Król Diamentów – Rozdział V

niedziela, 30 czerwca 2019

           Wszystko działo się zdecydowanie za szybko. W jednej chwili całe jego życie wywróciło się do góry nogami. Ponownie.
            Quentin wciąż pamiętał, jak przed rokiem żegnał się z rodzicami. Nie przeczuwał zbliżającej się tragedii. Nic tego nie zapowiadało, nikt nawet nie myślał o katastrofie, choć każdy miał świadomość kruchości ludzkiego życia. Płynęli tylko do Kier z wizytą dyplomatyczną. Ich statek wielokrotnie pokonywał dłuższe rejsy, zaś Morze Srebrzyste nie należało do niespokojnych. Obiecali prędko wrócić. Ale tak się nie stało. Jak przez mgłę wspominał moment, w którym dowiedział się o ich śmierci, podobnie zresztą pogrzeb. Najbardziej jednak zapadło mu w pamięć bicie żałobnych dzwonów, które teraz ponownie rozbrzmiewały echem w jego głowie.
            Dlaczego zawsze tracił to, co kochał?
            Znów miał przed oczami jej twarz. Roześmianą, jakby nic a nic się nie stało. A przecież wydarzyło się tak wiele. Duże czarne oczy patrzyły na niego z troską i oddaniem. Zawsze, gdy tylko w nie spoglądał, zapominał o wszelkich problemach i całkowicie oddawał się przyjemnemu uczuciu, jakie odnajdywał w jej ramionach. Kochał Henriette. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Wspierała go w trudnych chwilach, pocieszała po stracie rodziców. Tylko w niej znajdował zrozumienie. Rozumiała, jak ciężkie spoczywało na nim brzemię, w przeciwieństwie do rodzonego brata. Miał nawet zamiar oświadczyć się Henriette, zmienić prawo, by ją poślubić, choć była jedynie zwykłą służącą. Ale ona również została pogrzebana.
            I teraz znów los chciał odebrać kolejną osobę, na której Q zależało.
            „Trzymaj się, Yves” – powtarzał, ściskając mocniej lejce. Wiedział, że jego przyjaciel był niezwykle silny i zawsze walczył do końca, jednak… Ten wypadek doprawdy wyglądał przerażająco i mógł skończyć się tragicznie. – „Nie mogę nikogo więcej stracić”.
            Quentin starał się odgonić wszelkie złe myśli i skupić na jeździe. Koń był szybki, ale Q, i tak, miał wrażenie, że wciąż gna ulicami Montanagne zdecydowanie za wolno. Dudniło mu w uszach. Chciał, jak najszybciej, znaleźć się przy przyjacielu. Wybrał możliwie najkrótszą i najmniej uczęszczaną drogę, aby nie rzucać się mocno w oczy. Przyszły władca pędzący na koniu przez stolicę nie należał raczej do najczęstszych widoków. Na całe szczęście jego tożsamość skrywał kaptur peleryny.
 
FREE BLOGGER TEMPLATE BY DESIGNER BLOGS