Quentin nerwowo poprawił
rękawiczkę. Już prawie przygryzał po raz kolejny wargę, ale w ostatniej
sekundzie skarcił się w myślach, wiedząc, że definitywnie spuchną mu usta. Nie
była to zbyt ciekawa opcja, nie prezentowałby się wtedy nienagannie, tak jak od
niego wymagano.
Westchnął i omiótł
wzrokiem zebranych przed pałacem ludzi. Musiał przyznać, że tak olbrzymiego
tłumu jeszcze nie widział, a uczestniczył w wielu orędziach. Nawet, gdy
Naczelnik Królestwa ogłaszał żałobę po śmierci króla i królowej, Plac Monet nie
doczekał się aż tylu zgromadzonych, co dziś. Przybyło ich tak wielu, bo ważyła
się przyszłość całego państwa.
Panowała ogromna wrzawa,
mieszkańcy Karo albo szeptali notorycznie coś do siebie, albo komentowali
wszystko na głos, wymieniając się ciętymi uwagami. Bywali też tacy, którzy
desperacko próbowali przedrzeć się przez tłum, byleby tylko dostać się jak
najbliżej, aby ujrzeć przyszłego króla. Heroldowie tłoczyli się, chcąc zająć
dogodne miejsca do powtarzania nadchodzących przemów tym, którzy znajdowali się
za daleko, żeby je wkrótce usłyszeć. Wszystko zostało wcześniej dokładnie,
nawet co do najmniejszego szczegółu, zaplanowane. Pozostało jedynie postępować
zgodnie z założeniami.
Quentin nigdy wcześniej
nie stresował się występami publicznymi, był do nich przygotowywany od
najmłodszych lat, a mimo to nerwy zżerały go od środka, choć uczono go jak
sobie z tym radzić. Czuł się przez to bardziej nieswojo.
Naczelnik Królestwa
położył mu dłoń na ramieniu, dając sygnał, że już pora. Q skinął głową.
Mimowolnie skierował wzrok na puste miejsce po lewej stronie i, jak najciszej
tylko potrafił, zaklął pod nosem. Nieobecność jego brata mogła sprowadzić na
nich obydwu spore konsekwencje, rujnowała perfekcyjny plan. Karo nie tolerowało
niesubordynacji.
Mężczyzna o szpakowatych
włosach podniósł się z tronu i podszedł do mównicy. Chrząknął.
– Obywatele Karo! –
zwrócił się w stronę tłumu. Jego donośny głos rozniósł się szerokim echem, ale
mieszkańcy nie umilkli od razu jak na zawołanie. Nawet z wysokiego balkonu
Quentin dostrzegł kilku uciszających ludzi heroldów.
Ci, którzy nie znali
Lennoxa d’Avora, mogliby śmiało stwierdzić, że mężczyznę wyraźnie podirytowało
głośne zachowanie i nieposłuszeństwo mieszkańców. W rzeczywistości naczelnik
miał nerwy ze stali. To złudne wrażenie sprawiała jego mimika twarzy, ukazująca
wieczne niezadowolenie.
Odchrząknął po raz
kolejny, dużo głośniej, gdy tłum nieco przycichł.
– Szanowni Rodacy! –
ponownie zaapelował do obywateli, skupiając całą ich uwagę na swojej rosłej osobie.
– Żadne słowa nie wyrażą, jak bardzo jestem rad, widząc was tutaj, tak licznie
zgromadzonych, w tym szczególnym dniu. Dziękuję Wam za całe wsparcie, zwłaszcza
w ostatnim okresie, który nie był przychylny dla naszego królestwa. Wiem, jak
bardzo wstrząsnęło Wami tak nagłe odejście naszego króla Alana i jego ukochanej
małżonki, Marie. Wiem także, iż nadal opłakujecie ich śmierć. Nas również to
głęboko dotknęło, wyryło blizny na sercu. Przeżywaliśmy kryzys. – Wskazał na
znajdujące się na balkonie osobistości, które, ze smutkiem na twarzach, skłoniły
się. – Gdy rok temu obejmowałem tymczasową władzę, miałem świadomość, że nie
przyjdzie mi to tak łatwo, nie będę w stanie ich zastąpić, ale mimo to daliście
mi szansę. Serdecznie dziękuję Wam, raz jeszcze, za zaufanie. Liczę, że choć w
pewnym stopniu spełniłem Wasze oczekiwania. – Rozległy się oklaski. – Dodatkowo
zdaję sobie sprawę, iż wciąż czekacie na słowa otuchy i zapewnienia, co do
dalszego rozwoju królestwa. Dziś nareszcie jestem w stanie ogłosić wam tę radosną
nowinę. Nadeszła pora, by ruszyć naprzód i uczynić Karo wielkim ponownie!
Wiwaty rozniosły się po
okolicy. Naczelnik gestem ręki i kiwnięciami starał się uspokoić klaszczący
tłum. Jednak oklaski nie były jedynie formą aprobaty słów Lennoxa, ale też radosnym
przywitaniem przybyłego gościa, który zręcznie wykorzystał krótką przerwę w
wypowiedzi, nie chcąc wywoływać niepotrzebnego zamieszania w jej trakcie.
– Spóźniłeś się, bracie –
mruknął Q do siadającego po lewej blondyna, na co ten wywrócił oczyma.
Lucien wyglądał jak po
przejściu tornada – przekrzywiona korona, rozwichrzona grzywka, zaczesana na
szybko na boki, jasne włosy związane wstążką, która ledwo je utrzymywała. W
przeciwieństwie do niego Quentin potrafił poskromić swoje złote loki.
Nie chciał nawet
wspominać o ubiorze młodszego księcia, który pozostawiał wiele do życzenia,
wręcz prosząc o reprymendę – odstający kołnierzyk, niedopięte mankiety białej,
wygniecionej koszuli, długo by wymieniać. Widać było, że dopiero co powrócił z długiej
i wyczerpującej podróży. Oddawało to również jego charakter, czasem, z tymi
swoimi humorkami, potrafił być jak chodzący huragan.
Starszy z rodzeństwa
wygładził mundur, który, i tak, tego nie wymagał.
– Nie myśl sobie, że
twoja wycieczka ujdzie ci na sucho.
Jeszcze sobie o tym porozmawiamy. – Trącił brata ramieniem. Odruchowo
uśmiechnął się, w takich sytuacjach, jego obecność zawsze dodawała mu otuchy.
Lucien parsknął.
– Dostanę karę? –
zasugerował w dość dziecinny, ale zadziorny, sposób.
Quentin już chciał mu odpowiedzieć,
jednak głos naczelnika Lennoxa i niezadowolony wzrok członków Rady sprowadziły
go do pionu. Mimo to wciąż miał ochotę na słowne przepychanki, jak za starych,
dobrych lat.
Ludzie przystali na
prośby d’Avora i umilkli, chcąc dowiedzieć się, co mężczyzna ma do przekazania.
