Król Diamentów – Rozdział I

piątek, 3 sierpnia 2018

Quentin nerwowo poprawił rękawiczkę. Już prawie przygryzał po raz kolejny wargę, ale w ostatniej sekundzie skarcił się w myślach, wiedząc, że definitywnie spuchną mu usta. Nie była to zbyt ciekawa opcja, nie prezentowałby się wtedy nienagannie, tak jak od niego wymagano.
Westchnął i omiótł wzrokiem zebranych przed pałacem ludzi. Musiał przyznać, że tak olbrzymiego tłumu jeszcze nie widział, a uczestniczył w wielu orędziach. Nawet, gdy Naczelnik Królestwa ogłaszał żałobę po śmierci króla i królowej, Plac Monet nie doczekał się aż tylu zgromadzonych, co dziś. Przybyło ich tak wielu, bo ważyła się przyszłość całego państwa.
Panowała ogromna wrzawa, mieszkańcy Karo albo szeptali notorycznie coś do siebie, albo komentowali wszystko na głos, wymieniając się ciętymi uwagami. Bywali też tacy, którzy desperacko próbowali przedrzeć się przez tłum, byleby tylko dostać się jak najbliżej, aby ujrzeć przyszłego króla. Heroldowie tłoczyli się, chcąc zająć dogodne miejsca do powtarzania nadchodzących przemów tym, którzy znajdowali się za daleko, żeby je wkrótce usłyszeć. Wszystko zostało wcześniej dokładnie, nawet co do najmniejszego szczegółu, zaplanowane. Pozostało jedynie postępować zgodnie z założeniami.
Quentin nigdy wcześniej nie stresował się występami publicznymi, był do nich przygotowywany od najmłodszych lat, a mimo to nerwy zżerały go od środka, choć uczono go jak sobie z tym radzić. Czuł się przez to bardziej nieswojo.
Naczelnik Królestwa położył mu dłoń na ramieniu, dając sygnał, że już pora. Q skinął głową. Mimowolnie skierował wzrok na puste miejsce po lewej stronie i, jak najciszej tylko potrafił, zaklął pod nosem. Nieobecność jego brata mogła sprowadzić na nich obydwu spore konsekwencje, rujnowała perfekcyjny plan. Karo nie tolerowało niesubordynacji.
Mężczyzna o szpakowatych włosach podniósł się z tronu i podszedł do mównicy. Chrząknął.
– Obywatele Karo! – zwrócił się w stronę tłumu. Jego donośny głos rozniósł się szerokim echem, ale mieszkańcy nie umilkli od razu jak na zawołanie. Nawet z wysokiego balkonu Quentin dostrzegł kilku uciszających ludzi heroldów.
Ci, którzy nie znali Lennoxa d’Avora, mogliby śmiało stwierdzić, że mężczyznę wyraźnie podirytowało głośne zachowanie i nieposłuszeństwo mieszkańców. W rzeczywistości naczelnik miał nerwy ze stali. To złudne wrażenie sprawiała jego mimika twarzy, ukazująca wieczne niezadowolenie.
Odchrząknął po raz kolejny, dużo głośniej, gdy tłum nieco przycichł.
– Szanowni Rodacy! – ponownie zaapelował do obywateli, skupiając całą ich uwagę na swojej rosłej osobie. – Żadne słowa nie wyrażą, jak bardzo jestem rad, widząc was tutaj, tak licznie zgromadzonych, w tym szczególnym dniu. Dziękuję Wam za całe wsparcie, zwłaszcza w ostatnim okresie, który nie był przychylny dla naszego królestwa. Wiem, jak bardzo wstrząsnęło Wami tak nagłe odejście naszego króla Alana i jego ukochanej małżonki, Marie. Wiem także, iż nadal opłakujecie ich śmierć. Nas również to głęboko dotknęło, wyryło blizny na sercu. Przeżywaliśmy kryzys. – Wskazał na znajdujące się na balkonie osobistości, które, ze smutkiem na twarzach, skłoniły się. – Gdy rok temu obejmowałem tymczasową władzę, miałem świadomość, że nie przyjdzie mi to tak łatwo, nie będę w stanie ich zastąpić, ale mimo to daliście mi szansę. Serdecznie dziękuję Wam, raz jeszcze, za zaufanie. Liczę, że choć w pewnym stopniu spełniłem Wasze oczekiwania. – Rozległy się oklaski. – Dodatkowo zdaję sobie sprawę, iż wciąż czekacie na słowa otuchy i zapewnienia, co do dalszego rozwoju królestwa. Dziś nareszcie jestem w stanie ogłosić wam tę radosną nowinę. Nadeszła pora, by ruszyć naprzód i uczynić Karo wielkim ponownie!
Wiwaty rozniosły się po okolicy. Naczelnik gestem ręki i kiwnięciami starał się uspokoić klaszczący tłum. Jednak oklaski nie były jedynie formą aprobaty słów Lennoxa, ale też radosnym przywitaniem przybyłego gościa, który zręcznie wykorzystał krótką przerwę w wypowiedzi, nie chcąc wywoływać niepotrzebnego zamieszania w jej trakcie.
– Spóźniłeś się, bracie – mruknął Q do siadającego po lewej blondyna, na co ten wywrócił oczyma.
Lucien wyglądał jak po przejściu tornada – przekrzywiona korona, rozwichrzona grzywka, zaczesana na szybko na boki, jasne włosy związane wstążką, która ledwo je utrzymywała. W przeciwieństwie do niego Quentin potrafił poskromić swoje złote loki.        
Nie chciał nawet wspominać o ubiorze młodszego księcia, który pozostawiał wiele do życzenia, wręcz prosząc o reprymendę – odstający kołnierzyk, niedopięte mankiety białej, wygniecionej koszuli, długo by wymieniać. Widać było, że dopiero co powrócił z długiej i wyczerpującej podróży. Oddawało to również jego charakter, czasem, z tymi swoimi humorkami, potrafił być jak chodzący huragan.
Starszy z rodzeństwa wygładził mundur, który, i tak, tego nie wymagał.
– Nie myśl sobie, że twoja wycieczka ujdzie ci na sucho. Jeszcze sobie o tym porozmawiamy. – Trącił brata ramieniem. Odruchowo uśmiechnął się, w takich sytuacjach, jego obecność zawsze dodawała mu otuchy.
Lucien parsknął.
– Dostanę karę? – zasugerował w dość dziecinny, ale zadziorny, sposób.
Quentin już chciał mu odpowiedzieć, jednak głos naczelnika Lennoxa i niezadowolony wzrok członków Rady sprowadziły go do pionu. Mimo to wciąż miał ochotę na słowne przepychanki, jak za starych, dobrych lat.
Ludzie przystali na prośby d’Avora i umilkli, chcąc dowiedzieć się, co mężczyzna ma do przekazania.
