzęt. Quentin zajął się zapinaniem
uprzęży.
– Minęło sporo czasu, nie sądziłem, że jeszcze pamiętasz
do czego to służy – zaśmiał się Yves i podał mu linę.
– Zabawne, to samo pomyślałem o tobie.
Obaj parsknęli pod nosem i powrócili do starannych
przygotowań. Ich humor poprawił się, Quentin po raz pierwszy od dłuższego czasu
odetchnął z ulgą. Tuż przed wyjazdem Yves zapowiedział, że w ciągu tych kilku
spędzonych razem godzin obowiązuje kategoryczny zakaz rozmowy o polityce,
rebelii czy zamachu. Książę doceniał starania przyjaciela, który dbał o to, by
przestał zamartwiać się minionymi wydarzeniami.
Dokładnie przywiązali liny i zaczepili kilka ekspresów.
Asekurować ich miało dwóch strażników. Byli gotowi.
Wybrali trasy obok siebie. Quentin zręcznie wpiął linę do
zamontowanego w skale karabinka i ruszył w górę. Przed śmiercią rodziców rzadko
używał wykonanego dla siebie sprzętu, preferował wspinaczkę bez zabezpieczeń,
jednak od czasu ich wypadku stosował się do uwag ojca. Gdyby i jemu coś się
przytrafiło… Nie chciał nawet o tym myśleć.
A mimo to lekki zastrzyk adrenaliny wyzwalał w nim
ukrytego lekkoducha.
– Nie za wolno ci to idzie? – Spojrzał na znajdującego
się dwa metry niżej Yvesa. Mężczyzna dotarł do punktu asekuracyjnego. Nieco
niżej strażnicy mocno ściskali za liny, by nie groziło im odpadnięcie.
– Zobaczymy, kto będzie śmiał się ostatni. – Wyćwiczonym
ruchem chwycił za skałę i podciągnął się wyżej.
Q
pokręcił głową i również powrócił do dalszej wspinaczki.
Szło im to sprawnie, lata praktyki zrobiły swoje. Im
wyżej byli, tym bardziej Quentin czuł, że żyje. Kochał to uczucie, pełne
wolności, ulgi. Czasami miał wrażenie, jakby jego ciało łączyło w sobie dwie
osoby – lekkodusznego wojownika i przyszłego władcę, który stawia dobro
poddanych ponad własne. W zależności gdzie się znalazł, tym się stawał. Lubił
obydwie te osoby, ale wiedział, że wkrótce jedna z nich będzie musiała ustąpić
miejsca drugiej. Wybór był prosty. Tylko, co tak naprawdę mogło dać mu pełnię
szczęścia?
– Nie pamiętam już, kiedy ostatnio byłeś taki cichy –
zauważył Yves. Książę wyrwał się z chwilowego zamyślenia.
– Wydaje ci się. Jestem niezwykle rozmowny. – Wpiął linę do kolejnego karabinka.
– Yhm. To nie ja milczałem całą drogę tutaj.
Q nie odpowiedział. Skupił się na wspinaczce. Nie chciał
wracać myślami do Montanagne. Przyjaciel natomiast zignorował jego milczenie,
najwyraźniej obrał sobie za cel rozgadanie go.
– Pamiętasz, jak z połową oddziału wspinaliśmy się nocą w
Morskich Górach? – zaczął. – Nie byłem wtedy jeszcze generałem. Dotąd nie mogę
uwierzyć, jakim cudem dowództwo się o tym nie dowiedziało.
Na samo wspomnienie tego wydarzenia Quentin nie mógł się
nie uśmiechnąć.
– Trafiliśmy tam na obozowisko przemytników. Złapaliśmy
ich, a potem udaliśmy, że natknęliśmy się na nich na patrolu.
– No przecież. Mieliśmy być na patrolu. – Wyrównali
odległość i spojrzeli na siebie. Wybuchli śmiechem.
Coś zatrzeszczało, ale dobry humor sprawił, iż nie
zwrócili na to uwagi.
– I tak, nic nie przebije pobytu w Cherque – powiedział
Quentin.
– Weź przestań. Tamte stare ubrania chyba do dziś są
mokre – śmiał się Yves, wspominając feralny pościg przez rzekę i swój
niefortunny upadek z konia wprost do zimnej wody.
Rozmawiali swobodnie, jak dawnej. Książę nagle znalazł
wiele innych tematów niż tylko polityka, na której ostatnio jedynie się
skupiał. Przestał żałować decyzji o wyjeździe.
Przebyli
połowę drogi. Przystanęli. Odwrócili się. Za nimi rozciągał się zapierający
dech w piersiach widok, którego drzewa nie mogły już zasłonić. Widzieli
rozciągające się wzgórza Montanagne. Miasto było perłą w koronie bogatego
kraju, a przynajmniej kiedyś, bo majątek Karo nieco uszczuplił się.
– Szkoda, że nie zabrałeś brata. Może w końcu zmieniłby
zdanie, co do stolicy i przestał zachwycać Kaskad – odezwał się Sol.
Q parsknął.
– On nie lubi gór.
– A szkoda. Przydałoby mu się trochę aktywności.
Słowa generała przypomniały Quentinowi, że wciąż nie
porozmawiał z Lucienem odnośnie ćwiczeń wojskowych. Co prawda wybronił go od
pełnej służby, jednak w zaistniałej sytuacji uważał, że przydałoby się
podszkolić młodego. Miał świadomość, jak bardzo Luc nie znosił walczyć, ale bał
się o niego. Dlatego wraz z Lennoxem zdecydowali, iż nastolatek odbędzie swoją
„służbę” w pałacu, ćwicząc pod okiem nie tylko wykwalifikowanych żołnierzy, ale
i samego Quentina.
„Wszystko dla jego dobra”. – To stawało się powoli jego
mottem.
– Chodzi o Luciena, prawda? – zapytał Yves. Książę nie
zrozumiał, o co mu chodzi. Zamrugał kilkakrotnie. – Przez niego jesteś taki
nieobecny duchem?
Q zaprzestał na chwilę wspinaczki. Swobodnie zawisł na
linie. Jego przyjaciel miał po części rację.
– Tak – przyznał. – Ostatnio dziwnie się zachowuje.
– On zawsze dziwnie się zachowuje – skwitował Yves.
Również przystanął na moment, zrównali się. – Moja ciotka uważa, że pluje jadem
na prawo i lewo.
Quentin zdusił w sobie śmiech.
– Może masz rację, ale… – Momentalnie spochmurniał. – Od
śmierci rodziców jest dużo dziwniejszy. Martwię się.
– To normalne. Śmierć bliskiej osoby potrafi zmienić
każdego. Ty także się zmieniłeś. – Yves był mądrą osobą. Potrafił zauważyć
wiele.
Quentin
pokiwał głową.
– Może masz rację. Stałem się bardziej przewrażliwiony,
zwłaszcza po tym zamachu. Mimo to mam, co do zmiany Luciena, złe przeczucia.
Sol zmarszczył rude brwi.
– Jakie na przykład?
Przyszły władca uwielbiał w przyjacielu to, że ten nie
umiał zignorować czyichś problemów. Potrafił wysłuchać. Tylko jemu mógł w pełni
się zwierzyć. Ufał mu.
– Niepokoi mnie jego ciągłe opuszczanie pałacu. Niby
twierdzi, że jedzie do Kaskad, ale ile w tym prawdy? Nie zabiera ze sobą prawie
w ogóle żadnych strażników. Nie ma takiego obowiązku, w końcu nie jest następcą
tronu – wyrzucił z siebie. Gdzieś w środku odczuwał potrzebę porozmawiania o
tym.
– Faktycznie niepokojące – przyznał Yves. Zamyślił się na
moment. – Rozmawiałeś z nim o tym?
– Oczywiście, ale za każdym razem albo mnie zbywa, albo
zmienia temat – powiedział Q, w jego głosie dało się wyczuć podirytowanie. Od
śmierci rodziców rzadko rozmawiał z bratem, a przecież wydawało mu się, że
zawsze mieli ze sobą dobry kontakt. – Na przykład dzisiaj rano, posłałem po
niego służących. Chciałem zjeść razem śniadanie, jak za starych dobrych lat,
jednak odprawił ich z kwitkiem. Ponoć nie wyspał się dostatecznie, ale według
mnie, on po prostu mnie unika.
–
Nie wiem, co o tym myśleć. To chyba taki wiek, inaczej przechodzi okres buntu. –
Znów zaczęli się wspinać. – Powinieneś przyprzeć go do muru, żeby nie mógł się
wykręcić i szczerze z nim porozmawiać. Myślę, że tego potrzebuje… Oboje tego
potrzebujecie.
Quentin
zamilkł. Przyjął rady przyjaciela do serca. Książę cieszył się, iż ma w nim
oparcie.
Zdecydował.
Jutro zabierze brata na przejażdżkę konną i wypyta go o wszystko. Jeszcze nie
wie jak, ale na pewno to zrobi. Obawiał się tylko, że może być już za późno.
–
Dzięki, Yv – wyznał Q. – Za wszystko… za rady i za ten wypad. Szczerze? Potrzebowałem
tego.
Generał
uśmiechnął się do niego.
–
Jesteśmy przyjaciółmi, a przyjaciele tak robią. – Puścił mu oczko. – Swoją
drogą, jak to nie zabiera ze sobą strażników? Ktoś wysokiej rangi musi mu
towarzyszyć.
–
O ile się nie mylę, najczęściej jeździ z nim Aylin, Czerwony Joker.
Jokery
były tajemniczymi, ale potężnymi osobami. Potrafili przewidzieć przyszłość. Nie
należeli do żadnego królestwa, podróżowali między nimi, pełniąc funkcję
ambasadorów. Nie wiadomo skąd pochodzili i w jaki sposób, co jakiś czas zmieniali
się. Większość mieszkańców uważała ich za mit. Jokerów tolerowano ze względu na
umiejętności i obawę przed nimi. Oni zaś wykonywali swoje obowiązki sumiennie,
przekazując wieści z państwa do państwa. Było ich dwóch – Czarny zajmował się
głownie sprawami Pik i Trefl, zaś Czerwony Karo i Kier.
Nagle
Yves zachichotał.
–
No, i wszystko jasne. Chyba nie musisz się niczym martwić. – Quentin spojrzał
na niego pytająco. – Chłopak po prostu się zakochał.
Złotowłosy
z trudem przetworzył słowa przyjaciela. Wizja zakochanego w kimś Luciena
wydawała mu się nierealna. Owszem, nie raz sugerował bratu, aby zawiesił oko na
jakiejś damie, w końcu on sam zdążył wdać się w parę przelotnych romansów,
jednak nie sądził, iż Lux będzie do tego zdolny. Co tu dużo mówić – nie wybrał
także za dobrze. Jeśli naprawdę zakochałby się w Jokerze, i tak nie mógłby jej
poślubić. Takie małżeństwo nie wchodziło w grę.
–
Przesadzasz. Szykują już dla niego kogoś z Kier. Rozmawiałem o tym ostatnio z
radnym Arceneu. Poza tym, nie zauważyłem, żeby między nim a Aylin było coś
więcej niż przyjaźń. – Q nie darzył Czerwonego Jokera szczególną sympatią,
uważał ją za zbyt tajemniczą. Pomimo tego doceniał sumienność z jaką dziewczyna
wypełniała swoje obowiązki.
–
Może, co nie oznacza, że nie mógłbyś się upewnić – oznajmił wesoło Yves. Nagle
jego mina zmieniła się. Wyglądał na zmartwionego. Przyglądał się swojej linie i
uprzęży.
Znów
rozległo się skrzypienie. I tym razem Quentin to usłyszał.
–
Co to było? – Rozejrzał się wokoło, ale nie zauważył niczego niepokojącego. To
nie był dźwięk wydobywający się z lasu.