– Zapewne doskonale
wiecie, że powoli zbliża się koniec dzierżenia przeze mnie władzy. Rozpiera
mnie ogromna duma, iż dane mi było pełnić tak zaszczytną i odpowiedzialną
funkcję, ale przyszedł czas, by na tronie zasiadł prawowity władca –
wypowiadając ostatnie słowa, Naczelnik Królestwa odsunął się, robiąc miejsce
przy mównicy.
Na powrót rozległy się
oklaski i wiwaty.
Starszy książę poprawił
koronę. Wstał i skierował się w stronę Lennoxa. Gdy na moment Q zatrzymał się,
znów ukradkiem popatrzył w stronę Luciena, który dostrzegając jego poddenerwowanie,
pokazał mu uniesiony kciuk.
„Dasz
radę”– zdawał się szeptać.
Quentin skinął lekko
głową w podziękowaniu i pewnym krokiem ruszył po schodkach do mównicy.
„Nie masz wyboru, Q” – powiedział sam do siebie. Bał się, że
mieszkańcy nie zaakceptują jego przyszłych słów, zapowiadających radykalne
zmiany. Było to dla niego krępujące. Stojąc na podwyższeniu, zgromadzonych ludzi
wydawało się dużo więcej. Kiedy go zobaczyli, okrzyki radości wzmogły się. Z
trudem przełknął ślinę.
Złotowłosy uścisnął dłoń
drugiego mężczyzny.
– Wasza Wysokość. – Ten
przywitał się i ukłonił.
Quentin pomachał w stronę
tłumu.
– Drodzy Obywatele, a oto
i przyszły Król Karo. – Naczelnik teatralnie zaprezentował księcia. – Quentin
Lamont!
Q uśmiechnął się w stronę
skandujących ludzi. Trochę za tym tęsknił. Dawniej, przed śmiercią rodziców,
jego rodzina uwielbiała uczestniczyć w życiu społecznym, mieszkańcy ich
kochali. Niestety od czasu wypadku, wraz z bratem zrezygnowali z występów
publicznych, nie chcąc wzbudzać niepotrzebnego rozgłosu, a przynajmniej tak mu
się wydawało. W rzeczywistości przestali czerpać z tego przyjemność.
– Quentin, Quentin! –
krzyczeli.
Miał nadzieję, że ich
entuzjazm nie osłabnie, gdy już wygłosi swoje przemówienie. Zależało mu na
dobru Karo, ale przede wszystkim na zdaniu i akceptacji rodaków. Nie miał w
zamiarze wywołać wojny domowej.
– Kochani Obywatele –
zwrócił się do nich z czułością. Nie przeszkadzała mu panująca wrzawa,
wiedział, iż tłum za chwilę się uspokoi, przynajmniej na moment. – Mi również
miło was tutaj widzieć. – Omiótł wzrokiem Plac Monet. Cieszyło go, że nigdzie
nie dostrzegał żadnych podziałów na sektory. Społeczeństwo nie było już podzielone
na lepszych i gorszych, nie musieli nosić tych okropnych opasek z numerem
klasy.
– Mówi się o nas,
mieszkańcach Karo, że jesteśmy ludem wyjątkowym – jak żadne inne – walecznym, a
mimo to niezbyt potężnym, niewykorzystującym swojego potencjału. Czas wreszcie
położyć kres tym kłamstwom. – Nie musiał spoglądać na kartkę, znał swoją
przemowę na pamięć, jednak czegoś mu w niej brakowało. – Każdy z was wie, że od
lat grozi nam wojna z Treflem. – Znów zrobił dramatyczną pauzę. Słysząc nazwę
wrogiego królestwa, Diamentianie rozjuszyli się. Historia obojga narodów nie
była kolorowa, stale rozdrapywali dawne rany. – Choć w ostatnim czasie, tak jak
my, osłabli, wciąż są silni, dlatego musimy mieć się na baczności. Potrzebni
nam sojusznicy. – Położył szczególny nacisk na ostatnie zdanie.
Lud Karo umilkł, z niecierpliwością
oczekiwali dalszego rozwoju wydarzeń. Quentin miał wrażenie, że to przysłowiowa
cisza przed burzą. Książę przygryzł wargę, najtrudniejsze jeszcze przed nimi.
Im dłużej zwlekał, tym bardziej niecierpliwił się Lennox. Odgonił czarne myśli
na bok.
– Pik, od kilku lat, stoi
po stronie naszych wrogów, a ich armia stale rośnie, dążą również do uzyskania
całkowitej samodzielności. Zaś Trefl usilnie stara się odciąć nas od wszelakich
potrzebnych królestwu surowców – paliw kopalnianych, żywności… Nie możemy dać
sobą tak pomiatać. Mamy obowiązek dbać o nasz honor i umocnić naszą pozycję na
arenie międzynarodowej. Z racji tego, na nic zdatne nam puste obietnice
ewentualnej pomocy czy same przyjacielskie stosunki. – Powoli zasychało mu w
gardle. Wzmagał się upał. – Dlatego zdecydowaliśmy się na radykalny krok, na
który przystał nasz bliski przyjaciel, Kier – przerwał na chwilę, dając
obywatelom czas na chwilę przemyśleń i przetworzenie nowych informacji. Dotąd
starali się tuszować przed nimi zły stan, jaki dotknął królestwo po śmierci
pary królewskiej. Oficjalnie niektórych jego słów nie było w planie, jednak Q
czuł, że musiał o nich wspomnieć. Nie potrafił już dłużej okłamywać
mieszkańców.
Wtedy Naczelnik Królestwa
zbliżył się do niego i odsunął od mównicy. Quentin nie wiedział, o co chodzi.
Przecież nie powiedział nic złego. Uważnie przyjrzał się mężczyźnie, nie
wyglądał, jakby był na niego wściekły, ale nie siedział w jego głowie –
wewnętrznie mógł aż kipieć ze złości, jak to miał w zwyczaju robić.
Skonsternowany książę
zamrugał kilkakrotnie. Mimo wszystko starał się udawać, że właśnie tak miały
potoczyć się sprawy. Prosił w myślach, aby Diamentianie niczego nie zauważyli i
połknęli haczyk.
– Nasz bliski
współpracownik, Królestwo Kier, z chęcią przyjęło propozycję umocnienia naszego
wieloletniego sojuszu. W tym celu wkrótce przybędzie do nas poselstwo z królową
na czele, aby omówić dalsze szczegóły umowy
– oznajmił Lennox. – Na ten moment mogę Państwu tylko powiedzieć, iż będzie
to absolutny przełom w historii obu królestw. Zatem, aby wynagrodzić wam ten
ostatni rok, wypłacimy wszystkim obywatelom dodatkowe racje żywnościowe i
wspomożemy najbiedniejszych.
Zapanowało poruszenie. Jak
na razie duże grono ludności nie buntowało się – w gruncie rzeczy Różanie byli
ich długoletnimi przyjaciółmi – wyrażali raczej swój entuzjazm, pozytywnie
komentując decyzję władz. Jedynie nieliczni nacjonaliści kręcili nosami i
odchodzili. Nie usłyszawszy głośnych sprzeciwów i wygwizdów, Quentin odetchnął
z ulgą. Spodziewał się najgorszego, z uwagi, iż większość królestw nie była
sobie przychylna od wieków, a także, że
za słowami d’Avora kryło się drugie dno, nie mówił im wszystkiego. Zręcznie
posłużył się kwestią nadprogramowego pożywienia. Q kompletnie nie miał wpływu
na wypowiedź starszego mężczyzny. Jeszcze nie teraz.
– Znów staniemy się
wielcy! Nastanie nowa era! – obwieścił naczelnik, jego głos był jak czysta
stal. Przemawiał niczym w transie, fanatycznie, jak prawdziwy wódz. Brzmiał,
jakby zagrzewał lud do wspólnej walki. – Kier i Karo będą razem panować na tym
kontynencie! – Uniósł ręce, zaciskając pięści, by zademonstrować swoją siłę.
Panowała wrzawa, którą podsycał Lennox. – Już nigdy nie staniemy się słabi. Nie
ulegniemy!
– Nie ulegniemy! –
zawtórował tłum.
Rozległy się oklaski.
Naczelnik Królestwa przyciągnął starszego księcia do siebie i objął go
ramieniem. Quentin zerknął na mężczyznę, wyglądał dumnie. Przyszły król
sztucznie się uśmiechnął i przystąpił do podziękowań wszystkim za wysłuchanie.
Członkowie Rady wstali i również zaczęli klaskać.
Właśnie wtedy Q pomyślał,
że wszystko potoczy się dobrze. Pojawiła się w nim iskierka nadziei na lepsze jutro.
Nie mógł być smutny, widząc wiwatujących rodaków.
Chwilę później, w rytm
oklasków, dołączył do nich Geoffroy Arceneu, a za nim podążyła reszta radnych wraz
z Lucienem, który jako jedyny miał grymas na twarzy – żadna nowość. Młodszy
książę z wyraźną niechęcią zbliżył się do brata i Lennoxa d’Avora.
– Machaj do tłumu i
ładnie się uśmiechaj, to zajmie tylko chwilę – szepnął Lucienowi na ucho Quentin.
Chciał mu dodać nieco otuchy i pewności siebie. Zamiast podziękowania otrzymał
tylko wredne spojrzenie z zamiarem pokazania języka.
Tłum nadal wiwatował.
Perspektywa lepszej przyszłości wydawała się być złudna i potrafiła zamydlić
oczy. Starszy z książąt czuł się trochę winny, iż nie mógł powiedzieć im całej
prawdy, pod otoczką ścisłego sojuszu kryło się coś, co przyprawiało młodego
mężczyznę o wypieki na twarzy, ale musiał milczeć.
To
nie odpowiednia chwila – tak tłumaczył mu naczelnik. – Należy ich na to stopniowo przygotowywać.
Osiągniemy wszystko, lecz małymi kroczkami. – Uwierzył mu, ufał Lennoxowi – swojemu przyszłemu doradcy – który
pełnił tę funkcję już za rządów jego ojca. Wiedział lepiej.
Quentin odmachał stojącym
pod balkonem pannom, jedna z nich omal nie zemdlała, pozostałe w ostatniej
chwili ją złapały. Lubił to, na swój sposób, prezentowanie się poddanym uspokajało
go. Ich szczęście było jego szczęściem, poświęcał im większość swojego życia.
Lecz bywały takie momenty, że przechodził krótkie załamania – bał się, że jako
Król Karo nie spełni ich oczekiwań, nie sprosta wysokim wymaganiom, nie będzie
tak dobry jak poprzedni władcy, jak jego ojciec. Taka perspektywa przerażała
go.
Q zamrugał kilkakrotnie,
próbując powrócić do rzeczywistości.
„Nie czas na takie myśli!”
– zganił się. W istocie, nie była to najlepsza pora na zmartwienia. Nikt nie
mógł dostrzec jego słabości.
Wciąż odmachiwał
mieszkańcom, a mimo to nie bolała go ręka – kwestia przyzwyczajenia. Zerknął na
brata. Po jego minie wnioskował, że z niecierpliwością odliczał sekundy do
końca orędzia. Quentin postanowił skrócić jego cierpienia.
– Może już wystarczy na
dzisiaj – zwrócił się do naczelnika d’Avora.
Szpakowaty mężczyzna
kiwnął głową.
– Jak sobie życzysz, Wasza Wysokość – wymówił dziwnie
ostatnie słowa, jednak książę nie zwrócił na to szczególnej uwagi.
Wszyscy zebrani na
balkonie ukłonili się, wyglądali na zadowolonych, poza jedną osobą, i
skierowali się do wejścia do pałacu, towarzyszyły im gromkie brawa. Tylko Lucien
wyglądał na przybitego.
♦♦♦
Zaraz po opuszczeniu
balkonu czterech gwardzistów dołączyło do książąt, otaczając ich z każdej
strony. Choć pałac był dobrze strzeżony, zawsze przydzielano im dodatkową
ochronę. Quentin nie lubił tego, zwłaszcza, że potrafił sam doskonale się
obronić – nie po to zmarnował połowę życia na nauce sztuk walki i szermierki –
zamiast atrapy nosił przy sobie prawdziwy, z pozłacaną klingą miecz. Mimo to
doceniał pracę strażników i pozwalał im się odprowadzać.
Stąpali po białej, marmurowej
posadzce, idealnie zadbanej przez dziesiątki służących. Zewsząd otaczały ich
granitowe kolumny o złotych, połyskujących wykończeniach, a z sufitu zwisały
kryształowe żyrandole. Wszystkie komnaty imponowały swoją wielkością i
przepychem. Gdzie nie spojrzeć dominowały jedynie barwy narodowe – żółć,
pomarańcz oraz brąz. Biel i czerń były kolorami uniwersalnymi.
Pałac królewski nie
należał do wiekowych – choć Quentin mieszkał w nim odkąd sięgał pamięcią –
został zbudowany tuż przed jego narodzinami, po przeniesieniu stolicy z Kaskad
do Montanagne.
Q uwielbiał rodzinną
rezydencję, lubił zachwycać się jej detalami i ogromem, ale przede wszystkim,
podziwiał staranną pracę nadwornych architektów i murarzy, którzy przemienili
zwykły letniskowy dwór w majestatyczną budowlę, jaką nie mogło poszczycić się
żadne królestwo.
Jego brat zaś
zdecydowanie preferował pałac na wschodzie.
Starając się patrzeć
przed siebie, przyszły król zerknął na Luciena. Młodszy książę z grymasem na
twarzy podążał za korowodem radnych z naczelnikiem na czele. Quentin bardzo
chciał z nim porozmawiać, jednak musiał z tym nieco zaczekać. Nie był to
najlepszy moment na kłótnie z bratem, zwłaszcza, że nie leżało to w dworskiej
etykiecie, a wszyscy patrzyli na nich oceniająco. Właśnie zmierzali w stronę
Sali Narad, gdzie czekało ich długie posiedzenie. Wokół krzątali się służący.
Pałac w Montanagne
składał się z trzech pokaźnych rozmiarów skrzydeł – w zachodnim znajdowała się
część mieszkalna, we wschodnim zapadały wszystkie decyzje państwowe, natomiast
północne przeznaczone było dla służby. W całość łączył wszystko budynek główny,
z którego na drugim piętrze wiodło wejście na specjalny, przygotowany do
wygłaszania mów balkon. Przemieszczanie się po pałacu znacznie ułatwiały usytuowane
w centrum, majestatyczne schody, po których spływał kaskadami złoty dywan.
Ręcznie wykonana tkanina była namiastką wyrobów szwalniczych produkowanych
przez Karo.
Korytarze rezydencji
potrafiły ciągnąć się w nieskończoność. W czasie długiego przemieszczania się z
jednego końca w drugi, starszy z książąt umilał sobie czas, skupiając się na
obrazach i innych dekoracjach, które mijał. Przynosiło mu to swoisty spokój
ducha, jednak teraz coś sprawiło, że w ułamku sekundy, zapomniał jak się
oddycha.
Z chwilą, kiedy Quentin postawił
stopę na pierwszym stopniu, rozległ się wybuch, a zaraz po nim mrożący krew w
żyłach krzyk tysiąca przerażonych dusz. Zapanował chaos.
Choć eksplozja nie
wstrząsnęła pałacem, Q stracił równowagę. Dudniło mu w uszach, odgłosy, jakby
zarzynanych ludzi, rozchodziły się echem w jego głowie, mimo to starał się na
trzeźwo ocenić sytuację. Naczelnik wraz z radą, pod eskortą osobistej ochrony,
zbiegali po schodach, kierując się w bezpieczne miejsce. Krzyczeli do niego, by
szedł z nimi.
Jego gwardziści zareagowali
trochę z opóźnieniem, również nie wiedzieli, co się dzieje. Wyjęli miecze i
pomogli wstać przyszłemu królowi, jednocześnie osłaniając go. Quentin poszedł w
ich ślady i dobył broń. Ktokolwiek ich zaatakował, musiał słono za to zapłacić.
– Proszę z nami, Wasza
Wysokość. – Jeden ze strażników pociągnął go za ramię, jednak ten wyrwał się.
Nie chciał, jak tchórz, pędzić do schronu. Zamierzał dowiedzieć się, co się
stało.
W powietrzu unosił się
zapach dymu, który drażnił płuca. Okna były otwarte. Jęki nie ustały, wręcz
przeciwnie, przybrały na sile, podobnie jak odgłosy płaczu, pełne przerażenia i
desperacji. Ku zdziwieniu Q wcale nie dochodziły z wnętrza pałacu, ale z
zewnątrz.
„Plac… poddani…” – Zdał
sobie sprawę i już chciał puścić się biegiem w stronę wyjścia, gdy chwyciło go
czterech gwardzistów. Zaczął się szarpać.
– Wasza Wysokość, proszę
się nie wyrywać – poradzili mu, próbując go uspokoić. – To dla Waszego
bezpieczeństwa. – Pojawiło się więcej żołnierzy, by opanować sytuację.
– Ja muszę… wy nic nie rozumiecie.
– Starał się wymachiwać mieczem tak, aby nikogo nie zranić. Przez moment nie
obchodziło go zupełnie nic, oprócz bezpieczeństwa bezbronnych Diamentian, którzy
nieświadomi zagrożenia przybyli, by wysłuchać jego żałosnej przemowy i
zapewnień o lepszym bycie.
Powoli przegrywał,
strażnicy mieli przewagę liczebną i choć powinni się go słuchać, nie zrobili
tego z troski o jego życie. Mimo to Quentin nie poddawał się i uporczywie
opierał zaprowadzeniu do schronu. Mogli go wziąć jedynie siłą. Krew buzowała w
jego żyłach.
Wszystko toczyło się
szybko i jakby za mgłą, dopóki nie rozbrzmiał kolejny krzyk, tym razem tuż obok
niego. Książę obrócił się i ujrzał przerażający obraz. Przez to wszystko
zapomniał o własnym bracie.
Lucien był blady jak
ściana. Łapczywie starał się złapać oddech, ściskając poręcz – ledwo trzymał
się na nogach. Jeden z gwardzistów zaszedł go od tyłu, chcąc prędko zabrać go w
bezpieczne miejsce, jednak blondyn w akcie paniki zaczął się szamotać,
uderzając niczego niespodziewającego się mężczyznę z łokcia w twarz. Obaj
upadli na posadzkę, zwracając na siebie uwagę reszty.
Korzystając z chwilowego
zamieszania wśród straży, Q wpadł na pomysł, by wymknąć się chociażby na balkon
i dowiedzieć się czegokolwiek. Lecz widok dygoczącego brata, sprawił, że
zawahał się. Zagryzł wargę.
Wrzaski ludzi nie
ucichły, a pokusa była ogromna. Tysiąc za i przeciw kłębiło się w jego głowie.
Quentin zaklął, i jak
najszybciej, chwyciwszy Luciena za ramię, pociągnął go w dół schodów drogą
ewakuacyjną. Miał ochotę strzelić sobie w twarz, mógł to zrobić dużo wcześniej
– Luc był jedynym, co mu pozostało i powinien go za wszelką cenę chronić.
Przeklął siebie i swoją głupotę w myślach, jednak wciąż martwił się również o
poddanych. Nie odpuści, prędzej czy później dowie się czegoś o ich stanie.
Młodszy książę trzymał
się go kurczowo – tak, jak zwykł w dzieciństwie uczepiać się sukni matki, gdy
ogarniał go strach – a przecież niedawno skończył siedemnaście lat. Biegli
własnym tempem – szybko i zwinnie – ignorując ochraniającą ich gwardię. Q znał
drogę do schronu na pamięć, i nawet, olbrzymi stres nie mógł sprawić, że
pomyliłby korytarze.
W pałacu panowało ogólne
zamieszanie – służący kręcili się wszędzie, panikując, zaś strażnicy starali
się wszystkich uspokoić i ochronić, część z nich kierowała się na Plac Monet.
Książęta zmierzali w
stronę lochów, do których prowadziło kilka dróg. Lucien dyszał ciężko – nie był
przyzwyczajony do nadmiernego wysiłku – mimo to biegł dalej, chcąc dorównać
bratu kroku. W każdej chwili mógł nastąpić kolejny wybuch, a co gorsza,
wtargnąć ktoś nieproszony i zaatakować ich.
W piwnicach odbili na
lewo. Stare pochodnie oświetlały im wybrukowaną drogę. Omal nie potrącili
służącej, gdy pokonywali już ostatni skręt, wtedy Luc przewrócił się, a kobieta
krzyknęła. Quentin natychmiast podniósł go i pędzili dalej, nie odwracając się
za siebie.
Wreszcie ich oczom
ukazały się masywne, metalowe drzwi bunkra. Przed wejściem stało dwóch
gwardzistów, którzy dostrzegając ich, natychmiast otworzyli wrota. Za nimi
znajdowały się kolejne, choć nie tak solidne. Quentin pchnął je, po czym
pociągnął nastolatka do środka. Gdy zwrócił się ponownie ku drzwiom, usłyszał
jedynie szczęk zamka – zostały zamknięte.
Przyszły król uderzył
pięścią we wrota, niestety szybko pożałował tej decyzji. Pomasował obolałą
dłoń.
„Cholera – pomyślał – teraz
jesteśmy tu uwięzieni”.
Schron nie posiadał
okien, dlatego było tam bardzo duszno, i przede wszystkim, ciemno, więc, kiedy
za jego plecami pojawiło się światło, Q prędko spostrzegł, że brat zapalił
świece. Obrócił się i dostrzegł siedzącego na jednym z łóżek Luxa. Oczy miał
zamknięte, a jego klatka piersiowa unosiła się energicznie.
Quentin jeszcze przez
dobrych kilka minut walił pięściami w drzwi, by go wypuszczono. Chciał walczyć.
Nikt nie otworzył.
Wyczerpany książę położył
się. Nie miał przecież nic innego do zrobienia. Dręczyły go wyrzuty sumienia.
Zirytowany ukrył twarz w dłoniach. Nienawidził tego uczucia – kompletnej bezradności,
dlatego starał się zepchnąć wszystkie myśli w najdalsze czeluści swojego
umysłu.
Zerknął na Luciena, który
skulił się na łóżku. Mimowolnie uśmiechnął się. O tyle dobrze, że chociaż on
był bezpieczny. Nie mógł stracić i jego.
Kilka minut później, kiedy nieco się uspokoił,
powieki same mu opadły i spowił go sen.
♦♦♦
Gdy Luc się obudził, Q
już nie spał. Chodził w kółko, zbierając myśli. Nie mieli zegarka, nie
wiedzieli, ile czasu upłynęło. Starszy książę przygryzał nerwowo wargę, nadal nie
dowiedzieli się niczego o wybuchu, a co gorsza, nikt jeszcze do nich nie
zajrzał. Przed oczami widział same najgorsze scenariusze.
Schron nie był ciasną
klitką, został tak zaprojektowany, by mogło w nim mieszkać sześć osób. Dla
każdego przygotowano dwuosobowe łóżko. Z uwagi na małą ilość światła, ściany
pomalowano na jasny kolor – w podobnym odcieniu była podłoga – zaś oświetlenie
zapewniały dwie lampy naftowe i świece. Powietrze przedostawało się poprzez
wentylację. Aktualni rezydenci mieli również do dyspozycji łazienkę i
spiżarnię. Mimo wszystko nie można było powiedzieć, że bunkier należał do
zimnych i niewygodnych, w końcu rodzinie królewskiej nie przystało przebywać w
zatęchłych podziemiach. Mniej więcej takie samo pomieszczenie przygotowano dla
innych ważnych osobistości państwowych, jednak w innej części pałacu.
Quentin nie zauważył, że
jego brat nie spał, był zbyt pochłonięty analizowaniem wszystkiego, co wiedział
do tej pory o eksplozji – niestety nie posiadał aż tak wiele informacji, ile by
chciał. Sfrustrowany uderzył pięścią w ścianę, żeby rozładować emocje.
Lucien wzdrygnął się i przykrył
kołdrą. Chrząknął, by dać o sobie znać. Przyszły król, jak na zawołanie,
odwrócił się w jego stronę.
– O, już wstałeś. –
Pomasował dłonią kark. – Gdybym wiedział–
– Nie dał byś upustu
swojej złości w postaci nękania biednej ściany, jasne – przerwał mu młodszy
blondyn, prychając. – Doprawdy nie rozumiem, co ona ci takiego zrobiła… –
kontynuował swój wywód.
Q parsknął, wyciągając
zapasy ze spiżarni.
– Widzę, że humor
dopisuje – zauważył. – Głodny? – zaproponował bratu suchary.
Luc skrzywił się i
pokręcił głową, choć żołądek mówił mu co innego. Zignorował jednak sygnały
domagającego się jedzenia narządu. Nie przepadał za konserwami i suchym
prowiantem. Na całe szczęście drugi książę nie naciskał na niego ani nie prawił
kazań o prawidłowym odżywianiu – tego by nie zniósł. Ułożył się wygodnie na
łóżku.
Tymczasem Quentin odłożył
sucharki na szafkę nocną, po czym skierował się do drzwi. Wcześniej bał się w
nie pukać, z uwagi na śpiącego Luciena, lecz teraz nie było żadnych przeszkód.
Na początku delikatnie zastukał, ale kiedy nie dostał odpowiedzi, skończyło się
na tym, iż zaczął w nie nawet kopać i walić pięściami.
– Otwórzcie te przeklęte
drzwi! Wypuście nas! – krzyczał, ale nikt nie spełnił jego rozkazów. Zirytowany
jęknął, mimo to nie przerwał.
Po kilku minutach rozbolała
go ręka. Nie zdziwiłby się, gdyby następnego ranka odkrył na ciele siniaki.
– Proszę, ja muszę
wiedzieć. – Oparł się o wrota, powoli osuwając. Ze schronu nie było innego
wyjścia. – Dajcie mi walczyć. – Bezsilny i kompletnie bezradny uderzał głową o
metal.
Luc, przez cały czas,
obserwował go uważnie. Choć chciał pomóc, podobnie jak on, nie mógł nic zrobić.
Byli zdani na łaskę innych.
– Wiesz – zaczął młodszy
z książąt – może nikt nam nie otwiera, bo zostaliśmy tylko my. – Przeczesał
dłonią blond włosy o odcieniu truskawkowym. Miedziane oczy skupiły się na nim.
– Kto wie? Może w końcu byłby spokój.
Quentin zerwał się i
podszedł bliżej brata.
– To nie powód do żartu –
zganił go, mimo to ten wcale się nie śmiał. – Nastąpił wybuch, zapewne zginęli
ludzie, a ty masz to gdzieś. Zdajesz sobie w ogóle sprawę, że to równie dobrze
mógł być zamach na nas?! – Może odrobinę za bardzo podniósł głos.
Lucien zamilkł na chwilę,
urażony jego słowami. To wcale nie tak, że niczym się nie przejmował. Gdyby
tylko Q był na tyle spostrzegawczy, pewnie zauważyłby, iż nie jest mu to
obojętne. Na samą myśl o wcześniejszym ataku paniki, Luc wzdrygnął się. Od
początku starał się wymusić dobry humor, po to, aby więcej się nie stresować –
co nie przyszło mu łatwo – tak samo szybko brat zrujnował jego w miarę spokojny
nastrój.
Zacisnął powieki, żeby
powstrzymać chcącą wydostać się wściekłość, niestety na marne.
– Gdybyś tylko raczył się
mną zainteresować, a nie stale myślał o innych, domyśliłbyś się, że to jedyne,
co mnie uspokaja. – Nigdy nie umiał długo trzymać języka za zębami. – Nie
wmawiaj mi, że wszystko bagatelizuję, bo sam miałeś mnie w nosie do tego
stopnia, by nie zauważyć moich problemów.
Książęta stanęli ze sobą
twarzą w twarz. Przez moment zaciekle wpatrywali się w siebie, a wręcz
świdrowali wzrokiem. Choć Lucien był niższy o pół głowy, wcale nie czuł się mały,
złość dodawała mu kilka centymetrów.
Na kilka sekund
zapanowała cisza.
– Jakie problemy? –
spytał po chwili namysłu Quentin. Zmarszczył brwi. Domyślał się, że chłopak
mógł mieć na myśli wcześniejszą panikę w pałacu. Zmartwił się. Jego słowa
dotknęły go. Czy rzeczywiście poświęcił mu tak mało czasu?
Nastolatek speszył się na
moment, jakby nie spodziewał się aż takiego zainteresowania ze strony starszego
brata.
Widać było, że walczył ze
sobą. Zastanawiał się, czy powinien to powiedzieć. Zaskakujące, ale z
agresywnego wilka w moment stał się spłoszoną łanią.
– Mam napady lękowe? –
odpowiedział nieśmiało, nie będąc pewnym swoich słów. Szybkim ruchem obrócił
się plecami do mężczyzny. Zaczął przechadzać się po bunkrze. – Cholera, po co
ja ci to w ogóle mówię? – Złapał się za głowę.
Quentin położył mu dłoń
na ramieniu, zatrzymując go tuż przy sobie.
– Jak długo?
– Co? – Blondyn zmieszał
się. Nie dosłyszał, zamyślił się.
– Pytam: od kiedy masz
ataki paniki? – Troszczył się o brata. Chciał pomóc, nie wiedząc dokładnie jak.
– J–ja… nie pamiętam. Daj
mi już spokój. – Lucien odepchnął starszego księcia od siebie. Usiadł na łóżku.
Złotowłosy nie dawał za
wygraną. Skrzyżował ręce na piersi. Oczekiwał więcej odpowiedzi.
– No, dobrze – żachnął
się Luc. Quentin uśmiechnął się zwycięsko. – Nie mam na to wpływu. Czasami
brakuje mi tchu, a czasami trzęsę się – odparł cicho. Mimo wszystko potrzebował
się wyżalić, dlatego słowa po prostu z niego wypłynęły.
Bracia po raz kolejny
zamilkli. Nastolatek spuścił głowę, przyglądając się swoim paznokciom. Quentin
natomiast usiadł. Czuł, iż zawiódł jako starszy brat. Oboje zastanawiali się,
co dalej, jak dobrać odpowiednie słowa, aby nikogo nie urazić.
Przyszły król westchnął.
– Dlaczego mi nie
powiedziałeś? – zapytał w końcu.
Młodszy z rodzeństwa nie
spojrzał na niego.
– Rozmawiałeś chociaż z
lekarzem?
– Nie – mruknął Luc. –
Nie było takiej potrzeby. – Brzmiało to jak odpowiedź na oba pytania. –
Wszystko wyczytałem w książkach, umiem sobie z tym radzić.
Czasami zaborczość
niższego księcia irytowała Quentina, podobnie jak przekonanie, że sam doskonale
sobie ze wszystkim da radę i nie potrzebuje niczyjej pomocy – taka myśl była
złudna. Zresztą wcześniej doskonale widział jak sobie radzi z tymi atakami paniki.
– Czy ty naprawdę
uwierzyłeś jakimś książkom, zamiast porozmawiać ze specjalistą? – Oparł głowę o
dłoń. – Jak możesz być tak skrajnie nieodpowiedzialny i naiwny, Lux?
Słysząc zdrobnienie,
Lucien natychmiast wbił w niego swój wzrok. Jego spojrzenie, pełne wściekłości,
zdawało się miotać pociskami. Błyskawicznie rozjuszył się na nowo.
– Nie waż się mnie tak
nazywać – zagroził tonem wypełnionym jadem.
Q nie miał bladego
pojęcia, dlaczego blondyn tak zareagował. Zdrobnienie Lux przylgnęło do niego już we wczesnym dzieciństwie i jakoś nigdy
nie wykazywał cienia sprzeciwu czy złości, gdy tak do niego mówiono. Quentin, z
przerażeniem, coraz bardziej przekonywał się, że nastolatek drastycznie się
zmienił. To nie była ta sama osoba, z którą bawił się drewnianymi mieczami.
Starszy książę prychnął.
Miał tego serdecznie dość. Mimo iż nie lubił się kłócić, teraz przepełniało go
zbyt wiele negatywnych emocji, którym należało dać upust. Może i w przyszłości
będzie tego żałował, lecz odłożył zmartwienia na bok.
– Masz świadomość, że
czasem jesteś nie do wytrzymania? Wiecznie niezadowolony, a jak już człowiek
dobrze ci radzi i wytyka błędy, to wpadasz w furię.
Luc wyróżniał się trudnym
charakterem, a złotowłosy doskonale o tym wiedział i poniekąd nauczył się
radzić z jego humorami. Nie znaczyło to jednak, że nastolatek mógł pozostać
całkowicie bezkarny.
– Ja przynajmniej nie jestem
niczyją marionetką – burknął obrażony Lucien. Nadąsany owinął się kołdrą.
Zawsze był typem osoby ciepłolubnej.
Jego słowa, choć ciche,
poruszyły Quentina.
– Co proszę? – wydawało
mu się, że się przesłyszał.
– A proszę, powtórzę to
nawet milion razy! – wykrzyczał młodszy z rodzeństwa, unosząc głowę znad
poduszki. – Jesteś zwykłą marionetką, która nie ma własnego mózgu i woli!
– To nieprawda! –
oponował Q. Czuł się trochę jak dziecko, które nie potrafi wysunąć trafnych
argumentów w kłótni, ale stale trwa przy swojej racji, nie umiejąc jej obronić.
Lucien prychnął i
teatralnie rozłożył ręce.
– To prawda, z którą nie
umiesz się pogodzić – wyjaśnił bratu. – Jesteś dobrze wyglądającą kukiełką, a
za sznurki pociąga Rada, w szczególności naczelnik.
Quentin nie mogąc już
dłużej wytrzymać, wstał i podszedł do niego. Oboje nie kryli swojego gniewu.
– Czy ty masz w ogóle
pojęcie, przez co przechodzę?! Nie, oczywiście, że nie, bo wciąż myślisz
jedynie o sobie. – Przyszły władca zaczął wylewać swoje żale, które od dawna
niszczyły go od środka. – Nie wiesz, jak ciężko być następcą tronu. Nie znasz wszystkich
tych wymagań jakich od ciebie oczekują, nikt cię tak nie ocenia, nie czujesz
presji wywieranej na tobie przez całe królestwo ani nigdy nie budzisz się ze
świadomością, że jedna twoja decyzja może doprowadzić kraj do ruiny! – wyrzucił
z siebie na jednym wdechu, jednocześnie odczuwając, iż uszła z niego cała para.
Luc siedział cicho,
wlepiając wzrok w pościel. Było mu wstyd. Q natomiast ciężko dyszał.
– To wciąż nie tłumaczy,
dlaczego zdecydowałeś się na ślub z Królową Kier – mruknął w poduszkę Lucien.
Quentin zamrugał
kilkakrotnie oczyma, próbując zrozumieć, co przed chwilą usłyszał.
„Cała ta opryskliwość…” – domyślił się.
– Czyli stąd cała ta
złość? – Było to bardziej pytanie retoryczne, ale blondyn kiwnął lekko głową.
Starszy z rodzeństwa jęknął i potarł skronie, aby zebrać myśli.
– Lu – zaczął
najdelikatniej jak tylko potrafił – musisz zrozumieć, że przypieczętowanie
sojuszu z Kier małżeństwem, to dla nas najlepsza opcja. Owszem, nie palę się do
tego, wolałbym sam wybrać dla siebie żonę, ale życie wymaga poświęceń. Nie
narażę milionów ludzi na niebezpieczeństwo z powodu swojego widzimisię czy
głupich pobudek. Jeśli Trefl zaatakuje–
– Trefl nie zaatakuje –
uciął
mu nastolatek tonem tak pewnym, jakby mówił rzecz oczywistą, w którą głęboko
wierzył. Quentinowi wydało się to dziwne, nader podejrzane.
Starszy książę zmarszczył
czoło, unosząc brwi.
– Skąd ta pewność? – dociekał.
– Nie znasz ich.
– Cóż… Emm… – Luc
zająknął się, a Q jeszcze bardziej zaintrygowała ta sprawa. – Trochę o nich
czytałem – wydukał, bawiąc się palcami.
– Czytałeś? – powtórzył Quentin. Zakłopotanie brata utwierdziło go w
przekonaniu, że musiał drążyć temat. Od śmierci rodziców czuł, że z Lucienem
działo się coś niedobrego, ale nie zwracał na to szczególnej uwagi. A może po
prostu nie chciał w to wierzyć. Przez ten cały czas wmawiał sobie, iż to tylko
okres buntu i wkrótce z tego wyrośnie. Łudził się, że znacznie ciężej – a może
w inny sposób – przeżywa odejście bliskich, w końcu zawsze był bardzo
emocjonalny. Niestety, prawda mogła okazać się straszniejsza.
– Tak – potwierdził Lux,
kiwając głową. – Pewnie tego nie wiesz, ale… oczywiście, że nie wiesz, nie
przejmujesz się mną za bardzo – dopowiedział nieco ciszej – interesuję się
historią i kulturą innych nacji Talii. Przestudiowałem już o nich sporo
książek. To aż takie dziwne, że zamiast biegać z szabelką, poznaję bliżej, jak
ty to twierdzisz, wroga?
Q zakłopotał się. Nie
miał nic przeciwko pasjom brata, dlatego zrobiło mu się głupio, że w jego
głowie pojawił się cień wątpliwości. Na samą myśl, iż Lucien mógłby
współpracować z Trefl i udawać się tam za każdym razem, gdy mówił o podróży do
Kaskad, chciało mu się wymiotować, a jednocześnie zganić siebie za takie
domysły. Nie powinien oskarżać brata o coś takiego, zwłaszcza, kiedy nie
dysponował żadnymi obciążającymi go dowodami.
Co też takiego skłoniło
go, by myśleć w ten sposób?
– Nie, jasne, że nie –
odpowiedział speszony, przeczesując złotą czuprynę. – Po prostu, przez ten
wybuch wychodzę z siebie. – Była to szczera prawda, kipiące w nim nerwy i
niepewność sprawiały, że przestawał trzeźwo funkcjonować. Wszystko wydawało mu
się podejrzane.
– Nie pierwszy i nie
ostatni raz – mruknął młodszy z książąt, prychnąwszy.
Quentin mimowolnie
parsknął.
– Chyba masz rację –
przyznał, kładąc się na swoim łóżku. Postanowił nie drążyć więcej tematu,
kłótnie z bratem nic nie przynosiły. Poza tym, oboje mieli już dość.
Kompletna cisza, jaka
zapanowała, pozwoliła mu w końcu usłyszeć kapiącą w łazience wodę. Dźwięk
spadających kropli uspokoił go nieco – liczył każdą.
Ich spokój nie trwał
jednak długo. Gdy tylko jeden z zamków zatrzeszczał, przyszły król zerwał się
jak oparzony, omal nie potrącając stojącej nieopodal lampy. Dobył broń.
Luc uniósł jedynie lekko
głowę z nad poduszek, zaintrygowany dobiegającym hałasem. Chwilę później wrota
otworzyły się i stanął w nich wątły człowiek, a za nim dwójka gwardzistów.
Mężczyzna nie był zbyt
wysoki, jego lekko brązowawa karnacja z drobnymi plamkami przywodziła na myśl
polną ziemię, w której znajdowały się kamienie i grudki. W podobnym kolorze
włosy, przepasane srebrnymi nitkami, oraz smukła twarz z podkrążonymi oczyma
świadczyły, iż zbliża się do podeszłego wieku. Zaś znoszony, ciemny surdut nie
klasyfikował go jako arystokratę. Mimo to światło świec dodawało mu swoistego
uroku ciepła i ufności.
– Gustave. – Quentin schował
miecz. Podszedł do przybysza i przytulił go, a ten natychmiast odwzajemnił
uścisk.
– Chłopcy, jak dobrze, że
was widzę – oznajmił i wyściskał obu książąt – całych i zdrowych – dodał.
Gustave Lacroix służył
rodzinie królewskiej od dziesięcioleci – swą pracę rozpoczął jako mały
chłopiec, krzątający się po kuchni. Wszystkie obowiązki wypełniał sumiennie i z
należytym szacunkiem. Jego wierność i oddanie Karo, w późniejszym latach,
zostały nagrodzone awansem ze zwykłego służącego na osobistego lokaja, aż
wreszcie przywiodły go na zaszczytne stanowisko – królewskiego opiekuna. To
właśnie on zajmował się braćmi Lamont od najmłodszych lat, wychowywał ich, a
także pocieszał po śmierci rodziców. Bezgranicznie mu ufali.
– Ciebie również miło
widzieć – odparł uśmiechnięty Q, zaraz jednak jego twarz spoważniała,
przypomniawszy sobie wcześniejsze wydarzenia rozegrane w pałacu. – Masz jakieś
informacje o wybuchu? – zapytał. W jego głowie kłębiło się milion niewiadomych.
– Czy ktoś został ranny? Jak długo siedzieliśmy w schronie? Dlaczego nikt po
nas nie przyszedł? – bombardował mężczyznę pytaniami.
– Spokojnie, Quentin.
Usiądź, zaraz wszystko wam wytłumaczę – polecił Gustave.
Książęta zajęli miejsca
przy stole. Lucien był cichszy niż zazwyczaj. Zanim opiekun rozpoczął
wyjaśnienia, odchrząknął, usiadłszy naprzeciw nich.
– Posłuchajcie, sprawa
nie jest prosta i ciężko mi o tym mówić – przemawiał głosem smętnym, pełnym
żalu, co spowodowało, że Q odczuł jak jego mięśnie napinają się z nerwów.
Do złotowłosego dotarło,
iż wydarzył się jeden z najczarniejszych scenariuszy. Od razu spochmurniał i
spuścił głowę.
– To był zamach, prawda? –
spytał, choć przeczucie podpowiadało mu, że nie musi, ponieważ doskonale zna
już odpowiedź.
– Niestety, tak –
utwierdził go w przekonaniach Gustave, on także nie wyglądał najlepiej.
– Cholera jasna – zaklął
pod nosem starszy książę. Z trudem powstrzymał się, by nie uderzyć pięścią w
stół.
Luc przypominał kolorem
jedną ze ścian. Nadal milczał, skubiąc paznokcie.
Mimo że w środku Quentin
aż kipiał ze złości, starał się tego nie okazywać. Przed oczami pojawiały mu
się straszliwe obrazy rannych ludzi, ognia oraz olbrzymich kłębów dymu. Huczało
mu w głowie, znów przypomniał sobie te rozpaczliwe krzyki. Ogrom pytań wysuwał
mu się na język, lecz pozwolił starszemu mężczyźnie kontynuować.
– Nadal nie jesteśmy
pewni, jaki był cel tego zamachu. Czy chodziło o was, a może o zastraszenie Diamentian.
Dla waszego bezpieczeństwa, spędziliście tutaj okrągłą dobę – powiedział,
chociaż Q miał wrażenie, że minęła wieczność w niepewności. – Żołnierze zdążyli
usunąć już część zniszczeń. Na szczęście pałac i teren wokół niego nie
ucierpiały.
Przyszły władca nie
wiedział jednak najważniejszego. Wciąż nie przekazano mu informacji odnośnie
przebywającej, w tamtym okresie, na placu ludności. Martwił się o ich dobro,
ale ze smutkiem zakładał, iż nie obyło się bez ofiar.
– Ilu zginęło? – Słowa te
przeszły mu ciężko przez gardło.
W oczach Gusteve’a na moment
pojawiło się przerażenie, sprawiał wrażenie, że nie chciał o tym wspominać.
Quentin z trudem przełknął ślinę.
– N–nie wiadomo jeszcze
dokładnie. Gwardziści nadal nie oszacowali strat – rzekł. Dostrzegając gorzkie
wyrazy twarzy braci, po chwili uzupełnił wypowiedź pogodniejszymi wyrazami: –
Pomimo tego nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Bądźmy dobrej myśli.
Q niełatwo przyjął jego
słowa. Kiwnął lekko głową. Wcale nie zamierzał myśleć pozytywnie, ale też nie
pesymistycznie – był realistą.
– Kiedy możemy stąd
wyjść? – odezwał się wreszcie Lucien. Głos miał słaby. Starszy książę położył
mu dłoń na ramieniu dla otuchy i na znak, iż dołącza się do pytania.
– Jeden dzień, może dwa –
odparł Gustave, przecierając zmęczone oczy. – Za kilka dni zbierze się Rada,
odbędzie się Zgromadzenie Narodowe, w którym obowiązkowo weźmiecie udział. –
Luc skrzywił się, mimo to wyglądał na zaskoczonego, nigdy wcześniej nie
pozwalano mu uczestniczyć w tak ważnych naradach państwowych. Opiekun widząc
jego zwątpienie, skinieniem głowy potwierdził, iż dobrze usłyszał.
Do środka weszła dwójka
strażników. Ich zbroje błyszczały, podobnie jak grawerowany na nich symbol Karo
– diament.
– Panie Lacroix, myślę,
że już czas zakończyć odwiedziny – oznajmił wysoki mężczyzna.
Gustave spojrzał na swój
zegarek. Pośpiesznie wstał i uścisnął dłonie książętom.
– Trzymajcie się,
chłopcy. Postaram się, żeby wypuścili was jak najwcześniej. – Wraz z
gwardzistami skierował się do wyjścia.
Nagle w Quentinie
obudziła się myśl, aby dowiedzieć się czegoś jeszcze. Ciekawość nie dawała mu
spokoju.
– Gus – zwrócił się do
mężczyzny, który natychmiast przystanął i odwrócił w jego stronę. – Wiadomo,
kto stoi za zamachem? – Nastąpiła chwilowa cisza.
Niższy strażnik
odchrząknął, wyraźnie się niecierpliwił.
Opiekun przygryzł wargę.
– Cóż – westchnął –
zidentyfikowane resztki ładunków wybuchowych pozwalają nam snuć pewne
przypuszczenia. Obecnie taką technologią dysponuje Pik, jednak mamy też
informację, iż jakiś czas temu w ich posiadanie weszło również Trefl.
Kilka słów potrafiło
obudzić w Q nowy, siarczysty gniew. Zacisnął pięści. Zanim się obejrzał, drzwi
znów zatrzasnęły się, pozostawiając braci kompletnie samych. Podszedł do
spiżarni i wyciągnął szklaną butelkę wody. Na dworze musiał panować istny upał,
ponieważ przenikające do schronu powietrze było ciepłe i suche.
– Trefl nie zaatakuje,
co? – burknął, przedrzeźniając słowa Luca. Rzucił się na łóżko.
– Oj, zamknij się –
dobiegło spod poduszki.
Quentin sapnął, wpatrując
się w sufit. Nie miał bladego pojęcia, jak uda mu się przetrwać następne
godziny. Nie lubił znajdować się pod kloszem, jak ptaszek w klatce, zdany na
łaskę innych – wolał działać, a ostatnie wydarzenia tylko utwierdziły go w tym
przekonaniu.
„Będę fatalnym królem –
przeszło mu przez myśl – skoro nie umiem poradzić sobie z własnym bratem”. –
Nadal męczyła go nie tylko sprawa królestwa, ale też Luciena. Postanowił, że
wkrótce powrócą do poruszanych wcześniej tematów.
Ostatni dzień przerodził
się dla niego w koszmar. Coś, co zaczęło się dobrze, obróciło w proch,
dostarczając pełnego wachlarza emocji. Powoli wątpił w sprawiedliwość świata,
jak również umacniał w niektórych przekonaniach: wróg nigdy nie odpuści.
Nadchodzący czas miał okazać się przełomowy, choć złotowłosy był pewien, że
najgorsze jeszcze przed nimi.
Wkrótce nad Talią zawisną
czarne chmury.
♦♦♦
Witam wszystkich! Na wstępie chciałabym podziękować za przeczytanie rozdziału, mam nadzieję, że się podobało i będziecie kontynuować opowiadanie. Przepraszam za wszelkie błędy, jeśli takowe wystąpiły (byłoby miło, gdyby znalazła się jakaś beta). Do następnego!
PS Liczę, iż długość rozdziałów jest odpowiednia :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz