Gdy
tylko nadarzyła się okazja, schował się w najbliższym schowku. Zwinnym ruchem
zniknął w jednym z korytarzy i zamknął za sobą drzwi. Każdy jego ruch był
bezszelestny. Nie robił tego po raz pierwszy.
Z
dumą obserwował przez dziurkę od klucza, jak strażnicy wymieniają zaskoczone
spojrzenia i wracają do dalszych poszukiwań. Nastolatek uśmiechnął się pod
nosem.
„Nareszcie” – odetchnął z
ulgą, a jego spięte mięśnie rozluźniły się.
Lucien oparł się o drzwi
i powoli zsunął na podłogę. Cały dzień na to czekał. Miał już serdecznie dość
stałego towarzystwa gwardzistów.
Podążali za nim od wczoraj, krok w krok. Ciągle odczuwał na sobie ich wzrok.
Nawet, kiedy był sam we własnej komnacie, wiedział o ich obecności za drzwiami.
Irytowało go to. Na szczęście wymykanie się wychodziło mu znakomicie, mimo że
przechytrzenie straży nie należało do łatwych zadań.
A wszystko przez jakąś
karę.
„Jeszcze czego. Nie
zamierzam zgnić w tym pałacu”.
Chociaż po części miał
świadomość, że zakaz opuszczania rezydencji to nie tylko szlaban, ale także
środek bezpieczeństwa, nadal był zły na brata, iż ten nie bronił go ani nie
postawił się dostatecznie naczelnikowi i radzie. W przeciwieństwie do niego,
nie zamierzał żyć jak marionetka, kochał wolność. Wyprawy w okolice Kaskad były
dla niego odskocznią od stresującej rzeczywistości, tylko tam czuł się
prawdziwym sobą.
Mimo wszystko nadal
dręczył go strach. Zamach wstrząsnął nim na tyle, aby zaczął się zastanawiać nad
bezpieczeństwem jego eskapad. Obawiał się o swoje życie. Coraz częściej z
trudem łapał powietrze i przełykał ślinę, gdy o tym myślał. Jednak nie mógł
przestać, wciąż nie odkrył jeszcze tak wielu tajemnic.
Dziś musiał opuścić
pałac. Koniecznie.