–
Chyba coś nie tak z moją liną – oznajmił Sol. – Będzie lepiej, jak zejdę. Od
początku wydawała mi się jakaś dziwna. – Odwrócił się i pomachał do
asekurującego go strażnika na znak, że kończy. – Jeśli chcesz, możesz
kontynuować beze mnie. Do szczytu już niewiele brakuje.
Książę
pokręcił głową.
–
Nie ma mowy. Zaczęliśmy razem, to i skończymy razem. – Przybili piątkę.
Rozpoczęli
schodzenie poprzez spuszczanie się po linach. W równym tempie odpychali się od
skały. Szło im to sprawnie.
W
pewnym momencie Yves’em szarpnęło. Gwałtownie osunął się. Odpadł. Na szczęście
sprzęt asekuracyjny zadziałał prawidłowo, mężczyzna zawisł na linie.
Quentin
odetchnął z ulgą, gdy spojrzał w dół na przyjaciela, któremu nie stało się nic
poważnego.
Lecz
zaraz znów wstrzymał oddech. Jego serce jakby stanęło.
Włókna
liny, na której utrzymywał się Yves, zaczęły pękać jeden po drugim. Trwało to
kilka sekund. Przerażający dźwięk odbił się echem w jego uszach. Sol ze zgrozą
spojrzał mu prosto w oczy. Prędko spróbował dosięgnąć skały. Już wyciągał rękę,
chwytał się… kiedy to się stało.
Lina
pękła.
–
YVES! – krzyknął Quentin z całej siły w płucach. Nie zważając na własne
bezpieczeństwo rzucił się, żeby złapać przyjaciela.
Ale
nie udało mu się.
Asekurujący
księcia strażnik puścił na moment sznur, zszokowany całym zajściem. Ciało Yves’a
uderzyło z impetem o ziemię tuż obok niego. Łapczywie znów pochwycił linę z następcą
tronu, zdając sobie sprawę, co zrobił. Q spadł jeszcze niżej. Przejechał dłońmi
po ostrej skale. Krwawiły. Zawisł w powietrzu. Jego gwardzista trząsł się,
jednak nie spuścił go. Quentin zaczął się szamotać w powietrzu.
–
Yves!
Przy
generale znaleźli się pozostali żołnierze. Natychmiast chwycili go i ponieśli
ku karocy. Byli przerażeni.
Książę
pragnął, jak najszybciej znaleźć się przy przyjacielu. Wciąż nie do końca
dochodziło do niego, co przed chwilą miało miejsce. Oddychał ciężko. Serce omal
nie wyskoczyło mu z piersi.
„On
musi żyć” – pomyślał. Nie wybaczyłby sobie, gdyby Yves z tego nie wyszedł.
Czemu wcześniej niczego nie zauważył? Dlaczego, do cholery, zgodził się na ten
wyjazd?!
Zagryzł
wargi. Trzymający go strażnik, nadal nie sprowadził go na dół. Nie chciał, żeby
Quentin przeszkadzał w akcji ratowniczej.
Q
postanowił wziąć sprawy we własne ręce. Rozhuśtał się, by złapać skałę. Dłonie
piekły go, mimo to jedną z nich odpiął linę od uprzęży, przytrzymując się
drugą. Zacisnął zęby, żeby stłumić ból.
–
Wasza Wysokość, proszę tego nie robić!
Quentin
nie słuchał go. Zaczął schodzić o własnych siłach. Już niewiele brakowało, aby
dosięgnął ziemi. Robił to nieostrożnie, ale nie myślał w tej chwili o sobie. Ważniejsze
było dla niego życie przyjaciela.
Zeskoczył.
Ledwo ustał. Odczuł siłę skoku w nogach. Nie przejmując się próbującym go
zatrzymać żołnierzem, pobiegł w stronę, gdzie powinien stać powóz.
Niestety
karoca już odjechała.
Nie
poddał się. Wskoczył na jedynego, ostałego konia i pognał prosto do Montanagne,
do pałacu. Przez całą drogę błagał w duszy, by Yves żył.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz