Quentin nerwowo poprawił
rękawiczkę. Już prawie przygryzał po raz kolejny wargę, ale w ostatniej
sekundzie skarcił się w myślach, wiedząc, że definitywnie spuchną mu usta. Nie
była to zbyt ciekawa opcja, nie prezentowałby się wtedy nienagannie, tak jak od
niego wymagano.
Westchnął i omiótł
wzrokiem zebranych przed pałacem ludzi. Musiał przyznać, że tak olbrzymiego
tłumu jeszcze nie widział, a uczestniczył w wielu orędziach. Nawet, gdy
Naczelnik Królestwa ogłaszał żałobę po śmierci króla i królowej, Plac Monet nie
doczekał się aż tylu zgromadzonych, co dziś. Przybyło ich tak wielu, bo ważyła
się przyszłość całego państwa.
Panowała ogromna wrzawa,
mieszkańcy Karo albo szeptali notorycznie coś do siebie, albo komentowali
wszystko na głos, wymieniając się ciętymi uwagami. Bywali też tacy, którzy
desperacko próbowali przedrzeć się przez tłum, byleby tylko dostać się jak
najbliżej, aby ujrzeć przyszłego króla. Heroldowie tłoczyli się, chcąc zająć
dogodne miejsca do powtarzania nadchodzących przemów tym, którzy znajdowali się
za daleko, żeby je wkrótce usłyszeć. Wszystko zostało wcześniej dokładnie,
nawet co do najmniejszego szczegółu, zaplanowane. Pozostało jedynie postępować
zgodnie z założeniami.
Quentin nigdy wcześniej
nie stresował się występami publicznymi, był do nich przygotowywany od
najmłodszych lat, a mimo to nerwy zżerały go od środka, choć uczono go jak
sobie z tym radzić. Czuł się przez to bardziej nieswojo.
Naczelnik Królestwa
położył mu dłoń na ramieniu, dając sygnał, że już pora. Q skinął głową.
Mimowolnie skierował wzrok na puste miejsce po lewej stronie i, jak najciszej
tylko potrafił, zaklął pod nosem. Nieobecność jego brata mogła sprowadzić na
nich obydwu spore konsekwencje, rujnowała perfekcyjny plan. Karo nie tolerowało
niesubordynacji.