– Zapewne doskonale wiecie, że powoli zbliża się koniec dzierżenia przeze mnie władzy. Rozpiera mnie ogromna duma, iż dane mi było pełnić tak zaszczytną i odpowiedzialną funkcję, ale przyszedł czas, by na tronie zasiadł prawowity władca – wypowiadając ostatnie słowa, Naczelnik Królestwa odsunął się, robiąc miejsce przy mównicy.
Na powrót rozległy się oklaski i wiwaty.
Starszy książę poprawił koronę. Wstał i skierował się w stronę Lennoxa. Gdy na moment Q zatrzymał się, znów ukradkiem popatrzył w stronę Luciena, który dostrzegając jego poddenerwowanie, pokazał mu uniesiony kciuk.
Dasz radę– zdawał się szeptać.
Quentin skinął lekko głową w podziękowaniu i pewnym krokiem ruszył po schodkach do mównicy.
„Nie masz wyboru, Q” – powiedział sam do siebie. Bał się, że mieszkańcy nie zaakceptują jego przyszłych słów, zapowiadających radykalne zmiany. Było to dla niego krępujące. Stojąc na podwyższeniu, zgromadzonych ludzi wydawało się dużo więcej. Kiedy go zobaczyli, okrzyki radości wzmogły się. Z trudem przełknął ślinę.
Złotowłosy uścisnął dłoń drugiego mężczyzny.
– Wasza Wysokość. – Ten przywitał się i ukłonił.
Quentin pomachał w stronę tłumu.
– Drodzy Obywatele, a oto i przyszły Król Karo. – Naczelnik teatralnie zaprezentował księcia. – Quentin Lamont!
Q uśmiechnął się w stronę skandujących ludzi. Trochę za tym tęsknił. Dawniej, przed śmiercią rodziców, jego rodzina uwielbiała uczestniczyć w życiu społecznym, mieszkańcy ich kochali. Niestety od czasu wypadku, wraz z bratem zrezygnowali z występów publicznych, nie chcąc wzbudzać niepotrzebnego rozgłosu, a przynajmniej tak mu się wydawało. W rzeczywistości przestali czerpać z tego przyjemność.
– Quentin, Quentin! – krzyczeli.
Miał nadzieję, że ich entuzjazm nie osłabnie, gdy już wygłosi swoje przemówienie. Zależało mu na dobru Karo, ale przede wszystkim na zdaniu i akceptacji rodaków. Nie miał w zamiarze wywołać wojny domowej.
– Kochani Obywatele – zwrócił się do nich z czułością. Nie przeszkadzała mu panująca wrzawa, wiedział, iż tłum za chwilę się uspokoi, przynajmniej na moment. – Mi również miło was tutaj widzieć. – Omiótł wzrokiem Plac Monet. Cieszyło go, że nigdzie nie dostrzegał żadnych podziałów na sektory. Społeczeństwo nie było już podzielone na lepszych i gorszych, nie musieli nosić tych okropnych opasek z numerem klasy.
– Mówi się o nas, mieszkańcach Karo, że jesteśmy ludem wyjątkowym – jak żadne inne – walecznym, a mimo to niezbyt potężnym, niewykorzystującym swojego potencjału. Czas wreszcie położyć kres tym kłamstwom. – Nie musiał spoglądać na kartkę, znał swoją przemowę na pamięć, jednak czegoś mu w niej brakowało. – Każdy z was wie, że od lat grozi nam wojna z Treflem. – Znów zrobił dramatyczną pauzę. Słysząc nazwę wrogiego królestwa, Diamentianie rozjuszyli się. Historia obojga narodów nie była kolorowa, stale rozdrapywali dawne rany. – Choć w ostatnim czasie, tak jak my, osłabli, wciąż są silni, dlatego musimy mieć się na baczności. Potrzebni nam sojusznicy. – Położył szczególny nacisk na ostatnie zdanie.
Lud Karo umilkł, z niecierpliwością oczekiwali dalszego rozwoju wydarzeń. Quentin miał wrażenie, że to przysłowiowa cisza przed burzą. Książę przygryzł wargę, najtrudniejsze jeszcze przed nimi. Im dłużej zwlekał, tym bardziej niecierpliwił się Lennox. Odgonił czarne myśli na bok.
– Pik, od kilku lat, stoi po stronie naszych wrogów, a ich armia stale rośnie, dążą również do uzyskania całkowitej samodzielności. Zaś Trefl usilnie stara się odciąć nas od wszelakich potrzebnych królestwu surowców – paliw kopalnianych, żywności… Nie możemy dać sobą tak pomiatać. Mamy obowiązek dbać o nasz honor i umocnić naszą pozycję na arenie międzynarodowej. Z racji tego, na nic zdatne nam puste obietnice ewentualnej pomocy czy same przyjacielskie stosunki. – Powoli zasychało mu w gardle. Wzmagał się upał. – Dlatego zdecydowaliśmy się na radykalny krok, na który przystał nasz bliski przyjaciel, Kier – przerwał na chwilę, dając obywatelom czas na chwilę przemyśleń i przetworzenie nowych informacji. Dotąd starali się tuszować przed nimi zły stan, jaki dotknął królestwo po śmierci pary królewskiej. Oficjalnie niektórych jego słów nie było w planie, jednak Q czuł, że musiał o nich wspomnieć. Nie potrafił już dłużej okłamywać mieszkańców.
Wtedy Naczelnik Królestwa zbliżył się do niego i odsunął od mównicy. Quentin nie wiedział, o co chodzi. Przecież nie powiedział nic złego. Uważnie przyjrzał się mężczyźnie, nie wyglądał, jakby był na niego wściekły, ale nie siedział w jego głowie – wewnętrznie mógł aż kipieć ze złości, jak to miał w zwyczaju robić.
Skonsternowany książę zamrugał kilkakrotnie. Mimo wszystko starał się udawać, że właśnie tak miały potoczyć się sprawy. Prosił w myślach, aby Diamentianie niczego nie zauważyli i połknęli haczyk.
– Nasz bliski współpracownik, Królestwo Kier, z chęcią przyjęło propozycję umocnienia naszego wieloletniego sojuszu. W tym celu wkrótce przybędzie do nas poselstwo z królową na czele, aby omówić dalsze szczegóły umowy  – oznajmił Lennox. – Na ten moment mogę Państwu tylko powiedzieć, iż będzie to absolutny przełom w historii obu królestw. Zatem, aby wynagrodzić wam ten ostatni rok, wypłacimy wszystkim obywatelom dodatkowe racje żywnościowe i wspomożemy najbiedniejszych.
