Król Diamentów – Rozdział III

sobota, 17 listopada 2018

Gdy tylko nadarzyła się okazja, schował się w najbliższym schowku. Zwinnym ruchem zniknął w jednym z korytarzy i zamknął za sobą drzwi. Każdy jego ruch był bezszelestny. Nie robił tego po raz pierwszy.
Z dumą obserwował przez dziurkę od klucza, jak strażnicy wymieniają zaskoczone spojrzenia i wracają do dalszych poszukiwań. Nastolatek uśmiechnął się pod nosem.
„Nareszcie” – odetchnął z ulgą, a jego spięte mięśnie rozluźniły się.
Lucien oparł się o drzwi i powoli zsunął na podłogę. Cały dzień na to czekał. Miał już serdecznie dość stałego towarzystwa gwardzistów. Podążali za nim od wczoraj, krok w krok. Ciągle odczuwał na sobie ich wzrok. Nawet, kiedy był sam we własnej komnacie, wiedział o ich obecności za drzwiami. Irytowało go to. Na szczęście wymykanie się wychodziło mu znakomicie, mimo że przechytrzenie straży nie należało do łatwych zadań.
A wszystko przez jakąś karę.
„Jeszcze czego. Nie zamierzam zgnić w tym pałacu”.
Chociaż po części miał świadomość, że zakaz opuszczania rezydencji to nie tylko szlaban, ale także środek bezpieczeństwa, nadal był zły na brata, iż ten nie bronił go ani nie postawił się dostatecznie naczelnikowi i radzie. W przeciwieństwie do niego, nie zamierzał żyć jak marionetka, kochał wolność. Wyprawy w okolice Kaskad były dla niego odskocznią od stresującej rzeczywistości, tylko tam czuł się prawdziwym sobą.
Mimo wszystko nadal dręczył go strach. Zamach wstrząsnął nim na tyle, aby zaczął się zastanawiać nad bezpieczeństwem jego eskapad. Obawiał się o swoje życie. Coraz częściej z trudem łapał powietrze i przełykał ślinę, gdy o tym myślał. Jednak nie mógł przestać, wciąż nie odkrył jeszcze tak wielu tajemnic.
Dziś musiał opuścić pałac. Koniecznie.
„Nie dam się stłamsić. Poznam prawdę”. – Zacisnął pięści. – „Pamiętaj, robisz to dla siebie” – powtarzał sobie w myślach, za każdym razem, kiedy wątpił. – „Dla nie– Dla nich!” – poprawił się.
Towarzystwo szczotek i mioteł szybko go znudziło, zatem delikatnie uchylił drzwi. Rozejrzał się najpierw w lewo, potem w prawo. Nie zauważył nikogo na korytarzu. Teren był czysty. Zadowolony odetchnął z ulgą.
Już miał wychodzić, gdy nagle jego uszom dobiegła czyjaś cicha rozmowa. Ktoś zmierzał w jego kierunku. Z sekundy na sekundę głosy robiły się coraz donośniejsze. Zbliżali się. Lucien wstrzymał oddech i ponownie skrył się w schowku. Na moment spanikował, ale w ostatnim momencie odzyskał trzeźwy umysł. Przez drobny otwór zauważył dwie sylwetki, które zatrzymały się tuż obok jego kryjówki. Nie widział ich twarzy.
„Cholera” – zaklął. Przygryzł wargę. Zaczął nadsłuchiwać.
– …No cóż, nie jestem w stu procentach, co do tego pomysłu przekonany, aczkolwiek to twoja decyzja, Wasza Wysokość – rzekł jeden z mężczyzn, a Luc po głosie rozpoznał w nim naczelnika Lennoxa. – Zgadzam się z generałem, iż powinieneś odpocząć, chociażby przez jeden dzień. Nie zamierzam zakazywać Wam wyjazdu w góry. Wiedz jednak, że moje zmartwienia wynikają z troski o Wasze bezpieczeństwo.
Drugi rozmówca odchrząknął.
– Doskonale rozumiem Pańską troskę – przyznał Quentin, ku zaskoczeniu nastolatka. – Ale zapewniam, że zabierzemy ze sobą najlepszych strażników.
D’Avor przytaknął.
„A więc to tak?” – syknął Lucien. Omal nie strącił jednej z mioteł. – „Mi zakazuje nawet wizyty w mieście, a sam udaje się wspinać w góry?!”.
Złość ponownie wstąpiła w blondyna. Miał ochotę wyjść z ukrycia i powiedzieć bratu prosto w twarz, co o nim sądzi. Powstrzymał się, na szczęście, chęcią poznania kilku dalszych ciekawych faktów. Podsłuchiwał dalej, choć aż go mdliło.
– Z całym szacunkiem, Panie Lennoxie, jeśli to nie problem, chciałbym udać się uroczyście złożyć kwiaty za ofiary przy pomniku na Placu Monet.
Lennox umilkł na chwilę, zamyślił się.
Nastolatek zmarszczył brwi.
„Nie zgodzi się” – prychnął.
– Naturalnie, Wasza Wysokość. Zawiadomię straże i każę przygotować najpiękniejszą wiązankę służbie – odparł przyjaźnie naczelnik. Podali sobie dłonie.
Lucien wytrzeszczył oczy.
Dalej sytuacja potoczyła się niezwykle szybko. Nastolatek przestał na moment kontaktować. D’Avor pośpiesznie pożegnał się z Quentinem, skłaniając się, po czym obaj rozeszli się w inne strony.
Luc wypuścił powietrze ze świstem. Nie tego się spodziewał. Ostatnimi czasy zachowanie naczelnika budziło w nim sprzeczne emocje. Jego rozmowy z Q wydawały mu się podejrzane. Miał wrażenie, że mężczyzna coś ukrywa. Pytanie tylko, co? Odkąd jego starszy brat zgodził się na małżeństwo z Królową Kier, Lennox pozwalał mu na coraz więcej i do tego popierał prawie każde jego słowo.
Chłopak zamyślił się.
Nie od razu opuścił schowek, odczekał w nim dobre kilka minut. Musiał koniecznie dowiedzieć się prawdy. Tak. Obmyślił doskonały plan. Postanowił, dzisiejszej nocy zrobi to. Skoro Quentinowi wolno, to czemu i on nie mógłby?
♦♦♦
Lucien spojrzał na kieszonkowy zegarek. Wskazywał szesnastą, co oznaczało, że jeszcze nie pora kolacji. Nastolatek odruchowo chwycił się za brzuch. Powoli zaczynał żałować odmówienia wspólnego obiadu z bratem. Głodował, nie jadł nic oprócz śniadania, na własne życzenie zresztą. Przeklinał siebie z przeszłości.
Korytarze pałacu były w miarę puste, jednak stale czuł na sobie czyiś wzrok. Choć wcześniej udało mu się zgubić kilkoro gwardzistów, podążali za nim kolejni. No cóż, przynajmniej przez chwilę miał spokój. Jako że naczelnik wzmocnił ochronę budynku, trudno nie opędzić się od strażników.
Leniwym, ospałym krokiem kierował się w stronę kuchni, które mieściły się w północnym skrzydle. Kucharki od dziecka lubiły go dokarmiać, lecz nie był to jedyny powód, dla którego tam zmierzał.
Na samą myśl o swoim genialnym planie, uśmiechnął się przebiegle. Schował zegarek, z ręcznie grawerowanym symbolem koniczyny, do kieszeni marynarki.
Tuż przed drzwiami zatrzymał się i odwrócił w stronę idącego za nim gwardzisty.
– Jeśli pozwolisz, udam się teraz odebrać posiłek – rzekł wyniosłym głosem. – Nie ma potrzeby, byś dłużej mi towarzyszył. – Machnął ręką, odganiając go.
Strażnik speszył się nieco, jednak po chwili gwałtownie wyprostował. Lucienowi nie umknął fakt, iż pod hełmem kryła się naprawdę przystojna twarz.
– Oczywiście, Wasza Książęca Mość. – Mężczyzna ukłonił się.
Nastolatek poczuł nagły przypływ dumy. Gwardzista schlebiał mu, rzadko ktoś zwracał się do niego poprzez tytuł, zazwyczaj nazywano tak Quentina. Kąciki jego ust drgnęły. Wciąż miał jeszcze jakiś autorytet.
Strażnik wycofał się, a Lucien wszedł do kuchni. Od razu powitał go smakowity zapach, na który dość żywiołowo zareagował jego żołądek. Gorąca para buchnęła mu w twarz.
– O, a kogo to moje piękne oczy widzą?! Książę! – Nim się obejrzał silne ramiona chwyciły księcia i przytuliły go do siebie. – Dawno tu nie zaglądałeś. Chyba nawet ci się trochę urosło.
Leonia przypominała blondynowi babcię, która umarła, gdy był jeszcze dzieckiem. Pulchna kobieta o szczerozłotym uśmiechu pracowała w kuchni, odkąd wybudowano pałac. Zawsze lubiła rozpieszczać Luxa i nigdy nie ganiła go, kiedy dawniej zakradał się do spiżarni wykraść słodycze, których mu zabraniano.
– Ciebie również miło widzieć, Leonio. – Chłopak odsunął się. Nie przepadał za czułymi uściskami. Reszta służby starała się nie zwracać na nich uwagi, nerwowo wykonywali swoje czynności, obawiając się uwag ze strony księcia.
– Ah, mógłbyś częściej odwiedzać taką starą, niedołężną staruszkę jak ja – narzekała, ciągnąc Luciena po kuchni.
– Z tego co widzę, całkiem nieźle się trzymasz… mimo tych zmarszczek i siwych włosów.
Kucharka prychnęła. Weszli do innego pomieszczenia.
– No, no. Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele, Książę. Ja już dobrze wiem, co cię tu sprowadza. – Zarzuciła ręcznik na ramię, stając przed spiżarnią. – Znowu nie jadłeś.
Lucien zaczerwienił się lekko, ale nie przyznał jej racji. Kątem oka spojrzał na drzwi prowadzące do pokoju służby. Były niemalże na wyciągnięcie ręki.
– Dziecko – westchnęła Leonia. – Co my z tobą mamy… – Otworzyła drzwiczki olbrzymiej szafy i zaczęła w niej szperać. Po chwili postawiła na blacie czekoladowy tort, z dużą ilością kremu.
Nastolatek na sam widok oblizał wargi. Sięgnął palcem, by spróbować wypieku, jednak niska kobieta uprzedziła go, uderzając w jego dłoń ręcznikiem.
– Auć!
– Ręce przy sobie, jeszcze nie gotowy – skarciła go.
Lucien naburmuszył się, choć nie potrafił długo gniewać się na kucharkę, która była mistrzynią w cukiernictwie. Zbyt wiele jej zawdzięczał, jako jedna z nielicznych rozumiała go i wspierała.
Czas uciekał. Młody książę zamyślił się na moment. Potrzebował dostać się do szatni służących. Tylko w jaki sposób?
– Nie sądzisz, że wygląda trochę biednie? Żadnych owoców, lukru… – Musnął krem czekoladowy, gdy Leonia nie patrzyła. Oblizał palce. Wyśmienity.
Kobieta szukała czegoś w szafkach.
– Pozostała mi jeszcze dekoracja – mruknęła. – Tylko, gdzie są… Wiem! – Lux uważnie obserwował jej poczynania. Poprawiła fartuch. – Za moment wracam i w końcu będziesz miał ten swój tort – powiedziała na jednym wdechu i wyszła.
Lucien uśmiechnął się triumfalnie. W pomieszczeniu nie było nikogo oprócz niego, wszyscy pracowali w głównej kuchni. Zwinnie chwycił za klamkę i wślizgnął się do pomieszczenia przeznaczonego dla służby. Zważywszy na godzinę, był pewien, że nikogo tam nie będzie. Mimo wszystko serce biło mu szybciej niż zazwyczaj. Krew buzowała w jego żyłach.
Cała akcja zajęła mu dosłownie chwilę. Doskonale wiedział, czego szukał, zresztą, robił to już wcześniej. Służący przychodząc do pracy, zostawiali swe ubrania w szatni i przebierali w robocze. Po to tu przeszedł. Nie zastanawiając się długo chwycił jeden męski komplet i wyszedł. Leonia mogła wrócić w każdej chwili, a on nie miał przygotowanej żadnej wymówki.
Nastolatek odetchnął z ulgą. Schował ubranie pod złotą marynarkę i zapiął ją. Część planu wykonał, chociaż najgorsze dopiero przed nim.
Kucharka powróciła nieco później, trzaskając drzwiami. Trzymała kosz borówek. Odłożyła je na blat. Odetchnęła z ulgą i zajęła się dekorowaniem.
– Jak już skończysz, każ któremuś kelnerowi, by zaniósł tort do mojej komnaty. – Lucien próbował się wycofać. Sądził, że Leonia nie zwróci na niego zbyt dużej uwagi. Zawsze, kiedy zajmowała się swoimi wypiekami, traciła kontakt z rzeczywistością.
– Już wychodzisz? – Zmarszczyła brwi, jakby coś podejrzewała.
Luc przygryzł wargę. Nie tego się spodziewał.
– Tak, książęce obowiązki, te sprawy. Za moment mam lekcje. – Na szybko wymyślił pretekst do wyjścia. Czuł się źle, okłamując ją.
Kobieta kiwnęła głową, a książę wewnętrznie odsapnął. Uwierzyła mu i nie drążyła dalej tematu. Ufała mu. Było mu z tym jeszcze podlej, ale miał ku temu powody. Czasami kłamstwo zaoszczędzało niepotrzebnych zmartwień, dlatego nie wahał się robić to za każdym razem, gdy wymagała tego sytuacja.
Skinieniem pożegnał się i wyszedł. Śmiało opuścił kuchnię, nie zaszczycając swym spojrzeniem żadnego ze służących. Zadowolony z siebie, zapomniał o dręczącym go głodzie. Później to sobie wynagrodzi.
Szedł szybko w stronę swojej komnaty. Miał wrażenie, że ponownie ktoś za nim podąża. Kolejny natarczywy strażnik. Nie przejął się tym zbytnio. Dostał to czego chciał, a przynajmniej część.
Lewą ręką trzymał się za brzuch, przytrzymując ukryte pod marynarką ubranie. Na samą myśl, że wcześniej miał je na sobie jakiś, pewnie spocony, mężczyzna, odrzucało go. Jednak czas naglił go do tego stopnia, że nie zdążyłby wyprać tych łachmanów. Postanowił się poświęcić.
Przyspieszył kroku. Zamaszyście skręcił, by zgubić idącego w tyle gwardzistę i wślizgnąć się do swojej komnaty. Grunt to dyskrecja. Chciał to już mieć za sobą.
Udało mu się. Znalazł się przy drzwiach.
Nacisnął klamkę i wtedy schowany materiał wypadł. Jego serce zatrzymało się na moment.
Chwycił panicznie spadające ubranie, tuż nim upadło, i wcisnął je pod marynarkę. Problem w tym, że nie był na korytarzu sam.
Cholera, dlaczego wcześniej nie zauważył?
Zza zakrętu wyłonił się Gustave. Widząc Luciena, zatrzymał się. Wydawał się być równie zaskoczony, co nastolatek.
„Widział coś?” – Blondyn Wyprostował się jak struna. Starał się zachowywać naturalnie, jednak w środku panikował. Nie mógł tak po prostu schować się w swoim pokoju. I tak już podejrzewano go o zbyt wiele.
Mężczyzna podszedł do niego. Poprawił okulary.
– Dzień dobry, Lucien. Czy wszystko w porządku? – Zauważył zdenerwowanie nastolatka, bo przyglądał mu się badawczo, kierując wzrok w stronę lewej ręki. Ręki, którą chłopak przyciskał do piersi, ukrywając skradzione ubranie.
Do Lux’a dotarło, że Gustave musiał dostrzec, że coś chowa. Zaklął.
– Oczywiście. Właśnie wracam z biblioteki – odparł bez cienia podenerwowania. Postanowił, że będzie grał. Wielu udało mu się nabrać na swoją grę aktorską.
Oparty o ścianę, skrzyżował ręce. Z całej siły ściskał materiał pod marynarką.
– Ostatnio dostałem zakaz dalszego czytania książek, które nie są podręcznikami. Wiesz, niektórzy twierdzą, że powinienem się bardziej skupić na nauce – zmyślał, mając nadzieję, że jest dość przekonujący. Wywrócił nawet teatralnie oczyma, by podkreślić swoją frustrację. – Ale znasz mnie, nie potrafię tak po prostu przestać. I właśnie dlatego zwinąłem kilka książek. – Wskazał na wybrzuszenie swoim ubraniem. – Nie powiesz nikomu, prawda? – zrobił duże oczka, jak dziecko proszące o cukierka.
Gustave nie był typem surowego mężczyzny. Zwykle pozwalał książętom na bardzo wiele, pod warunkiem, że zachowywali się stosownie i nie nadużywali jego dobroci. Nie chciał ich karać ani wyzywać. A co najważniejsze, miękł pod wpływem błagalnych spojrzeń Luciena.
Opiekun westchnął.
– Dobrze, Książę. Masz moje słowo, ale nie przesadzaj. Nauka też jest ważna.
Lucien uśmiechnął się zwycięsko.
Mimo wszystko Gustave nie wyglądał na do końca przekonanego wymówką nastolatka – zdradzał to jego skupiony na czymś wzrok. Jednak nie wypytywał go o szczegóły. Odpuścił. Pożegnał się i odszedł.
Zaś młody książę nareszcie znalazł się w swojej komnacie. Z wielką ulgą zatrzasnął drzwi i opadł na łóżko.
Sapnął.
Spod marynarki wyjął nieszczęsne ubranie i dokładniej mu się przyjrzał.
„Powinno pasować” – pomyślał, przyciskając je do piersi.
Zamknął oczy i pogrążył się w swoich myślach. Zmęczony zasnął.
 ♦♦♦
Był środek nocy. Zapalił tylko jedną świecę, jej blask mu wystarczał. Najciszej jak tylko potrafił, odsunął szafkę nocną. Obluzował i wyciągnął jedną z marmurowych płytek.
W środku skrytki znajdowało się kilka książek i kompletów ubrań, przeważnie damskich. Lucien wyciągnął jedno z nich, te które niedawno ukradł, i upchnął do przypominającej worek torby. Nie miał zbyt wiele czasu. Prędko zatuszował wszystkie ślady.
Zdmuchnął świecę.
Ostrożnie podszedł do drzwi. Wiedział, że strzeże ich kilku gwardzistów. Cholera, od czasu zamachu cały pałac się od nich roił, co znacznie utrudniało mu wydostanie się. Ale nie takie rzeczy się robiło. Przez szparę dostrzegł, dwie pary butów.
„Tylko dwóch” – zakpił, choć był przekonany, że jeszcze więcej znajduje się w innych częściach korytarza. Musiał działać ostrożnie. Wyjście oknem nie wchodziło w grę.
Zegar tykał.
Spojrzał w stronę łóżka. Jego atrapa z poduszek prezentowała się dobrze, zwłaszcza w ciemnościach. Uśmiechnął się. Miał plan.
Zrzucił swoje ubrania i zamiótł je pod łóżko. Wyjął mundur z materiałowej torby. Ubrał go, starannie dopinając wszystkie guziki. Był mu nieco za luźny, jednak prędko to się zmieniło. Jego ciało zapulsowało. Poczuł przyjemne mrowienie.
Kiedy miał sześć lat, po raz pierwszy udało mu się przemienić. Wrócił wtedy wściekły do swojego pokoju, marudząc, że chciałby być kimś innym niż tylko księciem, któremu nie wolno prawie nic. Wtulił zapłakaną twarz w poduszkę. Nie do końca wiedział, w jaki sposób to zrobił, ale nagle jego twarz zaczęła go palić, a kiedy spojrzał w lustro ujrzał zupełnie inną osobę. Spanikował.
To była jego moc.
Już miał krzyknąć, gdy zdał sobie sprawę, co to oznacza. Doskonale pamiętał, jak zaraz po ujawnieniu się rzadkiej i potężnej umiejętności u jednego z dzieci magnatów, wcielono niewiele starszego od niego chłopca do armii. Wiedział, że może skończyć podobnie. Nie słyszał wcześniej o kimś, kto potrafił modyfikować swój wygląd. Bał się, do czego mogą go wykorzystać, chociaż był księciem.
Dlatego nie powiedział niczego własnej rodzinie ani żadnej niepowołanej osobie, czyli praktycznie nikomu. Quentin nie miał pojęcia.
Luc nigdy nie żałował tej decyzji, zwłaszcza teraz. Gdyby tylko ktoś wiedział, zapewne pracowałby jako szpieg, a tego nie chciał.
Jego moc, jego sprawa, nikt nie będzie nim rządził – tak zakładał.
Dobrze, że nie zdradził się jako dziecko. Już w wieku sześciu lat miał trochę oleju w głowie.
Opanowanie, podobnie jak ukrywanie, tej zdolności nie należało do łatwych. Na początku radził sobie z trudem, lecz z czasem przyzwyczaił się i opanował moc do perfekcji –dużo ćwiczył w samotności. Im więcej przemian, tym mniej bolało i szybciej to trwało. Minusem był jednak fakt, że nie potrafił przekształcać ani modyfikować ubrań, przez co musiał odpowiednio je dostosowywać i w jakiś sposób pozyskiwać. Stąd wykradał stroje służby albo mundury strażników.
Przekształcenie się w odpowiednią osobę nie zajęło mu długo. Blond włosy stały się granatowe, rysy twarzy ostrzejsze, uszy mniej szpiczaste, a i przybyło mu nieco więcej masy mięśniowej. Idealnie. Wybrał akurat wygląd gwardzisty, który wcześniej podążał za nim, kiedy szedł do kuchni. Powinno się udać. Miał tylko nadzieję, że nie natknie się na niego ani nikt nie będzie zadawał zbędnych pytań. Do tej pory się udawało.
Jego komnata składała się z dwóch pięter, z czego jedno przypominało bardziej antresolę i było o połowę mniejsze niż pokój znajdujący się niżej – z łóżka miał idealny wgląd na nie. Znajdowały się tam głownie półki z książkami oraz przyrządy astronomiczne, ot nic szczególnego. Jednak nikt oprócz Luxa nie miał pojęcia o obluzowanej kracie wentylacyjnej.
Lucien bezszelestnie wspiął się po schodach i zdjął kratkę. Kanały wentylacyjne były na tyle duże, by zmieścił się w nich człowiek. Nastolatek korzystał z tej możliwości ucieczki dość rzadko – gdy wymagała tego sytuacja – ponieważ czołganie się przez kilka metrów po metalowych ściankach nie należało do przyjemnych. Ale jak mus, to mus.
W myślach zaklinał, by zachowywać się jak najciszej. Nie mógł popełnić błędu.
Wślizgnął się do szybu i powoli przemieszczał w stronę wyznaczonego celu. Znał mniej więcej plan sieci wentylacyjnej, kiedyś znalazł w bibliotece mapę. Wiedział, w którą stronę się czołgać. Co jakiś czas spoglądał przez kratki, oceniając i zapamiętując rozmieszczenie strażników. Na szczęście wszyscy byli odrobinę śpiący i nie zauważyli drobnego szelestu, który dochodził z rur.
Kilka minut później Lucien dotarł na miejsce. Otworzył kratę i zeskoczył wprost do ciemnego pomieszczenia. Był to jeden ze schowków. Delikatnie nacisnął klamkę. Upewniwszy się raz jeszcze, czy aby na pewno nikogo nie ma w pobliżu, wyszedł. Skierował się w stronę jednego z bocznych wyjść z pałacu.
Mimo wszystko denerwował się. Obawiał się, że przewieszona przez ramię torba mogła wydawać się nieco podejrzanie, ale musiał ją zabrać. Jeśli dobrze pamiętał, niedługo miała nastąpić zmiana gwardzistów, dlatego – całe szczęście – można było uznać, że kończy wartę i wraca do domu, zabierając swoje rzeczy.
Większość straży wyglądała na zmęczoną. Nic nie podejrzewali. Na razie.
Zanim się spostrzegł, opuszczał już budynek. Zaleta długich nóg. Z uwagi na późną porę, rezydencja nie tętniła życiem – większość mieszkańców zapewne spała, tak więc nie wpadł na nikogo znajomego.
Szedł wzdłuż kamiennej ścieżki w stronę bocznej bramy. Teren pałacu otaczały mury i tylko w niektórych miejscach usytuowane były przejścia – dodatkowe zabezpieczenie.
„Zaraz będzie po wszystkim”. – Dudniło mu w uszach. Mimo to zachował kamienną twarz.
Przy wyjściu znajdowało się sporo strażników, choć korzystała z niego głównie służba. Mieli przy sobie broń. Wzmocnione środki bezpieczeństwa. Nikt nieproszony nie mógł się przedostać, a przynajmniej nie powinien.
Luc podszedł bliżej i skinął im na powitanie. Przyjrzeli mu się dokładnie i po chwili, bez wahania wypuścili go. Z trudem nie uśmiechnął się zwycięsko. Jednak był dobrym aktorem.
„Głupcy. Gdyby tylko wiedzieli…”.
Przeszedł kilkaset metrów aż w końcu przystanął, by odetchnąć z ulgą. Wolność. Ale nie mógł tak po prostu odejść, wciąż miał zadanie do wykonania. Niestety.
Pałac mieścił się na obrzeżach Montanagne, dlatego czekała go jeszcze długa droga. Nie narzekał. Podwinął rękawy i skierował się w stronę miasta. Czas go naglił, a interesy same się nie załatwią. Dopiero kiedy wszystko wreszcie dobiegnie końca, pozwoli sobie na odpoczynek.
Widział już światła stolicy.
♦♦♦
            Pierwsza ucieczka z pałacu wyzwoliła w nim tak silną adrenalinę, że z czasem uzależnił się od niej i wciąż pragnął tylko więcej. Ten przyjemny dreszczyk emocji idealnie współgrał ze smakiem wolności. Wtedy mógł być po prostu sobą – nie udawać nikogo. Nie był jedynie księciem o wiecznym grymasie na twarzy, pod tą świetnie noszoną maską skrywał się żądny przygód chłopak o wachlarzu uczuć.
            Zazwyczaj przemieniał się w kobiety. Dlaczego? Z wielu prostych względów. Zanim nastąpił zamach, pałac strzegła mniejsza ilość gwardzistów, więc mógł spokojnie go opuszczać jako zwykła służąca. Rzadko przybierał postać strażnika, tylko wtedy, gdy sytuacja była naprawdę poważna i nie miał innej możliwości. Poza tym po zmianie płci mógł swobodnie flirtować z mężczyznami, którzy z chęcią odpowiadali na jego zaloty. Lubił bawić się uczuciami, próbować nowych rzeczy, a przynajmniej kiedyś.
            Skąpane w mroku przedmieścia, potrafiły przyprawić niektórych o gęsią skórkę. Biedne dzielnice stolicy oświetlały jedynie nieliczne latarnie, których świece, o tak późnej porze, już przygasały. Ulice były puste, choć zapewne w ciemnych uliczkach czaili się podejrzani ludzie.
Stukot butów o kamienną drogę roznosił się echem. Lucien nie bał się, nikt przecież nie odważyłby się zaatakować gwardzisty. Chyba.
Czasami żałował, że jako dziecko nie przywiązywał zbytniej wagi do ćwiczeń, chociażby tych z samoobrony. Zwyczajnie go to nie kręciło, w przeciwieństwie do Quentina, który w wolnych chwilach podnosił ciężary oraz trenował szermierkę i wspinaczkę górską. Owszem, Luc był nieco chudy, jednak nie oznaczało to wcale, że pod sporą warstwą ubrań nie rysowały się delikatnie mięśnie.
Chłodny wiatr zawiał mu prosto w twarz. Odgarnął niesforne kosmyki. Powoli zbliżał się do celu. Skręcił w pusty zaułek. Nadeszła pora, by przekształcić się w kolejną osobę. Każda komórka jego ciała ponownie zadrgała.
Tym razem zdecydował się przyjąć postać mężczyzny w średnim wieku, o włosach rzednących na skroniach. Zdjął mundur. Wyciągnął z torby ubranie, które wcześniej wykradł i założył je. Był gotowy. Pewnym krokiem wkroczył na właściwą drogę, jak gdyby nigdy nic.
Szedł dalej przed siebie. W końcu zaczęli pojawiać się ludzie. Pochodnie płonęły siarczystym ogniem, z otwartych karczm dobiegały hałasy. Miejskie życie tętniło przy głównych ulicach, nawet po północy. To właśnie lubił – tańce i rozmowy do białego rana. Szkoda tylko, że nie miał na to czasu.
Przekroczył próg jednego z barów, nad którego wejściem widniała drewniana tabliczka z napisem „Topaz”. Od razu otoczyło go ciepłe powietrze. Lokal był dość przestronny, znajdowało się w nim niewiele ludzi, z których większość zdążyła się już upić. Jak na bar, panowała dostateczna cisza, jedynie po prawej, przy jednym ze stolików bliżej półki z trunkami, kłócili się i żywiołowo gestykulowali trzej mężczyźni. Wszyscy pijani.
– Mówię wam, decyzje tego księciulka i całej tej obrzydliwie bogatej bandy wplączą nas w jedno wielkie gówno. Jeśli to ma być nasz przyszły król, to ja z góry przenoszę się chociażby do Treflu – narzekał czerwonoskóry osiłek, omal nie rozlewając piwa. Jego kompani przytaknęli.
Lucien nie mógł się nie uśmiechnąć. Cieszył się, że nie tylko jemu nie podobały się obecne działania Quentina i Lennoxa. Poza tym, odczuwał jakąś dziwną satysfakcję.
– I co, może uważasz jeszcze, że ten drugi bachor byłby lepszym królem?! Luis… Laurin, czy jak mu tam było? A nie ważne zresztą! Jeden gorszy od drugiego. – Drugi mężczyzna rzucił kuflem o stół.
– Dokładnie, oni wszyscy są sobie warci, jego mać. Tylko szkoda, że my na tym cierpimy. Kurwa, dlaczego nasi władcy muszą być tacy chujowi…
            Coś w Lucienie pękło. Miał ochotę podejść do gorączkującego się towarzystwa i odgryźć się w ten swój bezczelny sposób, ale powstrzymał się, gdy tylko zobaczył, jak mocno podchmieleni słaniają się na nogach i padają półprzytomni.
            „Zapomnij o nich, to jedynie pijani głupcy. Masz ważniejsze sprawy na głowie” – wytłumaczył sobie.
Chłopak zdecydował się akurat na to miejsce, nie ze względu na lokalizację, i cóż, w miarę dogodną ciszę. Prawdziwy powód leżał w atmosferze i oświetleniu. Nikła ilość świec ograniczała słabą widoczność – w sam raz, by przeprowadzać tajne spotkania.
Nastolatek rozejrzał się wokół i po chwili go dostrzegł – samotną zakapturzoną postać. Siedział tam gdzie zawsze, przy najdalszym stoliku, gdzie było najciemniej. Lux ruszył w jego stronę, po czym przysiadł się do niego. Starał zachowywać się naturalnie, aby nie wzbudzać nawet najmniejszych podejrzeń.
– Nie sądziłem, że moim klientem będzie mężczyzna – odezwał się szorstko tajemniczy jegomość, poprawiając kaptur spod którego wystawały kozie rogi. – Spodziewałem się kobiety. – Patrzył na Luciena podejrzliwie.
– A ja nie sądziłem, że będzie pan zwracał uwagę na płeć – odparł spokojnie Luc. Nie dał się wytrącić z równowagi.
Zazwyczaj kontaktował się z kupcem lub jego powiernikami, przybierając inną płeć. Dziś zdecydował się dla odmiany pozostać mężczyzną. Nie przypuszczał, że handlarz tak zareaguje. Mimo chwilowego zbicia z tropu, domyślił się powodu jego oburzenia – według niego mężczyznę trudniej oszukać. Och, jak bardzo się mylił. Nastolatek nigdy wcześniej nie dał się naciągnąć, zwłaszcza jako kobieta.
– Cóż, nie będę jednak narzekał. Klient to klient. – Splótł palce obu dłoni, opierając się łokciami o stolik. – Może przejdźmy zatem do interesów… Zanim jednak przedstawię panu moją ofertę, chciałbym najpierw zobaczyć zapłatę.
Lucien doskonale wiedział, co miał na myśli. Nie po raz pierwszy robił z nim interesy. Mocniej ścisnął torbę.
– Obawiam się, że to niemożliwe. Wpierw chciałbym ocenić mój nabytek. Nie zamierzam kupować kota w worku. – Na całe szczęście, jego umiejętność pozwalała mu na zmianę głosu, dzięki temu brzmiał poważniej i doroślej.
Kupiec przyglądał mu się zacieńcie, jakby doszukiwał się w nim czegoś. Chciał, aby Lux uległ, ten jednak znał jego metody. Wiedział, czego potrafi się dopuścić, by dopiąć swego. Również wbił w niego ostre spojrzenie. Wykonał ruch, jakby zamierzał wstać od stołu i wyjść.
Handlarz w końcu prychnął i odwrócił wzrok. W jego interesie nie leżało stracenie potencjalnego klienta.
– Dobrze. Choć nie wygląda pan na majętnego, zaufam panu, bo to, co pan za chwilę ujrzy, musi pozostać tajemnicą, podobnie jak całe nasze dzisiejsze spotkanie.
Sięgnął do swojego płaszcza, spod którego wyjął starą, skórzaną walizkę. Jego ruchy były ostrożne, tak jakby bał się, że ktoś coś zobaczy. Na szczęście klienci baru nie zwracali na nich uwagi, zbyt zajęci wlewaniem w siebie alkoholu. Na korzyść wpływała także lokalizacja ich stolika i brak przy nim świec.
Mężczyzna otworzył zamek i przedstawił Lucienowi zawartość. Nastolatek wstrzymał oddech. Jego oczom ukazała się stara książka ze zniszczoną okładką. Pomimo jej stanu i półciemności wciąż był w stanie dostrzec srebrny napis: „O narodzie dawnej Talii”. Zagryzł wargę.
– Prawdziwa?
– Ależ naturalnie – zapewnił kupiec. – Najprawdziwsza, sprzed czterystu lat. Zawiera informacje nie tylko o społeczeństwie nowo narodzonych królestw, ale także dawnej Talii. Na czarnym rynku istnieją jedynie dwa takie egzemplarze.
Lux zamyślił się na moment. Dokładnie przyglądał się książce, jeśli była prawdziwa, musiał ją mieć, żeby poznać prawdę. Prawdę, która została zatajona wieki temu i której tak bardzo poszukiwała Szara Rebelia.
Od dwóch lat zbierał wiadomości na temat królestwa, które w wyniku rozpadu podzieliło się na cztery inne, w tym właśnie Karo. Niestety informacje o Talii zostały kompletnie utajnione przed społeczeństwem – nawet rodziny królewskie nie znały całej prawdy – i zastąpione inną bajeczką, która w ogóle nie przekonywała Luciena. Zawierała zbyt wiele luk, lecz mimo to większość wydawała się w nią wierzyć. Prawie wszystkie książki oraz inne dowody, związane z prawdziwą historią upadłego królestwa, zostały zniszczone. Te, które przetrwały dostępne były jedynie na czarnym rynku, z uwagi na panujący zakaz rozpowszechniania ich. Choć Luc nabył już wiele takich woluminów, nadal nie odnalazł konkretnych informacji, które wstrząsnęłyby światem.
Nie miał także podstaw, by nie wierzyć handlarzowi na słowo, co do autentyczności przedmiotu. Przeprowadził z nim wiele interesów i zawsze książki okazywały się być autentykami, a nie pisanymi przez oszustów w dzisiejszych czasach podróbkami. Znał się na tym, potrafił rozpoznać je po jakości i tworzywie. Po raz kolejny postanowił mu zaufać.
Jednak wciąż trapił go jeden mankament.
– Czy coś nie tak? – Antiquaire, bo pod takim pseudonimem występował kupiec w świecie przestępczym, zauważył jego grymas.
– Wspomniał pan, że książka liczy ponad czterysta lat. Jak wiemy, rozpad Talii miał miejsce ponad pięćset lat temu, zatem zawarta w niej historia, może różnić się od rzeczywistej, z uwagi na ramy czasowe. Interesowałby mnie nieco starszy nabytek.
Handlarz zmarszczył brwi.
– Na tę chwilę, nie dysponuję tak starymi artefaktami – zawahał się. Myślał nad czymś.
Książę wyjął z torby diament i ukradkiem rzucił go mężczyźnie. Domyślił się, że bez zapłaty nie będzie gadał, a definitywnie coś wiedział. Do zalet mężczyzny należał fakt, że nie wypytywał swoich klientów o szczegóły nabywania takich, a nie innych przedmiotów i co z nimi później robili.
– To zmienia postać rzeczy – mruknął do siebie Antiquaire, po czym odchrząknął. – Dokładnie za miesiąc w Kaskad odbędzie się wyjątkowa aukcja, na której ma zostać sprzedana księga opisująca dokładnie historię Talii, zanim jeszcze doszło do rozpadu, zarówno jak i cały przebieg upadku królestwa. Zdaję mi się, że liczy ona ponad pięćset lat.
Luc wytrzeszczył oczy. To mogła być jego życiowa okazja.
– Coś jeszcze? – dopytywał, musiał mieć tę księgę.
Kupiec wskazał na jego torbę. Zrozumiał przekaz i dał mężczyźnie kolejny klejnot. Mimowolnie wywrócił oczyma.
– Oczywiście. Przybędą tam handlarze z całego kontynentu, dlatego spodziewałbym się wszystkiego. Najbardziej interesuje mnie jednak kopia aktu w sprawie śmierci poprzedniego króla i królowej. Ich wypadek wydaje się zagadkowy.
Serce Luciena stanęło na moment. Kiedy statek jego rodziców zatonął, miał ledwie szesnaście lat. Nadal nie wierzył, że to wszystko wydarzyło się rok temu. Przecież płynęli tylko do Kier z wizytą państwową, mieli wrócić. Zdarzenie uznano oczywiście za wypadek, z podejrzeniem zamachu, pomimo to odrzucono tę opcję, nie chcąc wszczynać wojny z Treflem. Podejrzane jednak było, że ani Quentin, ani naczelnik nie dopuścili Luxa do oficjalnych akt sprawy. Dlaczego? Nie przyjmował tłumaczeń o tym, że był za młody i zbyt załamany.
Przełknął ślinę. Zdecydowanie musiał dostać się do Kaskad. Ta aukcja mogła być jego życiową szansą. Pytanie tylko: jak miał tam dotrzeć, skoro obowiązywał go szlaban? Podróż do dawnej stolicy nie zapowiadała się na jednonocną wyprawę, ktoś na pewno zauważyłby jego zniknięcie, a wtedy byłoby dużo gorzej. Zapewne ochrona warowałaby tuż przy jego łóżku.
Odsunął te myśli na bok. Rzucił Antiquaire’owi sakiewkę pełną diamentów i zabrał walizkę. Choć poszukiwał czegoś znacznie starszego, i tak książka mogła okazać się cennym źródłem informacji.
Ruszył w stronę wyjścia. Tak właśnie powinno się załatwiać interesy – sprawnie i oschle. Zostawił barmanowi na stole trzydzieści monet i zabrał po drodze stojącą nieopodal butelkę wina. Nie zaszczycił kupca spojrzeniem czy pożegnaniem. Wyszedł spokojnie, jakby wcale nie uczestniczył w nielegalnej transakcji.
Zaciągnął się chłodnym powietrzem. Pora wracać.
Trzymające go na nogach emocje powoli słabły, więc coraz bardziej odczuwał senność i zmęczenie. O tyle dobrze, że przed wyjściem zjadł sporą część tortu i nie dokuczał mu głód. Marzył o położeniu się w wygodnym łożu.
Szedł wzdłuż wybrukowanej drogi, po czym skręcił w boczną uliczkę, żeby znów przemienić się w gwardzistę. Jego myśli o ciepłej kołdrze, czekającej na niego w pałacu, pochłonęły go do tego stopnia, że nie zauważył znajdujących się w ślepym zaułku mężczyzn. Gdy się zorientował, było już za późno. Wszedł prosto na nich.
– No proszę, proszę. Kogo my tu mamy? – Jeden ze zbirów strzelił palcami. Patrzył na niego jak na ofiarę.
Lux zamarł. Cofnął jedną nogę, kiedy drugi oprych złapał go za koszulę i przyciągnął bliżej siebie.
– O, a co ty tu masz? – Wyciągnął rękę po walizkę.
Książę, zrozumiał kim są. Złodzieje.
Przerażony zamachnął się i uderzył mężczyznę przedmiotem, po który ten sięgał, prosto w kroczę. Kiedy tamten zwinął się z bólu, Lucien odskoczył. Pozostałych dwóch napastników, szykowało się do ataku.
Oprócz ucieczki, do głowy przyszedł mu lepszy pomysł. Odłożył walizkę, wraz z torbą na bok.
Noszone przez niego ubrania najpierw się napięły, aż w końcu rozdarły. Nagle stał się o pół metra wyższy. Zdezorientowani mężczyźni popatrzyli na niego z przerażeniem. Niestety po chwili otrząsnęli się i rzucili na niego.
Pomimo ogromnego zwiększenia masy mięśniowej, złodzieje wciąż mieli z nim szansę. Nietrenowane, nie gwarantowały mu siły. Luc nigdy nie był dobry w walce. Mimo to postanowił się z nimi zmierzyć. Próbował przypomnieć sobie ruchy brata. Należał do dobrych obserwatorów.
Co robiłby Quentin? Zablokowałby pierwszy cios.
Chudy przestępca wycelował w niego prawą pięścią. Przykucnął delikatnie i przechylił w lewo. Złapał nadgarstek mężczyzny i zanim ten zdążył zareagować drugą ręką, książę przyłożył mu prosto w brzuch. Napastnik osunął się na dół, najwyraźniej go to zabolało.
Lux nie miał jednak czasu, by się tym nacieszyć, bo drugi złodziej zaszedł go od tyłu. Okręcił nastolatka i podbił oko.
Pomimo siarczystego bólu, Lucien nie poddał się i wyprowadził kolejne dwa ciosy, niecelne. Barczysty przeciwnik wykonał zamach nogą, ale w ostatniej chwili chwycił jego stopę, co, cholera, zabolało, i popchnął do tyłu. Stojący na jednej nodze zbir stracił równowagę. Szkoda, że nie miał wystarczającej siły, by mu ją wykręcić. Korzystając z ponad dwumetrowego wzrostu książę chwycił drugiego napastnika, który dopiero co podniósł się i rzucił nim wprost na jego leżącego kolegę, kiedy ten chciał mu przyłożyć.
Nastolatek odetchnął z ulgą. Dyszał ciężko.
Poczuł szarpnięcie na plecach. Trzeci mężczyzna prędko doszedł do siebie po uderzeniu w krocze i zaatakował. Z trójki złodziei to on był najlepiej zbudowany i prawie dorównywał Lucienowi wzrostem.
Twarz Luxa spotkała się z jego pięścią. Poczuł z rany na wardze tryska krew. Jakimś cudem utrzymał się na nogach. Otarł czerwoną posokę. Bolał go nos. Nie wygra z nim. Potrzebował innego sposobu.
„Myśl, Lucien. Myśl!” – Zachwiał się.
Przeciwnik ruszył ku niemu ponownie. Książę kucnął, chcąc go zablokować, ale tamten z łatwością przewidział jego ruch i wyprowadził cios.
Wtedy Lucien przypomniał sobie, bo był jeszcze w stanie jakoś myśleć, czego uczył go Quentin.
Po kolejnym uderzeniu ledwo zachował równowagę. Nie poddał się. Wykorzystał chwilową nieuwagę zbyt pewnego siebie oponenta i przyłożył mu z resztki ostałych w nim sił w serce – rzekomo słabego punktu człowieka. Mężczyzna chwycił się za klatkę piersiową. Zauważając okazję do ucieczki, Luc pochwycił swoje rzeczy i rzucił się biegiem do wyjścia z uliczki.
Co on sobie wyobrażał, stając z nimi do walki.
Udało mu się.
Biegł dalej zmierzając w stronę pałacu. Nie obracał się za siebie, nie słyszał za sobą żadnych kroków.
W końcu nie wytrzymał i opadł z sił w jednej z alejek. Wylądował wprost na trawie. Oparł się o konar drzewa. Ledwo opanował swój oddech i powrócił do swojej naturalnej postaci.
„Chyba zacznę ćwiczyć”.
Jednak to nie brak kondycji martwił go w tej chwili najbardziej. Nie miał przy sobie lusterka, ale był przekonany, że jego twarz nie prezentowała się najlepiej. Owszem, jego zdolność pozwalała mu na modyfikację głosu i wyglądu, lecz nie sprawiała, że rany magicznie znikały. Niezależnie od przemiany, zadane obrażenia pozostawały na ciele. Z jego nosa wciąż kapała krew, a prawy policzek puchł. Jak on to wytłumaczy? Przecież to nie zagoi się od razu.
Będzie musiał użyć dużo pudru.
Sapnął ciężko i podniósł się z ziemi. Niedługo zacznie świtać. Musiał się pospieszyć.
Ponowne użycie mocy wyciągnęło z niego ostatki energii. Ledwo założył na siebie mundur. Kiedy dopinał guziki, ręce mu się trzęsły. Mimo to próbował nie dać niczego po sobie znać. Wyprostował się.
Wyjął książkę i ostrożnie schował ją do torby tak, aby nic nie uszkodzić. Było by to podejrzane, gdyby wniósł na teren pałacu podejrzanie wyglądający bagaż, dlatego wyrzucił walizkę w krzaki.
Droga powrotna przebiegła sprawnie. Nikt go nie zaczepił. Straże przy bramie przepuścili go bez problemu, nie zadając zbędnych pytań. Widocznie gwardzista, za którego się podawał, nie posiadał zbyt wielu przyjaciół albo nie był skory do rozmowy. Tym lepiej dla niego, zwłaszcza w jego obecnym stanie. Kilka miesięcy temu musiał przeprowadzić prawie godzinną rozmowę ze strażnikami, żeby ci niczego się nie domyślili. Nie wspominając już o zaczepkach i gwizdach, kiedy wymykał się pod postacią służącej. Teraz nie dałby rady wszystkiego ukryć.
Gdy nareszcie Lucien dotarł do swojej komnaty, wrzucił torbę pod łóżko, rozebrał się i opadł na miękkie poduszki. Wtulił się w nie, jakby znowu był małym chłopcem. Najchętniej odrzuciłby tę noc w niepamięć, ale to właśnie przeszłość czyniła go silniejszym.
Nie przejmował się, w jakim stanie pokaże się rankiem i jaką wymówkę wymyśli. Liczył się dla niego sen, tylko tego w tej chwili pragnął najbardziej. Kiedy się obudzi, być może pozna kolejne tajemnice, które wywrócą dotychczasowy świat do góry nogami.
„Co jeśli poglądy Szarej Rebelii są słuszne?” – Ta myśl trzymała go na duchu. Nienawidził tych barier, dzielących cztery królestwa. Lecz czy istniał sposób na zburzenie murów kilkusetletniej niechęci?
W Kaskad znajdowała się nadzieja.
Przełknął ślinę, ale napotkał się z trudnością. W jego gardle pojawiła się jakby gula. Gwałtownie wciągnął powietrze. Wbił paznokcie w pościel.
„Tylko nie to. Nie, nie, nie…” – spanikował. Wiedział, co to oznacza.
Poderwał się i rzucił w stronę stolika, gdzie stał dzbanek z wodą. Upił łyk, odczekał na dobry moment i wtedy dopiero przełknął całość. Czuł, że jego mięśnie zaczynają niekontrolowanie drgać.
Nie potrafił tego wytłumaczyć, takie ataki pojawiały się niespodziewanie, zazwyczaj kiedy się tego nie spodziewał. Napady duszności i drgawki nie zdarzały się nękać go bezpośrednio w sytuacjach stresowych, a dużo później po nich. Były takie momenty, że nawet nie wiedział, że czymś się denerwował, okazywało się to dopiero po pewnym czasie w postaci trudności z przełykaniem. Próby uspokojenia się zwykle nie przynosiły skutku, w jego głowie krążyło tysiąc myśli, które wcale nie pomagały. Jedynym sposobem było przeczekanie tego, najlepiej w osamotnionym miejscu i błaganie o szybkie zakończenie. Czasami trwało to pięć minut, a czasami ponad godzinę.
Tak jak zawsze, Lucien skupił się na prawidłowym połykaniu śliny, od czasu do czasu wspomagając się łykiem wody. Prawda jest taka, że mimo wielu ataków, nadal nie potrafił się do tego przyzwyczaić. To było jak powolna śmierć w męczarniach. I ta świadomość, że naprawdę może w ten sposób umrzeć. Zakrztusić się. Przestać oddychać. Chciało mu się wymiotować.
Cały się trząsł, ledwo trzymał w dłoni szklankę. Czuł już ten ból mięśni, który nastąpi zaraz po tym. Zdarzało się, że potrafił przeleżeć w łóżku pół dnia przez wcześniejsze niekontrolowane ruchy ciała.
Przed oczyma pojawił mu się obraz osoby, dla której to wszystko robił. Łza spłynęła mu po policzku. Musiał przetrwać.
Położył się do łóżka i zacisnął pięści na poduszce. Przymknął oczy, próbując przypomnieć sobie wszystkie szczęśliwe chwile. Nie działało. Skulił się.
„Uspokój się… Wszystko będzie dobrze” – powtarzał sobie. – „Jeszcze tylko trochę. To minie”.
Oddychał głęboko. Zaczął skubać paznokcie. Otaczała go kompletna ciemność, zastanawiał się czy nie zapalić świecy, ale nie chciał hałasować i ściągać nikogo niepotrzebnie do swojej komnaty.
Poradzi sobie.
Z czasem coraz łatwiej przełykał ślinę i panował nad kończynami. Nie wstawał, nadal leżał skulony, tuląc do siebie poduszkę.
Nie zauważył, kiedy atak ustąpił. O wschodzie słońca udało mu się zasnąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
FREE BLOGGER TEMPLATE BY DESIGNER BLOGS