Quentin wciąż pamiętał, jak przed rokiem żegnał się z
rodzicami. Nie przeczuwał zbliżającej się tragedii. Nic tego nie zapowiadało,
nikt nawet nie myślał o katastrofie, choć każdy miał świadomość kruchości
ludzkiego życia. Płynęli tylko do Kier z wizytą dyplomatyczną. Ich statek
wielokrotnie pokonywał dłuższe rejsy, zaś Morze Srebrzyste nie należało do
niespokojnych. Obiecali prędko wrócić. Ale tak się nie stało. Jak przez mgłę
wspominał moment, w którym dowiedział się o ich śmierci, podobnie zresztą
pogrzeb. Najbardziej jednak zapadło mu w pamięć bicie żałobnych dzwonów, które
teraz ponownie rozbrzmiewały echem w jego głowie.
Dlaczego zawsze tracił to, co kochał?
Znów miał przed oczami jej twarz. Roześmianą, jakby nic a
nic się nie stało. A przecież wydarzyło się tak wiele. Duże czarne oczy
patrzyły na niego z troską i oddaniem. Zawsze, gdy tylko w nie spoglądał,
zapominał o wszelkich problemach i całkowicie oddawał się przyjemnemu uczuciu,
jakie odnajdywał w jej ramionach. Kochał Henriette. To była miłość od
pierwszego wejrzenia. Wspierała go w trudnych chwilach, pocieszała po stracie
rodziców. Tylko w niej znajdował zrozumienie. Rozumiała, jak ciężkie spoczywało
na nim brzemię, w przeciwieństwie do rodzonego brata. Miał nawet zamiar
oświadczyć się Henriette, zmienić prawo, by ją poślubić, choć była jedynie
zwykłą służącą. Ale ona również została pogrzebana.
I teraz znów los chciał odebrać kolejną osobę, na której Q
zależało.
„Trzymaj się, Yves” – powtarzał, ściskając mocniej lejce.
Wiedział, że jego przyjaciel był niezwykle silny i zawsze walczył do końca,
jednak… Ten wypadek doprawdy wyglądał przerażająco i mógł skończyć się
tragicznie. – „Nie mogę nikogo więcej stracić”.
Quentin starał się odgonić wszelkie złe myśli i skupić na
jeździe. Koń był szybki, ale Q, i tak, miał wrażenie, że wciąż gna ulicami
Montanagne zdecydowanie za wolno. Dudniło mu w uszach. Chciał, jak najszybciej,
znaleźć się przy przyjacielu. Wybrał możliwie najkrótszą i najmniej uczęszczaną
drogę, aby nie rzucać się mocno w oczy. Przyszły władca pędzący na koniu przez
stolicę nie należał raczej do najczęstszych widoków. Na całe szczęście jego tożsamość
skrywał kaptur peleryny.