Zapanowało poruszenie. Jak na razie duże grono ludności nie buntowało się – w gruncie rzeczy Różanie byli ich długoletnimi przyjaciółmi – wyrażali raczej swój entuzjazm, pozytywnie komentując decyzję władz. Jedynie nieliczni nacjonaliści kręcili nosami i odchodzili. Nie usłyszawszy głośnych sprzeciwów i wygwizdów, Quentin odetchnął z ulgą. Spodziewał się najgorszego, z uwagi, iż większość królestw nie była sobie przychylna od wieków, a także, że  za słowami d’Avora kryło się drugie dno, nie mówił im wszystkiego. Zręcznie posłużył się kwestią nadprogramowego pożywienia. Q kompletnie nie miał wpływu na wypowiedź starszego mężczyzny. Jeszcze nie teraz.
– Znów staniemy się wielcy! Nastanie nowa era! – obwieścił naczelnik, jego głos był jak czysta stal. Przemawiał niczym w transie, fanatycznie, jak prawdziwy wódz. Brzmiał, jakby zagrzewał lud do wspólnej walki. – Kier i Karo będą razem panować na tym kontynencie! – Uniósł ręce, zaciskając pięści, by zademonstrować swoją siłę. Panowała wrzawa, którą podsycał Lennox. – Już nigdy nie staniemy się słabi. Nie ulegniemy!
– Nie ulegniemy! – zawtórował tłum.
Rozległy się oklaski. Naczelnik Królestwa przyciągnął starszego księcia do siebie i objął go ramieniem. Quentin zerknął na mężczyznę, wyglądał dumnie. Przyszły król sztucznie się uśmiechnął i przystąpił do podziękowań wszystkim za wysłuchanie. Członkowie Rady wstali i również zaczęli klaskać.
Właśnie wtedy Q pomyślał, że wszystko potoczy się dobrze. Pojawiła się w nim iskierka nadziei na lepsze jutro. Nie mógł być smutny, widząc wiwatujących rodaków.
Chwilę później, w rytm oklasków, dołączył do nich Geoffroy Arceneu, a za nim podążyła reszta radnych wraz z Lucienem, który jako jedyny miał grymas na twarzy – żadna nowość. Młodszy książę z wyraźną niechęcią zbliżył się do brata i Lennoxa d’Avora.
– Machaj do tłumu i ładnie się uśmiechaj, to zajmie tylko chwilę – szepnął Lucienowi na ucho Quentin. Chciał mu dodać nieco otuchy i pewności siebie. Zamiast podziękowania otrzymał tylko wredne spojrzenie z zamiarem pokazania języka.
Tłum nadal wiwatował. Perspektywa lepszej przyszłości wydawała się być złudna i potrafiła zamydlić oczy. Starszy z książąt czuł się trochę winny, iż nie mógł powiedzieć im całej prawdy, pod otoczką ścisłego sojuszu kryło się coś, co przyprawiało młodego mężczyznę o wypieki na twarzy, ale musiał milczeć.
To nie odpowiednia chwila – tak tłumaczył mu naczelnik. – Należy ich na to stopniowo przygotowywać. Osiągniemy wszystko, lecz małymi kroczkami. Uwierzył mu, ufał Lennoxowi – swojemu przyszłemu doradcy – który pełnił tę funkcję już za rządów jego ojca. Wiedział lepiej.
Quentin odmachał stojącym pod balkonem pannom, jedna z nich omal nie zemdlała, pozostałe w ostatniej chwili ją złapały. Lubił to, na swój sposób, prezentowanie się poddanym uspokajało go. Ich szczęście było jego szczęściem, poświęcał im większość swojego życia. Lecz bywały takie momenty, że przechodził krótkie załamania – bał się, że jako Król Karo nie spełni ich oczekiwań, nie sprosta wysokim wymaganiom, nie będzie tak dobry jak poprzedni władcy, jak jego ojciec. Taka perspektywa przerażała go.
Q zamrugał kilkakrotnie, próbując powrócić do rzeczywistości.
„Nie czas na takie myśli!” – zganił się. W istocie, nie była to najlepsza pora na zmartwienia. Nikt nie mógł dostrzec jego słabości.
Wciąż odmachiwał mieszkańcom, a mimo to nie bolała go ręka – kwestia przyzwyczajenia. Zerknął na brata. Po jego minie wnioskował, że z niecierpliwością odliczał sekundy do końca orędzia. Quentin postanowił skrócić jego cierpienia.
– Może już wystarczy na dzisiaj – zwrócił się do naczelnika d’Avora.
Szpakowaty mężczyzna kiwnął głową.
– Jak sobie życzysz, Wasza Wysokość – wymówił dziwnie ostatnie słowa, jednak książę nie zwrócił na to szczególnej uwagi.
Wszyscy zebrani na balkonie ukłonili się, wyglądali na zadowolonych, poza jedną osobą, i skierowali się do wejścia do pałacu, towarzyszyły im gromkie brawa. Tylko Lucien wyglądał na przybitego.
♦♦♦
Zaraz po opuszczeniu balkonu czterech gwardzistów dołączyło do książąt, otaczając ich z każdej strony. Choć pałac był dobrze strzeżony, zawsze przydzielano im dodatkową ochronę. Quentin nie lubił tego, zwłaszcza, że potrafił sam doskonale się obronić – nie po to zmarnował połowę życia na nauce sztuk walki i szermierki – zamiast atrapy nosił przy sobie prawdziwy, z pozłacaną klingą miecz. Mimo to doceniał pracę strażników i pozwalał im się odprowadzać.
Stąpali po białej, marmurowej posadzce, idealnie zadbanej przez dziesiątki służących. Zewsząd otaczały ich granitowe kolumny o złotych, połyskujących wykończeniach, a z sufitu zwisały kryształowe żyrandole. Wszystkie komnaty imponowały swoją wielkością i przepychem. Gdzie nie spojrzeć dominowały jedynie barwy narodowe – żółć, pomarańcz oraz brąz. Biel i czerń były kolorami uniwersalnymi.
Pałac królewski nie należał do wiekowych – choć Quentin mieszkał w nim odkąd sięgał pamięcią – został zbudowany tuż przed jego narodzinami, po przeniesieniu stolicy z Kaskad do Montanagne.
Q uwielbiał rodzinną rezydencję, lubił zachwycać się jej detalami i ogromem, ale przede wszystkim, podziwiał staranną pracę nadwornych architektów i murarzy, którzy przemienili zwykły letniskowy dwór w majestatyczną budowlę, jaką nie mogło poszczycić się żadne królestwo.
Jego brat zaś zdecydowanie preferował pałac na wschodzie.
Starając się patrzeć przed siebie, przyszły król zerknął na Luciena. Młodszy książę z grymasem na twarzy podążał za korowodem radnych z naczelnikiem na czele. Quentin bardzo chciał z nim porozmawiać, jednak musiał z tym nieco zaczekać. Nie był to najlepszy moment na kłótnie z bratem, zwłaszcza, że nie leżało to w dworskiej etykiecie, a wszyscy patrzyli na nich oceniająco. Właśnie zmierzali w stronę Sali Narad, gdzie czekało ich długie posiedzenie. Wokół krzątali się służący.
Pałac w Montanagne składał się z trzech pokaźnych rozmiarów skrzydeł – w zachodnim znajdowała się część mieszkalna, we wschodnim zapadały wszystkie decyzje państwowe, natomiast północne przeznaczone było dla służby. W całość łączył wszystko budynek główny, z którego na drugim piętrze wiodło wejście na specjalny, przygotowany do wygłaszania mów balkon. Przemieszczanie się po pałacu znacznie ułatwiały usytuowane w centrum, majestatyczne schody, po których spływał kaskadami złoty dywan. Ręcznie wykonana tkanina była namiastką wyrobów szwalniczych produkowanych przez Karo.
Korytarze rezydencji potrafiły ciągnąć się w nieskończoność. W czasie długiego przemieszczania się z jednego końca w drugi, starszy z książąt umilał sobie czas, skupiając się na obrazach i innych dekoracjach, które mijał. Przynosiło mu to swoisty spokój ducha, jednak teraz coś sprawiło, że w ułamku sekundy, zapomniał jak się oddycha.
Z chwilą, kiedy Quentin postawił stopę na pierwszym stopniu, rozległ się wybuch, a zaraz po nim mrożący krew w żyłach krzyk tysiąca przerażonych dusz. Zapanował chaos.
Choć eksplozja nie wstrząsnęła pałacem, Q stracił równowagę. Dudniło mu w uszach, odgłosy, jakby zarzynanych ludzi, rozchodziły się echem w jego głowie, mimo to starał się na trzeźwo ocenić sytuację. Naczelnik wraz z radą, pod eskortą osobistej ochrony, zbiegali po schodach, kierując się w bezpieczne miejsce. Krzyczeli do niego, by szedł z nimi.
Jego gwardziści zareagowali trochę z opóźnieniem, również nie wiedzieli, co się dzieje. Wyjęli miecze i pomogli wstać przyszłemu królowi, jednocześnie osłaniając go. Quentin poszedł w ich ślady i dobył broń. Ktokolwiek ich zaatakował, musiał słono za to zapłacić.
– Proszę z nami, Wasza Wysokość. – Jeden ze strażników pociągnął go za ramię, jednak ten wyrwał się. Nie chciał, jak tchórz, pędzić do schronu. Zamierzał dowiedzieć się, co się stało.
W powietrzu unosił się zapach dymu, który drażnił płuca. Okna były otwarte. Jęki nie ustały, wręcz przeciwnie, przybrały na sile, podobnie jak odgłosy płaczu, pełne przerażenia i desperacji. Ku zdziwieniu Q wcale nie dochodziły z wnętrza pałacu, ale z zewnątrz.
„Plac… poddani…” – Zdał sobie sprawę i już chciał puścić się biegiem w stronę wyjścia, gdy chwyciło go czterech gwardzistów. Zaczął się szarpać.
– Wasza Wysokość, proszę się nie wyrywać – poradzili mu, próbując go uspokoić. – To dla Waszego bezpieczeństwa. – Pojawiło się więcej żołnierzy, by opanować sytuację.
– Ja muszę… wy nic nie rozumiecie. – Starał się wymachiwać mieczem tak, aby nikogo nie zranić. Przez moment nie obchodziło go zupełnie nic, oprócz bezpieczeństwa bezbronnych Diamentian, którzy nieświadomi zagrożenia przybyli, by wysłuchać jego żałosnej przemowy i zapewnień o lepszym bycie.
Powoli przegrywał, strażnicy mieli przewagę liczebną i choć powinni się go słuchać, nie zrobili tego z troski o jego życie. Mimo to Quentin nie poddawał się i uporczywie opierał zaprowadzeniu do schronu. Mogli go wziąć jedynie siłą. Krew buzowała w jego żyłach.
Wszystko toczyło się szybko i jakby za mgłą, dopóki nie rozbrzmiał kolejny krzyk, tym razem tuż obok niego. Książę obrócił się i ujrzał przerażający obraz. Przez to wszystko zapomniał o własnym bracie.
Lucien był blady jak ściana. Łapczywie starał się złapać oddech, ściskając poręcz – ledwo trzymał się na nogach. Jeden z gwardzistów zaszedł go od tyłu, chcąc prędko zabrać go w bezpieczne miejsce, jednak blondyn w akcie paniki zaczął się szamotać, uderzając niczego niespodziewającego się mężczyznę z łokcia w twarz. Obaj upadli na posadzkę, zwracając na siebie uwagę reszty.
Korzystając z chwilowego zamieszania wśród straży, Q wpadł na pomysł, by wymknąć się chociażby na balkon i dowiedzieć się czegokolwiek. Lecz widok dygoczącego brata, sprawił, że zawahał się. Zagryzł wargę.
Wrzaski ludzi nie ucichły, a pokusa była ogromna. Tysiąc za i przeciw kłębiło się w jego głowie.
Quentin zaklął, i jak najszybciej, chwyciwszy Luciena za ramię, pociągnął go w dół schodów drogą ewakuacyjną. Miał ochotę strzelić sobie w twarz, mógł to zrobić dużo wcześniej – Luc był jedynym, co mu pozostało i powinien go za wszelką cenę chronić. Przeklął siebie i swoją głupotę w myślach, jednak wciąż martwił się również o poddanych. Nie odpuści, prędzej czy później dowie się czegoś o ich stanie.
Młodszy książę trzymał się go kurczowo – tak, jak zwykł w dzieciństwie uczepiać się sukni matki, gdy ogarniał go strach – a przecież niedawno skończył siedemnaście lat. Biegli własnym tempem – szybko i zwinnie – ignorując ochraniającą ich gwardię. Q znał drogę do schronu na pamięć, i nawet, olbrzymi stres nie mógł sprawić, że pomyliłby korytarze.
W pałacu panowało ogólne zamieszanie – służący kręcili się wszędzie, panikując, zaś strażnicy starali się wszystkich uspokoić i ochronić, część z nich kierowała się na Plac Monet.
Książęta zmierzali w stronę lochów, do których prowadziło kilka dróg. Lucien dyszał ciężko – nie był przyzwyczajony do nadmiernego wysiłku – mimo to biegł dalej, chcąc dorównać bratu kroku. W każdej chwili mógł nastąpić kolejny wybuch, a co gorsza, wtargnąć ktoś nieproszony i zaatakować ich.
W piwnicach odbili na lewo. Stare pochodnie oświetlały im wybrukowaną drogę. Omal nie potrącili służącej, gdy pokonywali już ostatni skręt, wtedy Luc przewrócił się, a kobieta krzyknęła. Quentin natychmiast podniósł go i pędzili dalej, nie odwracając się za siebie.
Wreszcie ich oczom ukazały się masywne, metalowe drzwi bunkra. Przed wejściem stało dwóch gwardzistów, którzy dostrzegając ich, natychmiast otworzyli wrota. Za nimi znajdowały się kolejne, choć nie tak solidne. Quentin pchnął je, po czym pociągnął nastolatka do środka. Gdy zwrócił się ponownie ku drzwiom, usłyszał jedynie szczęk zamka – zostały zamknięte.
Przyszły król uderzył pięścią we wrota, niestety szybko pożałował tej decyzji. Pomasował obolałą dłoń.
„Cholera – pomyślał – teraz jesteśmy tu uwięzieni”.
Schron nie posiadał okien, dlatego było tam bardzo duszno, i przede wszystkim, ciemno, więc, kiedy za jego plecami pojawiło się światło, Q prędko spostrzegł, że brat zapalił świece. Obrócił się i dostrzegł siedzącego na jednym z łóżek Luxa. Oczy miał zamknięte, a jego klatka piersiowa unosiła się energicznie.
Quentin jeszcze przez dobrych kilka minut walił pięściami w drzwi, by go wypuszczono. Chciał walczyć.
Nikt nie otworzył.
Wyczerpany książę położył się. Nie miał przecież nic innego do zrobienia. Dręczyły go wyrzuty sumienia. Zirytowany ukrył twarz w dłoniach. Nienawidził tego uczucia – kompletnej bezradności, dlatego starał się zepchnąć wszystkie myśli w najdalsze czeluści swojego umysłu.
Zerknął na Luciena, który skulił się na łóżku. Mimowolnie uśmiechnął się. O tyle dobrze, że chociaż on był bezpieczny. Nie mógł stracić i jego.
 Kilka minut później, kiedy nieco się uspokoił, powieki same mu opadły i spowił go sen.
♦♦♦
Gdy Luc się obudził, Q już nie spał. Chodził w kółko, zbierając myśli. Nie mieli zegarka, nie wiedzieli, ile czasu upłynęło. Starszy książę przygryzał nerwowo wargę, nadal nie dowiedzieli się niczego o wybuchu, a co gorsza, nikt jeszcze do nich nie zajrzał. Przed oczami widział same najgorsze scenariusze.
Schron nie był ciasną klitką, został tak zaprojektowany, by mogło w nim mieszkać sześć osób. Dla każdego przygotowano dwuosobowe łóżko. Z uwagi na małą ilość światła, ściany pomalowano na jasny kolor – w podobnym odcieniu była podłoga – zaś oświetlenie zapewniały dwie lampy naftowe i świece. Powietrze przedostawało się poprzez wentylację. Aktualni rezydenci mieli również do dyspozycji łazienkę i spiżarnię. Mimo wszystko nie można było powiedzieć, że bunkier należał do zimnych i niewygodnych, w końcu rodzinie królewskiej nie przystało przebywać w zatęchłych podziemiach. Mniej więcej takie samo pomieszczenie przygotowano dla innych ważnych osobistości państwowych, jednak w innej części pałacu.
Quentin nie zauważył, że jego brat nie spał, był zbyt pochłonięty analizowaniem wszystkiego, co wiedział do tej pory o eksplozji – niestety nie posiadał aż tak wiele informacji, ile by chciał. Sfrustrowany uderzył pięścią w ścianę, żeby rozładować emocje.
Lucien wzdrygnął się i przykrył kołdrą. Chrząknął, by dać o sobie znać. Przyszły król, jak na zawołanie, odwrócił się w jego stronę.
– O, już wstałeś. – Pomasował dłonią kark. – Gdybym wiedział–
– Nie dał byś upustu swojej złości w postaci nękania biednej ściany, jasne – przerwał mu młodszy blondyn, prychając. – Doprawdy nie rozumiem, co ona ci takiego zrobiła… – kontynuował swój wywód.
Q parsknął, wyciągając zapasy ze spiżarni.
– Widzę, że humor dopisuje – zauważył. – Głodny? – zaproponował bratu suchary.
Luc skrzywił się i pokręcił głową, choć żołądek mówił mu co innego. Zignorował jednak sygnały domagającego się jedzenia narządu. Nie przepadał za konserwami i suchym prowiantem. Na całe szczęście drugi książę nie naciskał na niego ani nie prawił kazań o prawidłowym odżywianiu – tego by nie zniósł. Ułożył się wygodnie na łóżku.
Tymczasem Quentin odłożył sucharki na szafkę nocną, po czym skierował się do drzwi. Wcześniej bał się w nie pukać, z uwagi na śpiącego Luciena, lecz teraz nie było żadnych przeszkód. Na początku delikatnie zastukał, ale kiedy nie dostał odpowiedzi, skończyło się na tym, iż zaczął w nie nawet kopać i walić pięściami.
– Otwórzcie te przeklęte drzwi! Wypuście nas! – krzyczał, ale nikt nie spełnił jego rozkazów. Zirytowany jęknął, mimo to nie przerwał.
Po kilku minutach rozbolała go ręka. Nie zdziwiłby się, gdyby następnego ranka odkrył na ciele siniaki.
– Proszę, ja muszę wiedzieć. – Oparł się o wrota, powoli osuwając. Ze schronu nie było innego wyjścia. – Dajcie mi walczyć. – Bezsilny i kompletnie bezradny uderzał głową o metal.
Luc, przez cały czas, obserwował go uważnie. Choć chciał pomóc, podobnie jak on, nie mógł nic zrobić. Byli zdani na łaskę innych.
– Wiesz – zaczął młodszy z książąt – może nikt nam nie otwiera, bo zostaliśmy tylko my. – Przeczesał dłonią blond włosy o odcieniu truskawkowym. Miedziane oczy skupiły się na nim. – Kto wie? Może w końcu byłby spokój.
Quentin zerwał się i podszedł bliżej brata.
– To nie powód do żartu – zganił go, mimo to ten wcale się nie śmiał. – Nastąpił wybuch, zapewne zginęli ludzie, a ty masz to gdzieś. Zdajesz sobie w ogóle sprawę, że to równie dobrze mógł być zamach na nas?! – Może odrobinę za bardzo podniósł głos.
Lucien zamilkł na chwilę, urażony jego słowami. To wcale nie tak, że niczym się nie przejmował. Gdyby tylko Q był na tyle spostrzegawczy, pewnie zauważyłby, iż nie jest mu to obojętne. Na samą myśl o wcześniejszym ataku paniki, Luc wzdrygnął się. Od początku starał się wymusić dobry humor, po to, aby więcej się nie stresować – co nie przyszło mu łatwo – tak samo szybko brat zrujnował jego w miarę spokojny nastrój.
Zacisnął powieki, żeby powstrzymać chcącą wydostać się wściekłość, niestety na marne.
– Gdybyś tylko raczył się mną zainteresować, a nie stale myślał o innych, domyśliłbyś się, że to jedyne, co mnie uspokaja. – Nigdy nie umiał długo trzymać języka za zębami. – Nie wmawiaj mi, że wszystko bagatelizuję, bo sam miałeś mnie w nosie do tego stopnia, by nie zauważyć moich problemów.
Książęta stanęli ze sobą twarzą w twarz. Przez moment zaciekle wpatrywali się w siebie, a wręcz świdrowali wzrokiem. Choć Lucien był niższy o pół głowy, wcale nie czuł się mały, złość dodawała mu kilka centymetrów.
Na kilka sekund zapanowała cisza.
– Jakie problemy? – spytał po chwili namysłu Quentin. Zmarszczył brwi. Domyślał się, że chłopak mógł mieć na myśli wcześniejszą panikę w pałacu. Zmartwił się. Jego słowa dotknęły go. Czy rzeczywiście poświęcił mu tak mało czasu?
Nastolatek speszył się na moment, jakby nie spodziewał się aż takiego zainteresowania ze strony starszego brata.
Widać było, że walczył ze sobą. Zastanawiał się, czy powinien to powiedzieć. Zaskakujące, ale z agresywnego wilka w moment stał się spłoszoną łanią.
– Mam napady lękowe? – odpowiedział nieśmiało, nie będąc pewnym swoich słów. Szybkim ruchem obrócił się plecami do mężczyzny. Zaczął przechadzać się po bunkrze. – Cholera, po co ja ci to w ogóle mówię? – Złapał się za głowę.
Quentin położył mu dłoń na ramieniu, zatrzymując go tuż przy sobie.
– Jak długo?
– Co? – Blondyn zmieszał się. Nie dosłyszał, zamyślił się.
– Pytam: od kiedy masz ataki paniki? – Troszczył się o brata. Chciał pomóc, nie wiedząc dokładnie jak.
– J–ja… nie pamiętam. Daj mi już spokój. – Lucien odepchnął starszego księcia od siebie. Usiadł na łóżku.
Złotowłosy nie dawał za wygraną. Skrzyżował ręce na piersi. Oczekiwał więcej odpowiedzi.
– No, dobrze – żachnął się Luc. Quentin uśmiechnął się zwycięsko. – Nie mam na to wpływu. Czasami brakuje mi tchu, a czasami trzęsę się – odparł cicho. Mimo wszystko potrzebował się wyżalić, dlatego słowa po prostu z niego wypłynęły.
Bracia po raz kolejny zamilkli. Nastolatek spuścił głowę, przyglądając się swoim paznokciom. Quentin natomiast usiadł. Czuł, iż zawiódł jako starszy brat. Oboje zastanawiali się, co dalej, jak dobrać odpowiednie słowa, aby nikogo nie urazić.
Przyszły król westchnął.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – zapytał w końcu.
Młodszy z rodzeństwa nie spojrzał na niego.
– Rozmawiałeś chociaż z lekarzem?
– Nie – mruknął Luc. – Nie było takiej potrzeby. – Brzmiało to jak odpowiedź na oba pytania. – Wszystko wyczytałem w książkach, umiem sobie z tym radzić.
Czasami zaborczość niższego księcia irytowała Quentina, podobnie jak przekonanie, że sam doskonale sobie ze wszystkim da radę i nie potrzebuje niczyjej pomocy – taka myśl była złudna. Zresztą wcześniej doskonale widział jak sobie radzi z tymi atakami paniki.
– Czy ty naprawdę uwierzyłeś jakimś książkom, zamiast porozmawiać ze specjalistą? – Oparł głowę o dłoń. – Jak możesz być tak skrajnie nieodpowiedzialny i naiwny, Lux?
Słysząc zdrobnienie, Lucien natychmiast wbił w niego swój wzrok. Jego spojrzenie, pełne wściekłości, zdawało się miotać pociskami. Błyskawicznie rozjuszył się na nowo.
– Nie waż się mnie tak nazywać – zagroził tonem wypełnionym jadem.
Q nie miał bladego pojęcia, dlaczego blondyn tak zareagował. Zdrobnienie Lux przylgnęło do niego już we wczesnym dzieciństwie i jakoś nigdy nie wykazywał cienia sprzeciwu czy złości, gdy tak do niego mówiono. Quentin, z przerażeniem, coraz bardziej przekonywał się, że nastolatek drastycznie się zmienił. To nie była ta sama osoba, z którą bawił się drewnianymi mieczami.
Starszy książę prychnął. Miał tego serdecznie dość. Mimo iż nie lubił się kłócić, teraz przepełniało go zbyt wiele negatywnych emocji, którym należało dać upust. Może i w przyszłości będzie tego żałował, lecz odłożył zmartwienia na bok.
– Masz świadomość, że czasem jesteś nie do wytrzymania? Wiecznie niezadowolony, a jak już człowiek dobrze ci radzi i wytyka błędy, to wpadasz w furię.
Luc wyróżniał się trudnym charakterem, a złotowłosy doskonale o tym wiedział i poniekąd nauczył się radzić z jego humorami. Nie znaczyło to jednak, że nastolatek mógł pozostać całkowicie bezkarny.
– Ja przynajmniej nie jestem niczyją marionetką – burknął obrażony Lucien. Nadąsany owinął się kołdrą. Zawsze był typem osoby ciepłolubnej.
Jego słowa, choć ciche, poruszyły Quentina.
– Co proszę? – wydawało mu się, że się przesłyszał.
– A proszę, powtórzę to nawet milion razy! – wykrzyczał młodszy z rodzeństwa, unosząc głowę znad poduszki. – Jesteś zwykłą marionetką, która nie ma własnego mózgu i woli!
– To nieprawda! – oponował Q. Czuł się trochę jak dziecko, które nie potrafi wysunąć trafnych argumentów w kłótni, ale stale trwa przy swojej racji, nie umiejąc jej obronić.
Lucien prychnął i teatralnie rozłożył ręce.
– To prawda, z którą nie umiesz się pogodzić – wyjaśnił bratu. – Jesteś dobrze wyglądającą kukiełką, a za sznurki pociąga Rada, w szczególności naczelnik.
Quentin nie mogąc już dłużej wytrzymać, wstał i podszedł do niego. Oboje nie kryli swojego gniewu.
– Czy ty masz w ogóle pojęcie, przez co przechodzę?! Nie, oczywiście, że nie, bo wciąż myślisz jedynie o sobie. – Przyszły władca zaczął wylewać swoje żale, które od dawna niszczyły go od środka. – Nie wiesz, jak ciężko być następcą tronu. Nie znasz wszystkich tych wymagań jakich od ciebie oczekują, nikt cię tak nie ocenia, nie czujesz presji wywieranej na tobie przez całe królestwo ani nigdy nie budzisz się ze świadomością, że jedna twoja decyzja może doprowadzić kraj do ruiny! – wyrzucił z siebie na jednym wdechu, jednocześnie odczuwając, iż uszła z niego cała para.
Luc siedział cicho, wlepiając wzrok w pościel. Było mu wstyd. Q natomiast ciężko dyszał.
– To wciąż nie tłumaczy, dlaczego zdecydowałeś się na ślub z Królową Kier – mruknął w poduszkę Lucien.
Quentin zamrugał kilkakrotnie oczyma, próbując zrozumieć, co przed chwilą usłyszał.
„Cała ta opryskliwość…” – domyślił się.
– Czyli stąd cała ta złość? – Było to bardziej pytanie retoryczne, ale blondyn kiwnął lekko głową. Starszy z rodzeństwa jęknął i potarł skronie, aby zebrać myśli.
– Lu – zaczął najdelikatniej jak tylko potrafił – musisz zrozumieć, że przypieczętowanie sojuszu z Kier małżeństwem, to dla nas najlepsza opcja. Owszem, nie palę się do tego, wolałbym sam wybrać dla siebie żonę, ale życie wymaga poświęceń. Nie narażę milionów ludzi na niebezpieczeństwo z powodu swojego widzimisię czy głupich pobudek. Jeśli Trefl zaatakuje–
– Trefl nie zaatakuje – uciął mu nastolatek tonem tak pewnym, jakby mówił rzecz oczywistą, w którą głęboko wierzył. Quentinowi wydało się to dziwne, nader podejrzane.
Starszy książę zmarszczył czoło, unosząc brwi.
– Skąd ta pewność? – dociekał. – Nie znasz ich.
– Cóż… Emm… – Luc zająknął się, a Q jeszcze bardziej zaintrygowała ta sprawa. – Trochę o nich czytałem – wydukał, bawiąc się palcami.
Czytałeś? – powtórzył Quentin. Zakłopotanie brata utwierdziło go w przekonaniu, że musiał drążyć temat. Od śmierci rodziców czuł, że z Lucienem działo się coś niedobrego, ale nie zwracał na to szczególnej uwagi. A może po prostu nie chciał w to wierzyć. Przez ten cały czas wmawiał sobie, iż to tylko okres buntu i wkrótce z tego wyrośnie. Łudził się, że znacznie ciężej – a może w inny sposób – przeżywa odejście bliskich, w końcu zawsze był bardzo emocjonalny. Niestety, prawda mogła okazać się straszniejsza.
– Tak – potwierdził Lux, kiwając głową. – Pewnie tego nie wiesz, ale… oczywiście, że nie wiesz, nie przejmujesz się mną za bardzo – dopowiedział nieco ciszej – interesuję się historią i kulturą innych nacji Talii. Przestudiowałem już o nich sporo książek. To aż takie dziwne, że zamiast biegać z szabelką, poznaję bliżej, jak ty to twierdzisz, wroga?
Q zakłopotał się. Nie miał nic przeciwko pasjom brata, dlatego zrobiło mu się głupio, że w jego głowie pojawił się cień wątpliwości. Na samą myśl, iż Lucien mógłby współpracować z Trefl i udawać się tam za każdym razem, gdy mówił o podróży do Kaskad, chciało mu się wymiotować, a jednocześnie zganić siebie za takie domysły. Nie powinien oskarżać brata o coś takiego, zwłaszcza, kiedy nie dysponował żadnymi obciążającymi go dowodami.
Co też takiego skłoniło go, by myśleć w ten sposób?
– Nie, jasne, że nie – odpowiedział speszony, przeczesując złotą czuprynę. – Po prostu, przez ten wybuch wychodzę z siebie. – Była to szczera prawda, kipiące w nim nerwy i niepewność sprawiały, że przestawał trzeźwo funkcjonować. Wszystko wydawało mu się podejrzane.
– Nie pierwszy i nie ostatni raz – mruknął młodszy z książąt, prychnąwszy.
Quentin mimowolnie parsknął.
– Chyba masz rację – przyznał, kładąc się na swoim łóżku. Postanowił nie drążyć więcej tematu, kłótnie z bratem nic nie przynosiły. Poza tym, oboje mieli już dość.
Kompletna cisza, jaka zapanowała, pozwoliła mu w końcu usłyszeć kapiącą w łazience wodę. Dźwięk spadających kropli uspokoił go nieco – liczył każdą.
Ich spokój nie trwał jednak długo. Gdy tylko jeden z zamków zatrzeszczał, przyszły król zerwał się jak oparzony, omal nie potrącając stojącej nieopodal lampy. Dobył broń.
Luc uniósł jedynie lekko głowę z nad poduszek, zaintrygowany dobiegającym hałasem. Chwilę później wrota otworzyły się i stanął w nich wątły człowiek, a za nim dwójka gwardzistów.
Mężczyzna nie był zbyt wysoki, jego lekko brązowawa karnacja z drobnymi plamkami przywodziła na myśl polną ziemię, w której znajdowały się kamienie i grudki. W podobnym kolorze włosy, przepasane srebrnymi nitkami, oraz smukła twarz z podkrążonymi oczyma świadczyły, iż zbliża się do podeszłego wieku. Zaś znoszony, ciemny surdut nie klasyfikował go jako arystokratę. Mimo to światło świec dodawało mu swoistego uroku ciepła i ufności.
– Gustave. – Quentin schował miecz. Podszedł do przybysza i przytulił go, a ten natychmiast odwzajemnił uścisk.
– Chłopcy, jak dobrze, że was widzę – oznajmił i wyściskał obu książąt – całych i zdrowych – dodał.
Gustave Lacroix służył rodzinie królewskiej od dziesięcioleci – swą pracę rozpoczął jako mały chłopiec, krzątający się po kuchni. Wszystkie obowiązki wypełniał sumiennie i z należytym szacunkiem. Jego wierność i oddanie Karo, w późniejszym latach, zostały nagrodzone awansem ze zwykłego służącego na osobistego lokaja, aż wreszcie przywiodły go na zaszczytne stanowisko – królewskiego opiekuna. To właśnie on zajmował się braćmi Lamont od najmłodszych lat, wychowywał ich, a także pocieszał po śmierci rodziców. Bezgranicznie mu ufali.
– Ciebie również miło widzieć – odparł uśmiechnięty Q, zaraz jednak jego twarz spoważniała, przypomniawszy sobie wcześniejsze wydarzenia rozegrane w pałacu. – Masz jakieś informacje o wybuchu? – zapytał. W jego głowie kłębiło się milion niewiadomych. – Czy ktoś został ranny? Jak długo siedzieliśmy w schronie? Dlaczego nikt po nas nie przyszedł? – bombardował mężczyznę pytaniami.
– Spokojnie, Quentin. Usiądź, zaraz wszystko wam wytłumaczę – polecił Gustave.
Książęta zajęli miejsca przy stole. Lucien był cichszy niż zazwyczaj. Zanim opiekun rozpoczął wyjaśnienia, odchrząknął, usiadłszy naprzeciw nich.
– Posłuchajcie, sprawa nie jest prosta i ciężko mi o tym mówić – przemawiał głosem smętnym, pełnym żalu, co spowodowało, że Q odczuł jak jego mięśnie napinają się z nerwów.
Do złotowłosego dotarło, iż wydarzył się jeden z najczarniejszych scenariuszy. Od razu spochmurniał i spuścił głowę.
– To był zamach, prawda? – spytał, choć przeczucie podpowiadało mu, że nie musi, ponieważ doskonale zna już odpowiedź.
– Niestety, tak – utwierdził go w przekonaniach Gustave, on także nie wyglądał najlepiej.
– Cholera jasna – zaklął pod nosem starszy książę. Z trudem powstrzymał się, by nie uderzyć pięścią w stół.
Luc przypominał kolorem jedną ze ścian. Nadal milczał, skubiąc paznokcie.
Mimo że w środku Quentin aż kipiał ze złości, starał się tego nie okazywać. Przed oczami pojawiały mu się straszliwe obrazy rannych ludzi, ognia oraz olbrzymich kłębów dymu. Huczało mu w głowie, znów przypomniał sobie te rozpaczliwe krzyki. Ogrom pytań wysuwał mu się na język, lecz pozwolił starszemu mężczyźnie kontynuować.
– Nadal nie jesteśmy pewni, jaki był cel tego zamachu. Czy chodziło o was, a może o zastraszenie Diamentian. Dla waszego bezpieczeństwa, spędziliście tutaj okrągłą dobę – powiedział, chociaż Q miał wrażenie, że minęła wieczność w niepewności. – Żołnierze zdążyli usunąć już część zniszczeń. Na szczęście pałac i teren wokół niego nie ucierpiały.
Przyszły władca nie wiedział jednak najważniejszego. Wciąż nie przekazano mu informacji odnośnie przebywającej, w tamtym okresie, na placu ludności. Martwił się o ich dobro, ale ze smutkiem zakładał, iż nie obyło się bez ofiar.
– Ilu zginęło? – Słowa te przeszły mu ciężko przez gardło.
W oczach Gusteve’a na moment pojawiło się przerażenie, sprawiał wrażenie, że nie chciał o tym wspominać. Quentin z trudem przełknął ślinę.
– N–nie wiadomo jeszcze dokładnie. Gwardziści nadal nie oszacowali strat – rzekł. Dostrzegając gorzkie wyrazy twarzy braci, po chwili uzupełnił wypowiedź pogodniejszymi wyrazami: – Pomimo tego nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Bądźmy dobrej myśli.
Q niełatwo przyjął jego słowa. Kiwnął lekko głową. Wcale nie zamierzał myśleć pozytywnie, ale też nie pesymistycznie – był realistą.
– Kiedy możemy stąd wyjść? – odezwał się wreszcie Lucien. Głos miał słaby. Starszy książę położył mu dłoń na ramieniu dla otuchy i na znak, iż dołącza się do pytania.
– Jeden dzień, może dwa – odparł Gustave, przecierając zmęczone oczy. – Za kilka dni zbierze się Rada, odbędzie się Zgromadzenie Narodowe, w którym obowiązkowo weźmiecie udział. – Luc skrzywił się, mimo to wyglądał na zaskoczonego, nigdy wcześniej nie pozwalano mu uczestniczyć w tak ważnych naradach państwowych. Opiekun widząc jego zwątpienie, skinieniem głowy potwierdził, iż dobrze usłyszał.
Do środka weszła dwójka strażników. Ich zbroje błyszczały, podobnie jak grawerowany na nich symbol Karo – diament.
– Panie Lacroix, myślę, że już czas zakończyć odwiedziny – oznajmił wysoki mężczyzna.
Gustave spojrzał na swój zegarek. Pośpiesznie wstał i uścisnął dłonie książętom.
– Trzymajcie się, chłopcy. Postaram się, żeby wypuścili was jak najwcześniej. – Wraz z gwardzistami skierował się do wyjścia.
Nagle w Quentinie obudziła się myśl, aby dowiedzieć się czegoś jeszcze. Ciekawość nie dawała mu spokoju.
– Gus – zwrócił się do mężczyzny, który natychmiast przystanął i odwrócił w jego stronę. – Wiadomo, kto stoi za zamachem? – Nastąpiła chwilowa cisza.
Niższy strażnik odchrząknął, wyraźnie się niecierpliwił.
Opiekun przygryzł wargę.
– Cóż – westchnął – zidentyfikowane resztki ładunków wybuchowych pozwalają nam snuć pewne przypuszczenia. Obecnie taką technologią dysponuje Pik, jednak mamy też informację, iż jakiś czas temu w ich posiadanie weszło również Trefl.
Kilka słów potrafiło obudzić w Q nowy, siarczysty gniew. Zacisnął pięści. Zanim się obejrzał, drzwi znów zatrzasnęły się, pozostawiając braci kompletnie samych. Podszedł do spiżarni i wyciągnął szklaną butelkę wody. Na dworze musiał panować istny upał, ponieważ przenikające do schronu powietrze było ciepłe i suche.
– Trefl nie zaatakuje, co? – burknął, przedrzeźniając słowa Luca. Rzucił się na łóżko.
– Oj, zamknij się – dobiegło spod poduszki.
Quentin sapnął, wpatrując się w sufit. Nie miał bladego pojęcia, jak uda mu się przetrwać następne godziny. Nie lubił znajdować się pod kloszem, jak ptaszek w klatce, zdany na łaskę innych – wolał działać, a ostatnie wydarzenia tylko utwierdziły go w tym przekonaniu.
„Będę fatalnym królem – przeszło mu przez myśl – skoro nie umiem poradzić sobie z własnym bratem”. – Nadal męczyła go nie tylko sprawa królestwa, ale też Luciena. Postanowił, że wkrótce powrócą do poruszanych wcześniej tematów.
Ostatni dzień przerodził się dla niego w koszmar. Coś, co zaczęło się dobrze, obróciło w proch, dostarczając pełnego wachlarza emocji. Powoli wątpił w sprawiedliwość świata, jak również umacniał w niektórych przekonaniach: wróg nigdy nie odpuści. Nadchodzący czas miał okazać się przełomowy, choć złotowłosy był pewien, że najgorsze jeszcze przed nimi.

Wkrótce nad Talią zawisną czarne chmury.
♦♦♦
Witam wszystkich! Na wstępie chciałabym podziękować za przeczytanie rozdziału, mam nadzieję, że się podobało i będziecie kontynuować opowiadanie. Przepraszam za wszelkie błędy, jeśli takowe wystąpiły (byłoby miło, gdyby znalazła się jakaś beta). Do następnego!
PS Liczę, iż długość rozdziałów jest odpowiednia :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
FREE BLOGGER TEMPLATE BY DESIGNER BLOGS