Gdy
tylko nadarzyła się okazja, schował się w najbliższym schowku. Zwinnym ruchem
zniknął w jednym z korytarzy i zamknął za sobą drzwi. Każdy jego ruch był
bezszelestny. Nie robił tego po raz pierwszy.
Z
dumą obserwował przez dziurkę od klucza, jak strażnicy wymieniają zaskoczone
spojrzenia i wracają do dalszych poszukiwań. Nastolatek uśmiechnął się pod
nosem.
„Nareszcie” – odetchnął z
ulgą, a jego spięte mięśnie rozluźniły się.
Lucien oparł się o drzwi
i powoli zsunął na podłogę. Cały dzień na to czekał. Miał już serdecznie dość
stałego towarzystwa gwardzistów.
Podążali za nim od wczoraj, krok w krok. Ciągle odczuwał na sobie ich wzrok.
Nawet, kiedy był sam we własnej komnacie, wiedział o ich obecności za drzwiami.
Irytowało go to. Na szczęście wymykanie się wychodziło mu znakomicie, mimo że
przechytrzenie straży nie należało do łatwych zadań.
A wszystko przez jakąś
karę.
„Jeszcze czego. Nie
zamierzam zgnić w tym pałacu”.
Chociaż po części miał
świadomość, że zakaz opuszczania rezydencji to nie tylko szlaban, ale także
środek bezpieczeństwa, nadal był zły na brata, iż ten nie bronił go ani nie
postawił się dostatecznie naczelnikowi i radzie. W przeciwieństwie do niego,
nie zamierzał żyć jak marionetka, kochał wolność. Wyprawy w okolice Kaskad były
dla niego odskocznią od stresującej rzeczywistości, tylko tam czuł się
prawdziwym sobą.
Mimo wszystko nadal
dręczył go strach. Zamach wstrząsnął nim na tyle, aby zaczął się zastanawiać nad
bezpieczeństwem jego eskapad. Obawiał się o swoje życie. Coraz częściej z
trudem łapał powietrze i przełykał ślinę, gdy o tym myślał. Jednak nie mógł
przestać, wciąż nie odkrył jeszcze tak wielu tajemnic.
Dziś musiał opuścić
pałac. Koniecznie.
„Nie dam się stłamsić.
Poznam prawdę”. – Zacisnął pięści. – „Pamiętaj, robisz to dla siebie” –
powtarzał sobie w myślach, za każdym razem, kiedy wątpił. – „Dla nie– Dla
nich!” – poprawił się.
Towarzystwo szczotek i
mioteł szybko go znudziło, zatem delikatnie uchylił drzwi. Rozejrzał się
najpierw w lewo, potem w prawo. Nie zauważył nikogo na korytarzu. Teren był
czysty. Zadowolony odetchnął z ulgą.
Już miał wychodzić, gdy
nagle jego uszom dobiegła czyjaś cicha rozmowa. Ktoś zmierzał w jego kierunku.
Z sekundy na sekundę głosy robiły się coraz donośniejsze. Zbliżali się. Lucien
wstrzymał oddech i ponownie skrył się w schowku. Na moment spanikował, ale w
ostatnim momencie odzyskał trzeźwy umysł. Przez drobny otwór zauważył dwie
sylwetki, które zatrzymały się tuż obok jego kryjówki. Nie widział ich twarzy.
„Cholera” – zaklął.
Przygryzł wargę. Zaczął nadsłuchiwać.
– …No cóż, nie jestem w
stu procentach, co do tego pomysłu przekonany, aczkolwiek to twoja decyzja,
Wasza Wysokość – rzekł jeden z mężczyzn, a Luc po głosie rozpoznał w nim
naczelnika Lennoxa. – Zgadzam się z generałem, iż powinieneś odpocząć,
chociażby przez jeden dzień. Nie zamierzam zakazywać Wam wyjazdu w góry. Wiedz
jednak, że moje zmartwienia wynikają z troski o Wasze bezpieczeństwo.
Drugi rozmówca
odchrząknął.
– Doskonale rozumiem
Pańską troskę – przyznał Quentin, ku zaskoczeniu nastolatka. – Ale zapewniam,
że zabierzemy ze sobą najlepszych strażników.
D’Avor przytaknął.
„A więc to tak?” – syknął
Lucien. Omal nie strącił jednej z mioteł. – „Mi zakazuje nawet wizyty w
mieście, a sam udaje się wspinać w góry?!”.
Złość ponownie wstąpiła w
blondyna. Miał ochotę wyjść z ukrycia i powiedzieć bratu prosto w twarz, co o
nim sądzi. Powstrzymał się, na szczęście, chęcią poznania kilku dalszych
ciekawych faktów. Podsłuchiwał dalej, choć aż go mdliło.
– Z całym szacunkiem, Panie
Lennoxie, jeśli to nie problem, chciałbym udać się uroczyście złożyć kwiaty za
ofiary przy pomniku na Placu Monet.
Lennox umilkł na chwilę,
zamyślił się.
Nastolatek zmarszczył
brwi.
„Nie zgodzi się” –
prychnął.
– Naturalnie, Wasza
Wysokość. Zawiadomię straże i każę przygotować najpiękniejszą wiązankę służbie
– odparł przyjaźnie naczelnik. Podali sobie dłonie.
Lucien wytrzeszczył oczy.
Dalej sytuacja potoczyła
się niezwykle szybko. Nastolatek przestał na moment kontaktować. D’Avor pośpiesznie
pożegnał się z Quentinem, skłaniając się, po czym obaj rozeszli się w inne
strony.
Luc wypuścił powietrze ze
świstem. Nie tego się spodziewał. Ostatnimi czasy zachowanie naczelnika budziło
w nim sprzeczne emocje. Jego rozmowy z Q wydawały mu się podejrzane. Miał
wrażenie, że mężczyzna coś ukrywa. Pytanie tylko, co? Odkąd jego starszy brat
zgodził się na małżeństwo z Królową Kier, Lennox pozwalał mu na coraz więcej i
do tego popierał prawie każde jego słowo.
Chłopak zamyślił się.
Nie od razu opuścił
schowek, odczekał w nim dobre kilka minut. Musiał koniecznie dowiedzieć się
prawdy. Tak. Obmyślił doskonały plan. Postanowił, dzisiejszej nocy zrobi to.
Skoro Quentinowi wolno, to czemu i on nie mógłby?
♦♦♦
Lucien spojrzał na
kieszonkowy zegarek. Wskazywał szesnastą, co oznaczało, że jeszcze nie pora
kolacji. Nastolatek odruchowo chwycił się za brzuch. Powoli zaczynał żałować
odmówienia wspólnego obiadu z bratem. Głodował, nie jadł nic oprócz śniadania,
na własne życzenie zresztą. Przeklinał siebie z przeszłości.
Korytarze pałacu były w
miarę puste, jednak stale czuł na sobie czyiś wzrok. Choć wcześniej udało mu
się zgubić kilkoro gwardzistów, podążali za nim kolejni. No cóż, przynajmniej
przez chwilę miał spokój. Jako że naczelnik wzmocnił ochronę budynku, trudno
nie opędzić się od strażników.
Leniwym, ospałym krokiem
kierował się w stronę kuchni, które mieściły się w północnym skrzydle. Kucharki
od dziecka lubiły go dokarmiać, lecz nie był to jedyny powód, dla którego tam
zmierzał.
Na samą myśl o swoim
genialnym planie, uśmiechnął się przebiegle. Schował zegarek, z ręcznie
grawerowanym symbolem koniczyny, do kieszeni marynarki.
Tuż przed drzwiami
zatrzymał się i odwrócił w stronę idącego za nim gwardzisty.
– Jeśli pozwolisz, udam
się teraz odebrać posiłek – rzekł wyniosłym głosem. – Nie ma potrzeby, byś
dłużej mi towarzyszył. – Machnął ręką, odganiając go.
Strażnik speszył się
nieco, jednak po chwili gwałtownie wyprostował. Lucienowi nie umknął fakt, iż
pod hełmem kryła się naprawdę przystojna twarz.
– Oczywiście, Wasza
Książęca Mość. – Mężczyzna ukłonił się.
Nastolatek poczuł nagły
przypływ dumy. Gwardzista schlebiał mu, rzadko ktoś zwracał się do niego
poprzez tytuł, zazwyczaj nazywano tak Quentina. Kąciki jego ust drgnęły. Wciąż
miał jeszcze jakiś autorytet.
Strażnik wycofał się, a
Lucien wszedł do kuchni. Od razu powitał go smakowity zapach, na który dość
żywiołowo zareagował jego żołądek. Gorąca para buchnęła mu w twarz.
– O, a kogo to moje
piękne oczy widzą?! Książę! – Nim się obejrzał silne ramiona chwyciły księcia i
przytuliły go do siebie. – Dawno tu nie zaglądałeś. Chyba nawet ci się trochę
urosło.
Leonia przypominała
blondynowi babcię, która umarła, gdy był jeszcze dzieckiem. Pulchna kobieta o
szczerozłotym uśmiechu pracowała w kuchni, odkąd wybudowano pałac. Zawsze
lubiła rozpieszczać Luxa i nigdy nie ganiła go, kiedy dawniej zakradał się do
spiżarni wykraść słodycze, których mu zabraniano.
– Ciebie również miło
widzieć, Leonio. – Chłopak odsunął się. Nie przepadał za czułymi uściskami.
Reszta służby starała się nie zwracać na nich uwagi, nerwowo wykonywali swoje
czynności, obawiając się uwag ze strony księcia.
– Ah, mógłbyś częściej
odwiedzać taką starą, niedołężną staruszkę jak ja – narzekała, ciągnąc Luciena
po kuchni.
– Z tego co widzę,
całkiem nieźle się trzymasz… mimo tych zmarszczek i siwych włosów.
Kucharka prychnęła.
Weszli do innego pomieszczenia.
– No, no. Nie pozwalaj
sobie na zbyt wiele, Książę. Ja już dobrze wiem, co cię tu sprowadza. –
Zarzuciła ręcznik na ramię, stając przed spiżarnią. – Znowu nie jadłeś.
Lucien zaczerwienił się
lekko, ale nie przyznał jej racji. Kątem oka spojrzał na drzwi prowadzące do
pokoju służby. Były niemalże na wyciągnięcie ręki.
– Dziecko – westchnęła
Leonia. – Co my z tobą mamy… – Otworzyła drzwiczki olbrzymiej szafy i zaczęła w
niej szperać. Po chwili postawiła na blacie czekoladowy tort, z dużą ilością kremu.
Nastolatek na sam widok
oblizał wargi. Sięgnął palcem, by spróbować wypieku, jednak niska kobieta
uprzedziła go, uderzając w jego dłoń ręcznikiem.
– Auć!
– Ręce przy sobie, jeszcze
nie gotowy – skarciła go.
Lucien naburmuszył się, choć
nie potrafił długo gniewać się na kucharkę, która była mistrzynią w
cukiernictwie. Zbyt wiele jej zawdzięczał, jako jedna z nielicznych rozumiała
go i wspierała.
Czas uciekał. Młody
książę zamyślił się na moment. Potrzebował dostać się do szatni służących.
Tylko w jaki sposób?
– Nie sądzisz, że wygląda
trochę biednie? Żadnych owoców, lukru… – Musnął krem czekoladowy, gdy Leonia
nie patrzyła. Oblizał palce. Wyśmienity.
Kobieta szukała czegoś w
szafkach.
– Pozostała mi jeszcze
dekoracja – mruknęła. – Tylko, gdzie są… Wiem! – Lux uważnie obserwował jej
poczynania. Poprawiła fartuch. – Za moment wracam i w końcu będziesz miał ten
swój tort – powiedziała na jednym wdechu i wyszła.
Lucien uśmiechnął się
triumfalnie. W pomieszczeniu nie było nikogo oprócz niego, wszyscy pracowali w
głównej kuchni. Zwinnie chwycił za klamkę i wślizgnął się do pomieszczenia
przeznaczonego dla służby. Zważywszy na godzinę, był pewien, że nikogo tam nie
będzie. Mimo wszystko serce biło mu szybciej niż zazwyczaj. Krew buzowała w
jego żyłach.
Cała akcja zajęła mu
dosłownie chwilę. Doskonale wiedział, czego szukał, zresztą, robił to już
wcześniej. Służący przychodząc do pracy, zostawiali swe ubrania w szatni i
przebierali w robocze. Po to tu przeszedł. Nie zastanawiając się długo chwycił
jeden męski komplet i wyszedł. Leonia mogła wrócić w każdej chwili, a on nie
miał przygotowanej żadnej wymówki.
Nastolatek odetchnął z
ulgą. Schował ubranie pod złotą marynarkę i zapiął ją. Część planu wykonał,
chociaż najgorsze dopiero przed nim.
Kucharka powróciła nieco
później, trzaskając drzwiami. Trzymała kosz borówek. Odłożyła je na blat.
Odetchnęła z ulgą i zajęła się dekorowaniem.
– Jak już skończysz, każ
któremuś kelnerowi, by zaniósł tort do mojej komnaty. – Lucien próbował się
wycofać. Sądził, że Leonia nie zwróci na niego zbyt dużej uwagi. Zawsze, kiedy
zajmowała się swoimi wypiekami, traciła kontakt z rzeczywistością.
– Już wychodzisz? –
Zmarszczyła brwi, jakby coś podejrzewała.
Luc przygryzł wargę. Nie
tego się spodziewał.
– Tak, książęce
obowiązki, te sprawy. Za moment mam lekcje. – Na szybko wymyślił pretekst do
wyjścia. Czuł się źle, okłamując ją.
Kobieta kiwnęła głową, a
książę wewnętrznie odsapnął. Uwierzyła mu i nie drążyła dalej tematu. Ufała mu.
Było mu z tym jeszcze podlej, ale miał ku temu powody. Czasami kłamstwo
zaoszczędzało niepotrzebnych zmartwień, dlatego nie wahał się robić to za
każdym razem, gdy wymagała tego sytuacja.
Skinieniem pożegnał się i
wyszedł. Śmiało opuścił kuchnię, nie zaszczycając swym spojrzeniem żadnego ze
służących. Zadowolony z siebie, zapomniał o dręczącym go głodzie. Później to
sobie wynagrodzi.
Szedł szybko w stronę
swojej komnaty. Miał wrażenie, że ponownie ktoś za nim podąża. Kolejny
natarczywy strażnik. Nie przejął się tym zbytnio. Dostał to czego chciał, a
przynajmniej część.
Lewą ręką trzymał się za
brzuch, przytrzymując ukryte pod marynarką ubranie. Na samą myśl, że wcześniej
miał je na sobie jakiś, pewnie spocony, mężczyzna, odrzucało go. Jednak czas
naglił go do tego stopnia, że nie zdążyłby wyprać tych łachmanów. Postanowił
się poświęcić.
Przyspieszył kroku.
Zamaszyście skręcił, by zgubić idącego w tyle gwardzistę i wślizgnąć się do
swojej komnaty. Grunt to dyskrecja. Chciał to już mieć za sobą.
Udało mu się. Znalazł się
przy drzwiach.
Nacisnął klamkę i wtedy
schowany materiał wypadł. Jego serce zatrzymało się na moment.
Chwycił panicznie
spadające ubranie, tuż nim upadło, i wcisnął je pod marynarkę. Problem w tym,
że nie był na korytarzu sam.
Cholera, dlaczego
wcześniej nie zauważył?
Zza zakrętu wyłonił się
Gustave. Widząc Luciena, zatrzymał się. Wydawał się być równie zaskoczony, co
nastolatek.
„Widział coś?” – Blondyn
Wyprostował się jak struna. Starał się zachowywać naturalnie, jednak w środku panikował.
Nie mógł tak po prostu schować się w swoim pokoju. I tak już podejrzewano go o
zbyt wiele.
Mężczyzna podszedł do
niego. Poprawił okulary.
– Dzień dobry, Lucien.
Czy wszystko w porządku? – Zauważył zdenerwowanie nastolatka, bo przyglądał mu
się badawczo, kierując wzrok w stronę lewej ręki. Ręki, którą chłopak
przyciskał do piersi, ukrywając skradzione ubranie.
Do Lux’a dotarło, że
Gustave musiał dostrzec, że coś chowa. Zaklął.
– Oczywiście. Właśnie
wracam z biblioteki – odparł bez cienia podenerwowania. Postanowił, że będzie
grał. Wielu udało mu się nabrać na swoją grę aktorską.
Oparty o ścianę, skrzyżował
ręce. Z całej siły ściskał materiał pod marynarką.
– Ostatnio dostałem zakaz
dalszego czytania książek, które nie są podręcznikami. Wiesz, niektórzy
twierdzą, że powinienem się bardziej skupić na nauce – zmyślał, mając nadzieję,
że jest dość przekonujący. Wywrócił nawet teatralnie oczyma, by podkreślić
swoją frustrację. – Ale znasz mnie, nie potrafię tak po prostu przestać. I
właśnie dlatego zwinąłem kilka książek. – Wskazał na wybrzuszenie swoim
ubraniem. – Nie powiesz nikomu, prawda? – zrobił duże oczka, jak dziecko
proszące o cukierka.
Gustave nie był typem
surowego mężczyzny. Zwykle pozwalał książętom na bardzo wiele, pod warunkiem, że
zachowywali się stosownie i nie nadużywali jego dobroci. Nie chciał ich karać
ani wyzywać. A co najważniejsze, miękł pod wpływem błagalnych spojrzeń Luciena.
Opiekun westchnął.
– Dobrze, Książę. Masz
moje słowo, ale nie przesadzaj. Nauka też jest ważna.
Lucien uśmiechnął się
zwycięsko.
Mimo wszystko Gustave nie
wyglądał na do końca przekonanego wymówką nastolatka – zdradzał to jego
skupiony na czymś wzrok. Jednak nie wypytywał go o szczegóły. Odpuścił.
Pożegnał się i odszedł.
Zaś młody książę
nareszcie znalazł się w swojej komnacie. Z wielką ulgą zatrzasnął drzwi i opadł
na łóżko.
Sapnął.
Spod marynarki wyjął
nieszczęsne ubranie i dokładniej mu się przyjrzał.
„Powinno pasować” –
pomyślał, przyciskając je do piersi.
Zamknął oczy i pogrążył
się w swoich myślach. Zmęczony zasnął.
♦♦♦
Był środek nocy. Zapalił
tylko jedną świecę, jej blask mu wystarczał. Najciszej jak tylko potrafił,
odsunął szafkę nocną. Obluzował i wyciągnął jedną z marmurowych płytek.
W środku skrytki znajdowało
się kilka książek i kompletów ubrań, przeważnie damskich. Lucien wyciągnął
jedno z nich, te które niedawno ukradł, i upchnął do przypominającej worek torby.
Nie miał zbyt wiele czasu. Prędko zatuszował wszystkie ślady.
Zdmuchnął świecę.
Ostrożnie podszedł do
drzwi. Wiedział, że strzeże ich kilku gwardzistów. Cholera, od czasu zamachu
cały pałac się od nich roił, co znacznie utrudniało mu wydostanie się. Ale nie
takie rzeczy się robiło. Przez szparę dostrzegł, dwie pary butów.
„Tylko dwóch” – zakpił,
choć był przekonany, że jeszcze więcej znajduje się w innych częściach
korytarza. Musiał działać ostrożnie. Wyjście oknem nie wchodziło w grę.
Zegar tykał.
Spojrzał w stronę łóżka.
Jego atrapa z poduszek prezentowała się dobrze, zwłaszcza w ciemnościach.
Uśmiechnął się. Miał plan.
Zrzucił swoje ubrania i
zamiótł je pod łóżko. Wyjął mundur z materiałowej torby. Ubrał go, starannie dopinając
wszystkie guziki. Był mu nieco za luźny, jednak prędko to się zmieniło. Jego
ciało zapulsowało. Poczuł przyjemne mrowienie.
Kiedy miał sześć lat, po
raz pierwszy udało mu się przemienić. Wrócił wtedy wściekły do swojego pokoju,
marudząc, że chciałby być kimś innym niż tylko księciem, któremu nie wolno
prawie nic. Wtulił zapłakaną twarz w poduszkę. Nie do końca wiedział, w jaki
sposób to zrobił, ale nagle jego twarz zaczęła go palić, a kiedy spojrzał w
lustro ujrzał zupełnie inną osobę. Spanikował.
To była jego moc.
Już miał krzyknąć, gdy
zdał sobie sprawę, co to oznacza. Doskonale pamiętał, jak zaraz po ujawnieniu
się rzadkiej i potężnej umiejętności u jednego z dzieci magnatów, wcielono
niewiele starszego od niego chłopca do armii. Wiedział, że może skończyć
podobnie. Nie słyszał wcześniej o kimś, kto potrafił modyfikować swój wygląd. Bał
się, do czego mogą go wykorzystać, chociaż był księciem.
Dlatego nie powiedział niczego
własnej rodzinie ani żadnej niepowołanej osobie, czyli praktycznie nikomu.
Quentin nie miał pojęcia.
Luc nigdy nie żałował tej
decyzji, zwłaszcza teraz. Gdyby tylko ktoś wiedział, zapewne pracowałby jako
szpieg, a tego nie chciał.
Jego
moc, jego sprawa, nikt nie będzie nim rządził – tak zakładał.
Dobrze, że nie zdradził
się jako dziecko. Już w wieku sześciu lat miał trochę oleju w głowie.
Opanowanie, podobnie jak
ukrywanie, tej zdolności nie należało do łatwych. Na początku radził sobie z
trudem, lecz z czasem przyzwyczaił się i opanował moc do perfekcji –dużo
ćwiczył w samotności. Im więcej przemian, tym mniej bolało i szybciej to
trwało. Minusem był jednak fakt, że nie potrafił przekształcać ani modyfikować
ubrań, przez co musiał odpowiednio je dostosowywać i w jakiś sposób pozyskiwać.
Stąd wykradał stroje służby albo mundury strażników.
Przekształcenie się w
odpowiednią osobę nie zajęło mu długo. Blond włosy stały się granatowe, rysy
twarzy ostrzejsze, uszy mniej szpiczaste, a i przybyło mu nieco więcej masy
mięśniowej. Idealnie. Wybrał akurat wygląd gwardzisty, który wcześniej podążał
za nim, kiedy szedł do kuchni. Powinno się udać. Miał tylko nadzieję, że nie
natknie się na niego ani nikt nie będzie zadawał zbędnych pytań. Do tej pory
się udawało.
Jego komnata składała się
z dwóch pięter, z czego jedno przypominało bardziej antresolę i było o połowę
mniejsze niż pokój znajdujący się niżej – z łóżka miał idealny wgląd na nie.
Znajdowały się tam głownie półki z książkami oraz przyrządy astronomiczne, ot
nic szczególnego. Jednak nikt oprócz Luxa nie miał pojęcia o obluzowanej kracie
wentylacyjnej.
Lucien bezszelestnie
wspiął się po schodach i zdjął kratkę. Kanały wentylacyjne były na tyle duże,
by zmieścił się w nich człowiek. Nastolatek korzystał z tej możliwości ucieczki
dość rzadko – gdy wymagała tego sytuacja – ponieważ czołganie się przez kilka
metrów po metalowych ściankach nie należało do przyjemnych. Ale jak mus, to
mus.
W myślach zaklinał, by
zachowywać się jak najciszej. Nie mógł popełnić błędu.
Wślizgnął się do szybu i
powoli przemieszczał w stronę wyznaczonego celu. Znał mniej więcej plan sieci
wentylacyjnej, kiedyś znalazł w bibliotece mapę. Wiedział, w którą stronę się
czołgać. Co jakiś czas spoglądał przez kratki, oceniając i zapamiętując
rozmieszczenie strażników. Na szczęście wszyscy byli odrobinę śpiący i nie zauważyli
drobnego szelestu, który dochodził z rur.
Kilka minut później
Lucien dotarł na miejsce. Otworzył kratę i zeskoczył wprost do ciemnego
pomieszczenia. Był to jeden ze schowków. Delikatnie nacisnął klamkę. Upewniwszy
się raz jeszcze, czy aby na pewno nikogo nie ma w pobliżu, wyszedł. Skierował
się w stronę jednego z bocznych wyjść z pałacu.
Mimo wszystko denerwował
się. Obawiał się, że przewieszona przez ramię torba mogła wydawać się nieco
podejrzanie, ale musiał ją zabrać. Jeśli dobrze pamiętał, niedługo miała
nastąpić zmiana gwardzistów, dlatego – całe szczęście – można było uznać, że
kończy wartę i wraca do domu, zabierając swoje rzeczy.
Większość straży
wyglądała na zmęczoną. Nic nie podejrzewali. Na razie.
Zanim się spostrzegł,
opuszczał już budynek. Zaleta długich nóg. Z uwagi na późną porę, rezydencja
nie tętniła życiem – większość mieszkańców zapewne spała, tak więc nie wpadł na
nikogo znajomego.
Szedł wzdłuż kamiennej
ścieżki w stronę bocznej bramy. Teren pałacu otaczały mury i tylko w niektórych
miejscach usytuowane były przejścia – dodatkowe zabezpieczenie.
„Zaraz będzie po
wszystkim”. – Dudniło mu w uszach. Mimo to zachował kamienną twarz.
Przy wyjściu znajdowało
się sporo strażników, choć korzystała z niego głównie służba. Mieli przy sobie
broń. Wzmocnione środki bezpieczeństwa. Nikt nieproszony nie mógł się
przedostać, a przynajmniej nie powinien.
Luc podszedł bliżej i skinął
im na powitanie. Przyjrzeli mu się dokładnie i po chwili, bez wahania wypuścili
go. Z trudem nie uśmiechnął się zwycięsko. Jednak był dobrym aktorem.
„Głupcy. Gdyby tylko
wiedzieli…”.
Przeszedł kilkaset metrów
aż w końcu przystanął, by odetchnąć z ulgą. Wolność. Ale nie mógł tak po prostu
odejść, wciąż miał zadanie do wykonania. Niestety.
Pałac mieścił się na
obrzeżach Montanagne, dlatego czekała go jeszcze długa droga. Nie narzekał. Podwinął
rękawy i skierował się w stronę miasta. Czas go naglił, a interesy same się nie
załatwią. Dopiero kiedy wszystko wreszcie dobiegnie końca, pozwoli sobie na
odpoczynek.
Widział już światła
stolicy.
♦♦♦
Pierwsza
ucieczka z pałacu wyzwoliła w nim tak silną adrenalinę, że z czasem uzależnił
się od niej i wciąż pragnął tylko więcej. Ten przyjemny dreszczyk emocji
idealnie współgrał ze smakiem wolności. Wtedy mógł być po prostu sobą – nie
udawać nikogo. Nie był jedynie księciem o wiecznym grymasie na twarzy, pod tą
świetnie noszoną maską skrywał się żądny przygód chłopak o wachlarzu uczuć.
Zazwyczaj
przemieniał się w kobiety. Dlaczego? Z wielu prostych względów. Zanim nastąpił
zamach, pałac strzegła mniejsza ilość gwardzistów, więc mógł spokojnie go
opuszczać jako zwykła służąca. Rzadko przybierał postać strażnika, tylko wtedy,
gdy sytuacja była naprawdę poważna i nie miał innej możliwości. Poza tym po
zmianie płci mógł swobodnie flirtować z mężczyznami, którzy z chęcią
odpowiadali na jego zaloty. Lubił bawić się uczuciami, próbować nowych rzeczy,
a przynajmniej kiedyś.
Skąpane
w mroku przedmieścia, potrafiły przyprawić niektórych o gęsią skórkę. Biedne
dzielnice stolicy oświetlały jedynie nieliczne latarnie, których świece, o tak
późnej porze, już przygasały. Ulice były puste, choć zapewne w ciemnych
uliczkach czaili się podejrzani ludzie.
Stukot butów o kamienną
drogę roznosił się echem. Lucien nie bał się, nikt przecież nie odważyłby się
zaatakować gwardzisty. Chyba.
Czasami żałował, że jako
dziecko nie przywiązywał zbytniej wagi do ćwiczeń, chociażby tych z samoobrony.
Zwyczajnie go to nie kręciło, w przeciwieństwie do Quentina, który w wolnych
chwilach podnosił ciężary oraz trenował szermierkę i wspinaczkę górską. Owszem,
Luc był nieco chudy, jednak nie oznaczało to wcale, że pod sporą warstwą ubrań
nie rysowały się delikatnie mięśnie.
Chłodny wiatr zawiał mu
prosto w twarz. Odgarnął niesforne kosmyki. Powoli zbliżał się do celu. Skręcił
w pusty zaułek. Nadeszła pora, by przekształcić się w kolejną osobę. Każda
komórka jego ciała ponownie zadrgała.
Tym razem zdecydował się
przyjąć postać mężczyzny w średnim wieku, o włosach rzednących na skroniach.
Zdjął mundur. Wyciągnął z torby ubranie, które wcześniej wykradł i założył je.
Był gotowy. Pewnym krokiem wkroczył na właściwą drogę, jak gdyby nigdy nic.
Szedł dalej przed siebie.
W końcu zaczęli pojawiać się ludzie. Pochodnie płonęły siarczystym ogniem, z
otwartych karczm dobiegały hałasy. Miejskie życie tętniło przy głównych
ulicach, nawet po północy. To właśnie lubił – tańce i rozmowy do białego rana.
Szkoda tylko, że nie miał na to czasu.
Przekroczył próg jednego
z barów, nad którego wejściem widniała drewniana tabliczka z napisem „Topaz”. Od
razu otoczyło go ciepłe powietrze. Lokal był dość przestronny, znajdowało się w
nim niewiele ludzi, z których większość zdążyła się już upić. Jak na bar,
panowała dostateczna cisza, jedynie po prawej, przy jednym ze stolików bliżej
półki z trunkami, kłócili się i żywiołowo gestykulowali trzej mężczyźni.
Wszyscy pijani.
– Mówię wam, decyzje tego
księciulka i całej tej obrzydliwie bogatej bandy wplączą nas w jedno wielkie
gówno. Jeśli to ma być nasz przyszły król, to ja z góry przenoszę się chociażby
do Treflu – narzekał czerwonoskóry osiłek, omal nie rozlewając piwa. Jego
kompani przytaknęli.
Lucien nie mógł się nie
uśmiechnąć. Cieszył się, że nie tylko jemu nie podobały się obecne działania
Quentina i Lennoxa. Poza tym, odczuwał jakąś dziwną satysfakcję.
– I co, może uważasz
jeszcze, że ten drugi bachor byłby lepszym królem?! Luis… Laurin, czy jak mu
tam było? A nie ważne zresztą! Jeden gorszy od drugiego. – Drugi mężczyzna
rzucił kuflem o stół.
– Dokładnie, oni wszyscy
są sobie warci, jego mać. Tylko szkoda, że my na tym cierpimy. Kurwa, dlaczego
nasi władcy muszą być tacy chujowi…
Coś w
Lucienie pękło. Miał ochotę podejść do gorączkującego się towarzystwa i odgryźć
się w ten swój bezczelny sposób, ale powstrzymał się, gdy tylko zobaczył, jak
mocno podchmieleni słaniają się na nogach i padają półprzytomni.
„Zapomnij
o nich, to jedynie pijani głupcy. Masz ważniejsze sprawy na głowie” –
wytłumaczył sobie.
Chłopak zdecydował się
akurat na to miejsce, nie ze względu na lokalizację, i cóż, w miarę dogodną ciszę. Prawdziwy powód leżał w
atmosferze i oświetleniu. Nikła ilość świec ograniczała słabą widoczność – w
sam raz, by przeprowadzać tajne spotkania.
Nastolatek rozejrzał się
wokół i po chwili go dostrzegł – samotną zakapturzoną postać. Siedział tam
gdzie zawsze, przy najdalszym stoliku, gdzie było najciemniej. Lux ruszył w
jego stronę, po czym przysiadł się do niego. Starał zachowywać się naturalnie,
aby nie wzbudzać nawet najmniejszych podejrzeń.
– Nie sądziłem, że moim
klientem będzie mężczyzna – odezwał się szorstko tajemniczy jegomość, poprawiając
kaptur spod którego wystawały kozie rogi. – Spodziewałem się kobiety. – Patrzył
na Luciena podejrzliwie.
– A ja nie sądziłem, że
będzie pan zwracał uwagę na płeć – odparł spokojnie Luc. Nie dał się wytrącić z
równowagi.
Zazwyczaj kontaktował się
z kupcem lub jego powiernikami, przybierając inną płeć. Dziś zdecydował się dla
odmiany pozostać mężczyzną. Nie przypuszczał, że handlarz tak zareaguje. Mimo
chwilowego zbicia z tropu, domyślił się powodu jego oburzenia – według niego
mężczyznę trudniej oszukać. Och, jak bardzo się mylił. Nastolatek nigdy
wcześniej nie dał się naciągnąć, zwłaszcza jako kobieta.
– Cóż, nie będę jednak
narzekał. Klient to klient. – Splótł palce obu dłoni, opierając się łokciami o
stolik. – Może przejdźmy zatem do interesów… Zanim jednak przedstawię panu moją
ofertę, chciałbym najpierw zobaczyć zapłatę.
Lucien doskonale
wiedział, co miał na myśli. Nie po raz pierwszy robił z nim interesy. Mocniej
ścisnął torbę.
– Obawiam się, że to
niemożliwe. Wpierw chciałbym ocenić mój nabytek. Nie zamierzam kupować kota w
worku. – Na całe szczęście, jego umiejętność pozwalała mu na zmianę głosu,
dzięki temu brzmiał poważniej i doroślej.
Kupiec przyglądał mu się
zacieńcie, jakby doszukiwał się w nim czegoś. Chciał, aby Lux uległ, ten jednak
znał jego metody. Wiedział, czego potrafi się dopuścić, by dopiąć swego.
Również wbił w niego ostre spojrzenie. Wykonał ruch, jakby zamierzał wstać od
stołu i wyjść.
Handlarz w końcu prychnął
i odwrócił wzrok. W jego interesie nie leżało stracenie potencjalnego klienta.
– Dobrze. Choć nie
wygląda pan na majętnego, zaufam panu, bo to, co pan za chwilę ujrzy, musi
pozostać tajemnicą, podobnie jak całe nasze dzisiejsze spotkanie.
Sięgnął do swojego
płaszcza, spod którego wyjął starą, skórzaną walizkę. Jego ruchy były ostrożne,
tak jakby bał się, że ktoś coś zobaczy. Na szczęście klienci baru nie zwracali
na nich uwagi, zbyt zajęci wlewaniem w siebie alkoholu. Na korzyść wpływała
także lokalizacja ich stolika i brak przy nim świec.
Mężczyzna otworzył zamek
i przedstawił Lucienowi zawartość. Nastolatek wstrzymał oddech. Jego oczom
ukazała się stara książka ze zniszczoną okładką. Pomimo jej stanu i
półciemności wciąż był w stanie dostrzec srebrny napis: „O narodzie dawnej
Talii”. Zagryzł wargę.
– Prawdziwa?
– Ależ naturalnie –
zapewnił kupiec. – Najprawdziwsza, sprzed czterystu lat. Zawiera informacje nie
tylko o społeczeństwie nowo narodzonych królestw, ale także dawnej Talii. Na
czarnym rynku istnieją jedynie dwa takie egzemplarze.
Lux zamyślił się na moment.
Dokładnie przyglądał się książce, jeśli była prawdziwa, musiał ją mieć, żeby
poznać prawdę. Prawdę, która została zatajona wieki temu i której tak bardzo
poszukiwała Szara Rebelia.
Od dwóch lat zbierał
wiadomości na temat królestwa, które w wyniku rozpadu podzieliło się na cztery
inne, w tym właśnie Karo. Niestety informacje o Talii zostały kompletnie utajnione
przed społeczeństwem – nawet rodziny królewskie nie znały całej prawdy – i
zastąpione inną bajeczką, która w ogóle nie przekonywała Luciena. Zawierała
zbyt wiele luk, lecz mimo to większość wydawała się w nią wierzyć. Prawie
wszystkie książki oraz inne dowody, związane z prawdziwą historią upadłego
królestwa, zostały zniszczone. Te, które przetrwały dostępne były jedynie na
czarnym rynku, z uwagi na panujący zakaz rozpowszechniania ich. Choć Luc nabył
już wiele takich woluminów, nadal nie odnalazł konkretnych informacji, które
wstrząsnęłyby światem.
Nie miał także podstaw,
by nie wierzyć handlarzowi na słowo, co do autentyczności przedmiotu. Przeprowadził
z nim wiele interesów i zawsze książki okazywały się być autentykami, a nie
pisanymi przez oszustów w dzisiejszych czasach podróbkami. Znał się na tym,
potrafił rozpoznać je po jakości i tworzywie. Po raz kolejny postanowił mu
zaufać.
Jednak wciąż trapił go
jeden mankament.
– Czy coś nie tak? – Antiquaire,
bo pod takim pseudonimem występował kupiec w świecie przestępczym, zauważył
jego grymas.
– Wspomniał pan, że
książka liczy ponad czterysta lat. Jak wiemy, rozpad Talii miał miejsce ponad
pięćset lat temu, zatem zawarta w niej historia, może różnić się od
rzeczywistej, z uwagi na ramy czasowe. Interesowałby mnie nieco starszy
nabytek.
Handlarz zmarszczył brwi.
– Na tę chwilę, nie
dysponuję tak starymi artefaktami – zawahał się. Myślał nad czymś.
Książę wyjął z torby
diament i ukradkiem rzucił go mężczyźnie. Domyślił się, że bez zapłaty nie
będzie gadał, a definitywnie coś wiedział. Do zalet mężczyzny należał fakt, że
nie wypytywał swoich klientów o szczegóły nabywania takich, a nie innych
przedmiotów i co z nimi później robili.
– To zmienia postać
rzeczy – mruknął do siebie Antiquaire, po czym odchrząknął. – Dokładnie za
miesiąc w Kaskad odbędzie się wyjątkowa aukcja, na której ma zostać sprzedana
księga opisująca dokładnie historię Talii, zanim jeszcze doszło do rozpadu,
zarówno jak i cały przebieg upadku królestwa. Zdaję mi się, że liczy ona ponad
pięćset lat.
Luc wytrzeszczył oczy. To
mogła być jego życiowa okazja.
– Coś jeszcze? –
dopytywał, musiał mieć tę księgę.
Kupiec wskazał na jego
torbę. Zrozumiał przekaz i dał mężczyźnie kolejny klejnot. Mimowolnie wywrócił
oczyma.
– Oczywiście. Przybędą
tam handlarze z całego kontynentu, dlatego spodziewałbym się wszystkiego. Najbardziej
interesuje mnie jednak kopia aktu w sprawie śmierci poprzedniego króla i królowej.
Ich wypadek wydaje się zagadkowy.
Serce Luciena stanęło na
moment. Kiedy statek jego rodziców zatonął, miał ledwie szesnaście lat. Nadal
nie wierzył, że to wszystko wydarzyło się rok temu. Przecież płynęli tylko do
Kier z wizytą państwową, mieli wrócić. Zdarzenie uznano oczywiście za wypadek,
z podejrzeniem zamachu, pomimo to odrzucono tę opcję, nie chcąc wszczynać wojny
z Treflem. Podejrzane jednak było, że ani Quentin, ani naczelnik nie dopuścili
Luxa do oficjalnych akt sprawy. Dlaczego? Nie przyjmował tłumaczeń o tym, że
był za młody i zbyt załamany.
Przełknął ślinę.
Zdecydowanie musiał dostać się do Kaskad. Ta aukcja mogła być jego życiową
szansą. Pytanie tylko: jak miał tam dotrzeć, skoro obowiązywał go szlaban?
Podróż do dawnej stolicy nie zapowiadała się na jednonocną wyprawę, ktoś na
pewno zauważyłby jego zniknięcie, a wtedy byłoby dużo gorzej. Zapewne ochrona
warowałaby tuż przy jego łóżku.
Odsunął te myśli na bok.
Rzucił Antiquaire’owi sakiewkę pełną diamentów i zabrał walizkę. Choć
poszukiwał czegoś znacznie starszego, i tak książka mogła okazać się cennym
źródłem informacji.
Ruszył w stronę wyjścia. Tak
właśnie powinno się załatwiać interesy – sprawnie i oschle. Zostawił barmanowi
na stole trzydzieści monet i zabrał po drodze stojącą nieopodal butelkę wina.
Nie zaszczycił kupca spojrzeniem czy pożegnaniem. Wyszedł spokojnie, jakby
wcale nie uczestniczył w nielegalnej transakcji.
Zaciągnął się chłodnym
powietrzem. Pora wracać.
Trzymające go na nogach
emocje powoli słabły, więc coraz bardziej odczuwał senność i zmęczenie. O tyle
dobrze, że przed wyjściem zjadł sporą część tortu i nie dokuczał mu głód.
Marzył o położeniu się w wygodnym łożu.
Szedł wzdłuż wybrukowanej
drogi, po czym skręcił w boczną uliczkę, żeby znów przemienić się w gwardzistę.
Jego myśli o ciepłej kołdrze, czekającej na niego w pałacu, pochłonęły go do
tego stopnia, że nie zauważył znajdujących się w ślepym zaułku mężczyzn. Gdy
się zorientował, było już za późno. Wszedł prosto na nich.
– No proszę, proszę. Kogo
my tu mamy? – Jeden ze zbirów strzelił palcami. Patrzył na niego jak na ofiarę.
Lux zamarł. Cofnął jedną
nogę, kiedy drugi oprych złapał go za koszulę i przyciągnął bliżej siebie.
– O, a co ty tu masz? –
Wyciągnął rękę po walizkę.
Książę, zrozumiał kim są.
Złodzieje.
Przerażony zamachnął się
i uderzył mężczyznę przedmiotem, po który ten sięgał, prosto w kroczę. Kiedy
tamten zwinął się z bólu, Lucien odskoczył. Pozostałych dwóch napastników,
szykowało się do ataku.
Oprócz ucieczki, do głowy
przyszedł mu lepszy pomysł. Odłożył walizkę, wraz z torbą na bok.
Noszone przez niego
ubrania najpierw się napięły, aż w końcu rozdarły. Nagle stał się o pół metra
wyższy. Zdezorientowani mężczyźni popatrzyli na niego z przerażeniem. Niestety
po chwili otrząsnęli się i rzucili na niego.
Pomimo ogromnego
zwiększenia masy mięśniowej, złodzieje wciąż mieli z nim szansę. Nietrenowane,
nie gwarantowały mu siły. Luc nigdy nie był dobry w walce. Mimo to postanowił
się z nimi zmierzyć. Próbował przypomnieć sobie ruchy brata. Należał do dobrych
obserwatorów.
Co robiłby Quentin?
Zablokowałby pierwszy cios.
Chudy przestępca
wycelował w niego prawą pięścią. Przykucnął delikatnie i przechylił w lewo.
Złapał nadgarstek mężczyzny i zanim ten zdążył zareagować drugą ręką, książę
przyłożył mu prosto w brzuch. Napastnik osunął się na dół, najwyraźniej go to
zabolało.
Lux nie miał jednak
czasu, by się tym nacieszyć, bo drugi złodziej zaszedł go od tyłu. Okręcił
nastolatka i podbił oko.
Pomimo siarczystego bólu,
Lucien nie poddał się i wyprowadził kolejne dwa ciosy, niecelne. Barczysty
przeciwnik wykonał zamach nogą, ale w ostatniej chwili chwycił jego stopę, co,
cholera, zabolało, i popchnął do tyłu. Stojący na jednej nodze zbir stracił
równowagę. Szkoda, że nie miał wystarczającej siły, by mu ją wykręcić. Korzystając
z ponad dwumetrowego wzrostu książę chwycił drugiego napastnika, który dopiero
co podniósł się i rzucił nim wprost na jego leżącego kolegę, kiedy ten chciał
mu przyłożyć.
Nastolatek odetchnął z ulgą.
Dyszał ciężko.
Poczuł szarpnięcie na
plecach. Trzeci mężczyzna prędko doszedł do siebie po uderzeniu w krocze i
zaatakował. Z trójki złodziei to on był najlepiej zbudowany i prawie dorównywał
Lucienowi wzrostem.
Twarz Luxa spotkała się z
jego pięścią. Poczuł z rany na wardze tryska krew. Jakimś cudem utrzymał się na
nogach. Otarł czerwoną posokę. Bolał go nos. Nie wygra z nim. Potrzebował
innego sposobu.
„Myśl, Lucien. Myśl!” –
Zachwiał się.
Przeciwnik ruszył ku
niemu ponownie. Książę kucnął, chcąc go zablokować, ale tamten z łatwością
przewidział jego ruch i wyprowadził cios.
Wtedy Lucien przypomniał
sobie, bo był jeszcze w stanie jakoś myśleć, czego uczył go Quentin.
Po kolejnym uderzeniu
ledwo zachował równowagę. Nie poddał się. Wykorzystał chwilową nieuwagę zbyt
pewnego siebie oponenta i przyłożył mu z resztki ostałych w nim sił w serce –
rzekomo słabego punktu człowieka. Mężczyzna chwycił się za klatkę piersiową.
Zauważając okazję do ucieczki, Luc pochwycił swoje rzeczy i rzucił się biegiem do
wyjścia z uliczki.
Co on sobie wyobrażał,
stając z nimi do walki.
Udało mu się.
Biegł dalej zmierzając w
stronę pałacu. Nie obracał się za siebie, nie słyszał za sobą żadnych kroków.
W końcu nie wytrzymał i
opadł z sił w jednej z alejek. Wylądował wprost na trawie. Oparł się o konar
drzewa. Ledwo opanował swój oddech i powrócił do swojej naturalnej postaci.
„Chyba zacznę ćwiczyć”.
Jednak to nie brak
kondycji martwił go w tej chwili najbardziej. Nie miał przy sobie lusterka, ale
był przekonany, że jego twarz nie prezentowała się najlepiej. Owszem, jego
zdolność pozwalała mu na modyfikację głosu i wyglądu, lecz nie sprawiała, że
rany magicznie znikały. Niezależnie od przemiany, zadane obrażenia pozostawały
na ciele. Z jego nosa wciąż kapała krew, a prawy policzek puchł. Jak on to
wytłumaczy? Przecież to nie zagoi się od razu.
Będzie musiał użyć dużo
pudru.
Sapnął ciężko i podniósł
się z ziemi. Niedługo zacznie świtać. Musiał się pospieszyć.
Ponowne użycie mocy
wyciągnęło z niego ostatki energii. Ledwo założył na siebie mundur. Kiedy
dopinał guziki, ręce mu się trzęsły. Mimo to próbował nie dać niczego po sobie
znać. Wyprostował się.
Wyjął książkę i ostrożnie
schował ją do torby tak, aby nic nie uszkodzić. Było by to podejrzane, gdyby
wniósł na teren pałacu podejrzanie wyglądający bagaż, dlatego wyrzucił walizkę
w krzaki.
Droga powrotna przebiegła
sprawnie. Nikt go nie zaczepił. Straże przy bramie przepuścili go bez problemu,
nie zadając zbędnych pytań. Widocznie gwardzista, za którego się podawał, nie
posiadał zbyt wielu przyjaciół albo nie był skory do rozmowy. Tym lepiej dla
niego, zwłaszcza w jego obecnym stanie. Kilka miesięcy temu musiał
przeprowadzić prawie godzinną rozmowę ze strażnikami, żeby ci niczego się nie
domyślili. Nie wspominając już o zaczepkach i gwizdach, kiedy wymykał się pod
postacią służącej. Teraz nie dałby rady wszystkiego ukryć.
Gdy nareszcie Lucien dotarł
do swojej komnaty, wrzucił torbę pod łóżko, rozebrał się i opadł na miękkie
poduszki. Wtulił się w nie, jakby znowu był małym chłopcem. Najchętniej
odrzuciłby tę noc w niepamięć, ale to właśnie przeszłość czyniła go
silniejszym.
Nie przejmował się, w
jakim stanie pokaże się rankiem i jaką wymówkę wymyśli. Liczył się dla niego
sen, tylko tego w tej chwili pragnął najbardziej. Kiedy się obudzi, być może
pozna kolejne tajemnice, które wywrócą dotychczasowy świat do góry nogami.
„Co jeśli poglądy Szarej
Rebelii są słuszne?” – Ta myśl trzymała go na duchu. Nienawidził tych barier,
dzielących cztery królestwa. Lecz czy istniał sposób na zburzenie murów
kilkusetletniej niechęci?
W Kaskad znajdowała się
nadzieja.
Przełknął ślinę, ale
napotkał się z trudnością. W jego gardle pojawiła się jakby gula. Gwałtownie
wciągnął powietrze. Wbił paznokcie w pościel.
„Tylko nie to. Nie, nie,
nie…” – spanikował. Wiedział, co to oznacza.
Poderwał się i rzucił w
stronę stolika, gdzie stał dzbanek z wodą. Upił łyk, odczekał na dobry moment i
wtedy dopiero przełknął całość. Czuł, że jego mięśnie zaczynają niekontrolowanie
drgać.
Nie potrafił tego
wytłumaczyć, takie ataki pojawiały się niespodziewanie, zazwyczaj kiedy się
tego nie spodziewał. Napady duszności i drgawki nie zdarzały się nękać go
bezpośrednio w sytuacjach stresowych, a dużo później po nich. Były takie
momenty, że nawet nie wiedział, że czymś się denerwował, okazywało się to
dopiero po pewnym czasie w postaci trudności z przełykaniem. Próby uspokojenia
się zwykle nie przynosiły skutku, w jego głowie krążyło tysiąc myśli, które
wcale nie pomagały. Jedynym sposobem było przeczekanie tego, najlepiej w
osamotnionym miejscu i błaganie o szybkie zakończenie. Czasami trwało to pięć
minut, a czasami ponad godzinę.
Tak jak zawsze, Lucien
skupił się na prawidłowym połykaniu śliny, od czasu do czasu wspomagając się
łykiem wody. Prawda jest taka, że mimo wielu ataków, nadal nie potrafił się do
tego przyzwyczaić. To było jak powolna śmierć w męczarniach. I ta świadomość,
że naprawdę może w ten sposób umrzeć. Zakrztusić się. Przestać oddychać. Chciało
mu się wymiotować.
Cały się trząsł, ledwo
trzymał w dłoni szklankę. Czuł już ten ból mięśni, który nastąpi zaraz po tym.
Zdarzało się, że potrafił przeleżeć w łóżku pół dnia przez wcześniejsze
niekontrolowane ruchy ciała.
Przed oczyma pojawił mu
się obraz osoby, dla której to wszystko robił. Łza spłynęła mu po policzku.
Musiał przetrwać.
Położył się do łóżka i
zacisnął pięści na poduszce. Przymknął oczy, próbując przypomnieć sobie
wszystkie szczęśliwe chwile. Nie działało. Skulił się.
„Uspokój się… Wszystko
będzie dobrze” – powtarzał sobie. – „Jeszcze tylko trochę. To minie”.
Oddychał głęboko. Zaczął
skubać paznokcie. Otaczała go kompletna ciemność, zastanawiał się czy nie
zapalić świecy, ale nie chciał hałasować i ściągać nikogo niepotrzebnie do
swojej komnaty.
Poradzi sobie.
Z czasem coraz łatwiej
przełykał ślinę i panował nad kończynami. Nie wstawał, nadal leżał skulony,
tuląc do siebie poduszkę.
Nie zauważył, kiedy atak
ustąpił. O wschodzie słońca udało mu się zasnąć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz