Quentin wciąż pamiętał, jak przed rokiem żegnał się z
rodzicami. Nie przeczuwał zbliżającej się tragedii. Nic tego nie zapowiadało,
nikt nawet nie myślał o katastrofie, choć każdy miał świadomość kruchości
ludzkiego życia. Płynęli tylko do Kier z wizytą dyplomatyczną. Ich statek
wielokrotnie pokonywał dłuższe rejsy, zaś Morze Srebrzyste nie należało do
niespokojnych. Obiecali prędko wrócić. Ale tak się nie stało. Jak przez mgłę
wspominał moment, w którym dowiedział się o ich śmierci, podobnie zresztą
pogrzeb. Najbardziej jednak zapadło mu w pamięć bicie żałobnych dzwonów, które
teraz ponownie rozbrzmiewały echem w jego głowie.
Dlaczego zawsze tracił to, co kochał?
Znów miał przed oczami jej twarz. Roześmianą, jakby nic a
nic się nie stało. A przecież wydarzyło się tak wiele. Duże czarne oczy
patrzyły na niego z troską i oddaniem. Zawsze, gdy tylko w nie spoglądał,
zapominał o wszelkich problemach i całkowicie oddawał się przyjemnemu uczuciu,
jakie odnajdywał w jej ramionach. Kochał Henriette. To była miłość od
pierwszego wejrzenia. Wspierała go w trudnych chwilach, pocieszała po stracie
rodziców. Tylko w niej znajdował zrozumienie. Rozumiała, jak ciężkie spoczywało
na nim brzemię, w przeciwieństwie do rodzonego brata. Miał nawet zamiar
oświadczyć się Henriette, zmienić prawo, by ją poślubić, choć była jedynie
zwykłą służącą. Ale ona również została pogrzebana.
I teraz znów los chciał odebrać kolejną osobę, na której Q
zależało.
„Trzymaj się, Yves” – powtarzał, ściskając mocniej lejce.
Wiedział, że jego przyjaciel był niezwykle silny i zawsze walczył do końca,
jednak… Ten wypadek doprawdy wyglądał przerażająco i mógł skończyć się
tragicznie. – „Nie mogę nikogo więcej stracić”.
Quentin starał się odgonić wszelkie złe myśli i skupić na
jeździe. Koń był szybki, ale Q, i tak, miał wrażenie, że wciąż gna ulicami
Montanagne zdecydowanie za wolno. Dudniło mu w uszach. Chciał, jak najszybciej,
znaleźć się przy przyjacielu. Wybrał możliwie najkrótszą i najmniej uczęszczaną
drogę, aby nie rzucać się mocno w oczy. Przyszły władca pędzący na koniu przez
stolicę nie należał raczej do najczęstszych widoków. Na całe szczęście jego tożsamość
skrywał kaptur peleryny.
– Wasza Książęca Mość, czy wszystko w porządku? – pytali.
– Proszę z nami.
Q
rzucił im jedynie lejce i błyskawicznie odprawił z kwitkiem. Kątem oka
dostrzegł stojącą karocę. Dotarli wcześniej od niego, więc Yves’em powinien zajmować
się już królewski lekarz.
Książę
pobiegł schodami do wejścia pałacu. Gwardziści, widząc go, natychmiast
otworzyli wrota. Wyglądali na równie zmartwionych całym wydarzeniem. Ponownie
zaczepił go jeden ze służących. Przyszły władca nie miał czasu na rozmowę,
zwłaszcza na taką, z której i tak nic by się nie dowiedział. Czym prędzej
pognał w stronę komnaty nadwornego lekarza. Dłonie mu się trzęsły.
Minął
kilka korytarzy, wśród których można było łatwo się zgubić. Ale on za dobrze
znał ten pałac. Nawet nerwy nie mogły sprawić, żeby pomylił drogę. Zbyt często
przebywał u medyka z obrażeniami po ciężkich treningach.
Tak
się śpieszył, że omal nie zderzył się z Lennoxem. Mężczyzna także był
roztrzęsiony. Uścisnął go.
–
Wasza Wysokość, cóż za tragedia. Gdy się o tym dowiedziałem, omal mi serce nie
stanęło. Na sam widok generała Sola pomyślałem o najgorszym, ale… Oh, dobrze,
że chociaż, Waszej Książęcej Mości, nic nie jest. Nie chcę sobie nawet
wyobrażać, co by to było, gdyby Waszej Wysokości coś się przytrafiło.
Stali
tuż przed komnatą medyka. Naczelnik dopiero co stamtąd wyszedł. Quentin
spojrzał prosto w jego oczy. Spojrzenie pełne… zmartwienia? To chyba było
odpowiednie słowo. Q często łapał się na tym, że nie do końca potrafił odczytać
i nazwać rzeczywiste emocje Lennoxa.
–
Wiadomo już cokolwiek? Żyje? – Te pytania z trudem przeszły mu przez gardło.
Czuł, iż z każdą sekundą jego puls gwałtownie przyspieszał. Chciał znać
odpowiedzi, a jednocześnie nie. Bał się prawdy. Po kolei tracił wszystkie
bliskie mu osoby. Czy ktoś rzucił na niego jakąś klątwę?
D’Avor
westchnął. Położył dłoń na ramieniu Quentina. Tak właśnie zachowywali się
ludzie, kiedy mieli przekazać drugiej osobie najgorsze wieści.
–
Generał Sol… – Lennox urwał na moment. Przygryzł wargę. Wydawał się tłumić w
sobie wszelkie odczucia, jednak i tak na jego twarzy pojawił się grymas.
Odwrócił na chwilę wzrok. Książę nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek
widział go w podobnym stanie. – Generał Sol żyje. – Wypowiedział te słowa
powoli. Quentin poczuł, jak kamień spada mu z serca.
–
Całe szczęście. – Wypuścił trzymane w płucach powietrze. – Bałem się, że…
–
Książę – zwrócił się do niego poważnym tonem naczelnik. Zacisnął mocniej dłoń
na jego ramieniu. – Nie chcę cię martwić, ale generał Sol znajduje się w
naprawdę ciężkim stanie. Lekarz właśnie zaczął go badać, jednak już na pierwszy
rzut oka stwierdził, że to będzie cud, jeśli z tego wyjdzie.
Quentin
zachwiał się. Stracił grunt pod nogami. Oparł się o ścianę.
–
Ale spokojnie, Wasza Wysokość. Wciąż jest nadzieja, więc nie traćmy jej. –
Lennox zmusił go do spojrzenia na siebie. – Pamiętaj doktor Tracine to
wspaniały lekarz z wieloletnim doświadczeniem. Służył na froncie i ocalił wielu
naszych żołnierzy. Nawet tych, którzy
wydawali się, że nie przeżyją następnego dnia.
Q
doceniał starania d’Avora, ale nie potrafił wykrzesać z siebie ani odrobiny
energii. Miał świadomość profesjonalności doktora, a także jego skłonności do
pesymizmu i przesady. Mężczyzna nieraz straszył Quentina, że przez ciągłe
treningi i obrażenia po nich odetnie mu kiedyś rękę. Był starym, marudnym
starcem, ale znał się na rzeczy – w to książę nie wątpił. Mimo to nie mógł
myśleć pozytywnie, choć próbował.
Chciał
spytać, czy może zajrzeć do komnaty medyka, jednak w ostatniej chwili
powstrzymał się. Wiedział, jak będzie brzmiała odpowiedź. Przeszkadzałby tylko.
Pozostało jedynie bezczynne czekanie.
Lennox
poklepał go.
–
Wszystko się ułoży, Wasza Wysokość.
Po
raz ostatni omiótł Quentina wzrokiem i odszedł.
Książę
oparł się o drzwi i osunął na podłogę. Bezradność przerażała go. Z komnaty
dobiegały szmery, ale Q nie potrafił zrozumieć, co się tam dzieje. Westchnął.
Żałował, że nie mógł znaleźć się przy przyjacielu. Powinien być z nim i nie tracić
nadziei. W końcu wina za wypadek leżała po jego stronie – tak przynajmniej
uważał.
Postanowił,
że skoro nic nie zdziała w sprawie stanu Yves’a – kompletnie nie znał się na
medycynie – to poczeka chociażby przed pokojem lekarza na nowe wieści, nawet jeśli
musiałby tam sterczeć przez wieczność. Duchem był przy przyjacielu.
–
Quentin?
Książę
odwrócił się w stronę dobiegającego głosu. Natychmiast zerwał się i rzucił w
objęcia opiekuna. Gustave odwzajemnił uścisk.
–
Dobrze, że jesteś – wyszeptał Quentin. Z trudem powstrzymywał gromadzące się w
kącikach oczu łzy. Lacroix pewnie nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo w tej
chwili Q potrzebował oparcia. Mężczyzna nic nie odpowiedział, tylko przytulił
mocniej wychowanka.
Quentin
uwielbiał w swoim opiekunie to, że zawsze był przy nim w najtrudniejszych
momentach. Nie wygadywał mu, nie obwiniał, nie krzyczał.
–
Bądź silny, Quentinie. Yves nie chciałby, żebyś się rozklejał. – Gustave
spojrzał na niego pokrzepiająco. Przyszły władca zdobył się na drobny, choć
chwilowy, uśmiech. Pociągnął nosem.
–
Nie, nie chciałby… – powtórzył. – Nie znosił płaczu i ckliwych momentów. –
Quentin z przerażeniem złapał się na tym, iż powiedział o przyjacielu w czasie
przeszłym, zupełnie jakby już odszedł. Zakrył dłonią usta.
–
Powinieneś odpocząć – stwierdził Lacroix, mierząc księcia od stóp do głów. Nie
musiał nic więcej mówić, by Q wiedział, jak okropnie wyglądał. Domyślał się.
Był
cały pokryty pyłem. Część jego ubrań, w szczególności spodnie, rozdarła się i
kategorycznie nie nadawała do ponownego założenia. Podejrzewał, że spuchły mu
oczy. Najgorzej prezentowały się ręce. Wcześniej założył białe rękawiczki, żeby
ukryć rany na dłoniach, nie chciał martwić innych swoim stanem. Wolał, aby
zajęli się Yves’em. Mimo wszystko nadal odczuwał pieczenie i zaschniętą krew na
rękach przy każdym ich ruchu. Sam powinien zwrócić się do medyka, jednak
zignorował ból.
–
Nie, zostanę tu. Ze mną wszystko w porządku. Naprawdę, Gus.
–
Książę, nalegam. Pamiętaj, że musisz dbać przede wszystkim o swoje własne
zdrowie.
Quentin
pokiwał głową.
–
Wiem, wiem. Po prostu… wolałbym tu poczekać – oświadczył. Był zmęczony, ale nie
chciał wracać do swojej komnaty. W każdej chwili mogło wydarzyć się coś
przełomowego i nie darowałby sobie, gdyby nie dowiedziałby się o tym pierwszy.
Poza tym nie mógł tak spokojnie się położyć. Emocje nadal w nim wrzały.
Gustave
nie wydawał się przekonany co do jego zamiaru. Q uważał, iż mężczyzna za bardzo
martwił się o jego zdrowie. Jednak nigdy nie naciskał, rozumiał upór księcia.
–
Nie zamierzam cię zmuszać, ale mimo wszystko każdy potrzebuje odrobiny
wytchnienia. – Quentin zdawał sobie sprawę, że opiekun miał poniekąd rację.
Kiedy Lacroix badawczo spojrzał na jego dłonie, natychmiast ukrył je za
plecami. – Na pewno nic ci się nie stało, Wasza Wysokość? – zapytał z troską
Gustave.
–
O–oczywiście. – Nie zabrzmiał przekonująco.
Starszy
mężczyzna sapnął. Q dopiero teraz zorientował się, że książęcy opiekun był
nawet bardziej zmęczony niż on sam. Miał podkrążone oczy. Quentin czuł się
podle, dokładając mu kolejnych zmartwień.
–
Dobrze, to twoja decyzja.
–
A może jednak… – Książę przygryzł wargę. – Może pięć minut nie zrobi wielkiej
różnicy. – Nie był pewien swoich słów. Zwątpił we wcześniejszy plan. Nie chciał
denerwować Gustave’a swoją determinacją. Otrzepał pył z ubrania. – Pójdę się
przebrać i za moment tutaj wrócę.
Lacroix
uśmiechnął się i poklepał go.
–
Idź. Będę tu na ciebie czekał.
Przez
ułamek sekundy Q poczuł na ramieniu dziwne ciepło, gdy Gustave go dotknął. Nie
zwrócił na to szczególnej uwagi, bo za bardzo się spieszył. Zgromadził w sobie
resztki sił i szybkim krokiem udał się do swojej komnaty.
Skręcając
w drugi korytarz, kątem oka dostrzegł, jak Gus wchodził do pokoju lekarza.
Pomyślał, że chyba mu się przywidziało.
♦♦♦
Odetchnął
z ulgą, gdy okazało się, że stan Yves’a był w miarę stabilny. Nie miał pojęcia,
jakim cudem tak nagle mu się poprawiło, w ciągu zaledwie dwóch dni, ale
dziękował za to losowi. Wierzył, w umiejętności medyka.
Mimo
tego mężczyzna nadal nie odzyskał przytomności, na szczęście przewidywano, że
wkrótce się obudzi. Quentina martwiło trochę zachowanie doktora Tracine, który
zapytany o przyszłe funkcjonowanie
Yves’a, natychmiast zmieniał temat lub odpowiadał niejednoznacznie, zagadkowo,
jakby wahał się, czy powiedzieć coś jeszcze.
Książę
opadł na łoże. Był zmęczony. Ostatnie godziny spędził przy przyjacielu,
trzymając go za rękę. Mówił do niego z nadzieją, iż ten usłyszy. Chciał być
obok Yves’a, gdy ten się wybudzi, jednak medyk wygonił go i polecił odpocząć.
Po części miał rację, bo Quentin czuł się wyzbyty z resztek energii.
Starał
się jakoś trzymać, wiedział, że Sol nie lubił, kiedy się zamartwiał. Z
pewnością wygłosiłby reprymendę, żeby Q natychmiast wziął się w garść i nie
użalał się nad nim.
Myśl
o przyjacielu wywołała lekki uśmiech. Przypomniał sobie ich rozmowę sprzed
wypadku. Yves radził mu, by porozmawiał z bratem. Quentin obiecał, że to zrobi.
Zastanawiał się, w jaki sposób powinien zaprosić Luciena na spotkanie. Listownie
czy osobiście? Jego rozmyślania zostały przerwane.
Ktoś
zapukał delikatnie do drzwi. Q poderwał się i rozkazał wejść. W jego komnacie
pojawiła się ta sama służka, która przyszła poinformować go o naradzie. Ta,
która przypominała mu Henriette.
Kobieta
przyniosła tacę z kolacją. Nie patrzyła na księcia. Była wyraźnie speszona.
Zaczęła sprzątać stolik. Jej ruchy były gwałtowne. Denerwowała się, chciała jak
najszybciej wykonać swoją pracę. Quentin złapał się na stałym obserwowaniu jej.
Nie po raz pierwszy spotkał się z tym, że nowe służące drżały w jego obecności.
Starannie dbały o każdy swój ruch, jakby obawiały się jego surowej reakcji,
chociaż on nigdy nie uniósł się ani nie podniósł ręki na żadną z nich.
Podejrzewał, iż strach powodowała jego ranga.
Służka
skończyła wycierać. Zabrała misę i, gdy miała chwycić szklankę, naczynie
wyślizgnęło się jej z dłoni. Dźwięk tłuczonego szkła rozległ się echem po
komnacie.
Kobieta z jeszcze większym przerażeniem rzuciła się, żeby
wszystko pozbierać.
–
J–j–ja przepraszam, Wasza Wysokość… – wykrztusiła. Desperacko chwytała odłamki.
– Zaraz wszystko posprzątam. Tak strasznie przepraszam, Wasza Wysoko–
Przerwała,
gdy tylko Quentin ujął jej dłoń. Krwawiła. Zaczął zbierać pozostałości szkła.
Przez chwilę patrzyła na niego osłupiona z otwartymi ustami.
–
W–wasza Wysokość, proszę to zostawić. To moja wina, ja to posprzątam. Inaczej,
Wasza Książęca Mość, się pokaleczy.
Q
ponownie jej przerwał. Nie był pewny dlaczego. Po prostu czuł, że musi to
zrobić, jakby to on zawinił. Nie chciał, aby się zraniła. Krew powoli zaczynała
wzbudzać w nim odrazę. Zanim Henriette umarła, z dnia na dzień wypluwała jej
coraz więcej.
–
Jak się nazywasz?
Dziewczyna
zaczerwieniła się. Nie odpowiadała przez moment.
–
Giulia… Po prostu Giulia, Wasza–
–
Mów mi Quentin. Po prostu Quentin. – Uśmiechnął się do niej. Nieśmiało to
odwzajemniła. Razem zbierali odłamki szkła.
Quentin
potrzebował z kimś porozmawiać. Brakowało mu towarzystwa. Nie miał nikogo, komu
mógł się w tej chwili wyżalić. Henriette odeszła, a Yves… Wolał o tym nie
myśleć. Żałował, że nie między nim a Lucienem nie było jak dawniej. Chciał to
naprawić. Zmęczyła go samotność.
Giulia
pozbierała resztki szkła i odłożyła je na tacę. Zamierzała wyjść, ale Q
zatrzymał ją. Nie miał zamiaru spędzić kolejnej nocy samotnie.
–
Zostań. – To nie był rozkaz, ale prośba. Brzmiał trochę jak desperat, a
przynajmniej tak mu się wydawało. Jednak nie przejmował się tym.
Spojrzeli
sobie w oczy. Zastanawiała się. Quentin miał nadzieję, że nie podejmie tej
decyzji tylko ze względu na to, kim jest i z obawy przed sprzeciwieniem się
przyszłemu królowi.
–
Proszę.
Odwróciła
głowę. Zawstydziła się. Nieśmiałość dodawała jej uroku. Q podobało się, w jaki
sposób jej policzki pociemniały.
–
D–dobrze… Zostanę – wyszeptała. Wyglądała, jakby chciała dodać coś jeszcze,
prawdopodobnie jeden z jego tytułów królewskich, ale w ostatniej chwili ugryzła
się w język, przypomniawszy sobie, o co wcześniej ją poprosił.
Quentin
odetchnął. Nie chciał zmuszać Giulii, by spędziła z nim noc. Potrzebował
wyrzucić z siebie wszystkie swoje strapienia. Czuł, że służąca była doskonałą
słuchaczką, która nie będzie go oceniać, krytykować ani użalać się nad nim.
Brakowało mu przyjacielskich pogadanek.
Miał
świadomość, że młoda kobieta nieco się denerwowała, dlatego posłał jej
serdeczny uśmiech. Wskazał na szezlong i zaprosił ją, aby usiadła. Przystała na
to. Jej ruchy były niepewne, cnotliwe. Zajął miejsce obok służki. A wtedy z
jego ust wylał się potok słów.
♦♦♦
Kolejna bezsenna noc dała o sobie znać. Lucien ze
zmęczeniem przecierał szczypiące oczy. Nie powinien spędzać tyle czasu nad
książkami przy świecach. Jednak czynił to w nadziei na lepsze jutro. Nabyta
ostatnio księga wydała mu się dość interesująca niż sądził przedtem. Ciekawiło
go dawne życie przodków.
Potrzebował świeżego powietrza. Było już późne
popołudnie, jego ulubiona pora dnia. Zaspanym krokiem przemierzał długie
korytarze pałacu. Lubił przesiadywać w królewskich ogrodach, zwłaszcza
wieczorem. Potrzebował oczyścić umysł, zebrać myśli.
Wybrał drogę na skróty. Nie lubił dużo chodzić.
Przeczesał ręką blond włosy. Naprawdę był zmęczony. Marzył o odpoczynku przy
fontannie – tylko on, szum drzew i śpiew ptaków. Żałował, że nie mógł znaleźć
się w Kaskad, z dala od problemów, w samotności. Tamtejsza przyroda, którą
stanowiły przede wszystkim lasy, wydawała mu się bardziej interesująca i
tajemnicza.
Z zamyślenia wyrwały go szepty. Na korytarzu nie zauważył
nikogo. Ale drzwi jednej z komnat były lekko uchylone. To stamtąd dochodziły
głosy.
Lucien najciszej jak tylko mógł, zbliżył się, aby
podsłuchać rozmowę. Miał przeczucie, że powinien to zrobić. Ostatnio w pałacu
działo się wiele dziwnych i podejrzanych rzeczy.
Coś spadło z hukiem i roztrzaskało o podłogę. Lux
wzdrygnął się, jego puls przyspieszył. Jednak to nie był on. Dźwięk pochodził
ze środka.
– Było już tak blisko! – Wypowiedź ociekała jadem. Ton wydał
się księciu poniekąd znajomy. Z przerażeniem spojrzał na wygrawerowaną tabliczkę
na ścianie. Komnata naczelnika!
Rozległy się kroki. Ewidentnie był tam ktoś jeszcze. Lucien
przysunął się bliżej, żeby zajrzeć przez szparę. Nie rozpoznał go. Mężczyzna
stał do niego tyłem. Miał ciemne, krótko ścięte włosy i bliznę z tyłu głowy,
która biegła aż od szyi.
– Co prawda, nie wszystko poszło tak, jak planowaliśmy,
ale… – Głos był mu obcy, szorstki i niski, z południowym akcentem. – Sytuacja
nie wymknęła się spod kontroli. Jedno nędzne życie nie stanowi dla nas
problemu.
Luc zmarszczył brwi.
„O czym oni rozmawiają?” – Nie chciał przedwcześnie
oskarżać d’Avora, w końcu mógł natrafić na wyrwaną z kontekstu konwersację, ale
od jakiegoś czasu wydawało mu się, że ten coś knuje. Nie jednokrotnie rozważał
śledzenie go.
Lennox uśmiechnął się przebiegle znad swojego biurka.
Obok leżała potłuczona waza.
– Na nasze szczęście jego stan nie należy do najlepszych,
słyszałem, że prawdopodobnie nie będzie mógł chodzić, tylko… może coś
podejrzewać. Nie jest ani głupcem, ani pustą marionetką. – Przygryzł wargę. –
Niezbyt pomogliśmy mu trafić na tamten świat – prychnął.
„Czyżby
rozmawiali o… Yves!” – Lucien wybałuszył oczy. Zakrył dłonią usta. Oni nie
mogli odpowiadać za wypadek generała. Prawda?
Nieznany
mężczyzna przytaknął.
–
Nie ukrywam, że znów chętnie bym mu pomógł. – Zacisnął pięści. Książę, choć nie
widział jego twarzy, mógł przysiąc, że widniał na niej diabelski uśmieszek.
Naczelnik
gestem ręki uspokoił go. Zastanawiał się nad czymś. Żyłki na jego czole
drgnęły. Wstał i podszedł do okna. Lux uważnie śledził jego każdy ruch.
–
Na razie pozwolimy mu żyć – zarządził. – Dopóki jest nieprzytomny, nie może nam
zaszkodzić. Dajmy księciu nadzieję. Potem będzie nam łatwiej nim manipulować.
Lucien
zacisnął zęby, aż się w nim gotowało. Miał ochotę wpaść tam i rzucić się na obu
mężczyzn. Nigdy nie przypuszczał, że naczelnik może być tak wyrachowany. Nie do
końca wiedział, co planował d’Avor ani jaki był jego cel, ale powoli zaczynał
łączyć fakty. Nie mógł tak po prostu tego zostawić, zignorować. Musiał
powiedzieć Quentinowi, ostrzec go, jednak potrzebował niezbitych dowodów.
Przypuszczał, iż brat nie uwierzy mu ot tak, zwłaszcza że aktualnie nie
dogadywali się zbyt dobrze. Może i Q ostatnimi czasy go wkurzał, lecz chciał mu
pomóc.
Tylko
że jego brat ufał Lennoxowi bardziej niż jemu.
Barczysty
nieznajomy sapnął, przetarł dłonią twarz. Wydawał się poddenerwowany, zamiary
naczelnika chyba nie do końca przypadły mu do gustu, ale nie zaprotestował.
–
Zostaw to wszystko mnie. Zajmę się i księciem, i generałem. Dopilnuję, żeby
nikt nie przeszkodził nam w realizacji naszego planu.
D’Avor
nadal wyglądał przez okno.
–
Doskonale, ale… – Lennox zamyślił się na moment. Odwrócił się. Jego twarz była
przerażająca. Odrażające. – Jeśli zawiedziesz, nie licz na litość. Błędy mogą
nas sporo kosztować. Ona nie będzie taka łaskawa.
„Ona?”.
Drugi
mężczyzna skłonił się. Lucien nie przypuszczał, że może być taki posłuszny.
–
Rozumiem. Co tylko rozkażesz, Panie.
W
tym momencie drugie drzwi prowadzące do gabinetu, tyle że od strony Sali
Posiedzeń, otworzyły się. Z nich wyłonił się… Gustave! Naczelnik pozostał
niewzruszony, nie speszył się, choć przerwano mu intrygującą rozmowę.
–
O, Gustave! Jak dobrze, że jesteś, chciałem z tobą porozmawiać. – Lennox
podszedł do mężczyzny i zagarnął go ramieniem. – Pozwól, że ci przedstawię…
Lux
zakrył usta. Zakręciło mu się w głowie. Chciał krzyczeć. Nie mógł już dłużej
ani na to patrzeć, ani podsłuchiwać d’Avora. W takim stanie łatwo o błąd i
zauważenie. Trząsł się. Omal nie zahaczył o wiszący na ścianie obraz.
Czyżby
Lacroix także był w to zamieszany?! Przecież… Nie, to nie działo się naprawdę.
Młody książę ruszył w kierunku swojej komnaty, kołysząc się. Gustave był
człowiekiem honorowym, dobrym, który gardził przemocą i nigdy w życiu nie
skrzywdziłby nikogo – a przynajmniej tak się Lucienowi zawsze wydawało. Teraz
miał mnóstwo wątpliwości, aż zakręciło mu się w głowie. Nie potrafił dopuścić
do siebie myśli, że opiekun mógłby spiskować wraz z Lennoxem.
„Po
prostu znalazł się tam przypadkowo, w końcu nie uczestniczył w rozmowie
wcześniej” – tłumaczył sobie, ale średnio w to wierzył.
Pędził,
jakby obawiał się, że ktoś go nakrył. Chciał prędko skryć się w swoim pokoju, bo
rozmyślania w ogrodach już mu się odwidziały. Początkowo nie zauważył brata
stojącego pod jego komnatą, omal na niego nie wpadł.
Lucien
otworzył szeroko oczy. Nie spodziewał się tutaj Quentina. Niespodzianka za
niespodzianką.
Luc
musiał przyznać, że starszy książę wyglądał nieco lepiej. Na jego twarzy
malowało się mniej zmęczenia, a i oczy nie były już aż tak podkrążone. Q widząc
brata, uśmiechnął się delikatnie. Lucien poczuł dziwny ścisk w piersi.
Wiedział, że nie mógł mu powiedzieć o tym, co przed chwilą usłyszał. Nie chciał
denerwować Quentina jeszcze bardziej. To nie był odpowiedni moment, jednak
przysiągł, że Q o wszystkim się dowie. Na pewno. Nie zabierze tej tajemnicy do
grobu.
–
Bracie, gdzie byłeś? Szukałem cię. – Słowa Quentina wypełniała troska. – Masz
chwilę? Chciałbym porozmawiać.
–
Emmm… – Lux zastanowił się na moment speszony. – T–tak. Chyba. – Nie chciał
teraz rozmawiać, ale nie potrafił odmówić bratu, głównie ze względu na wypadek
jego przyjaciela.
–
To dobrze. Na początku miałem przekazać ci to listownie, ale ostatnio w ogóle
się nie widzieliśmy. – Quentin obracał na palcu złoty sygnet. Obawiał się
czegoś. – Chciałbym jutro po śniadaniu udać się na przejażdżkę konną po
ogrodach. Pomyślałem, że moglibyśmy wtedy pomówić o… Wiesz, porozmawiać tak, jak za dawnych lat. W końcu
tyle się wydarzyło. – Parsknął.
Atmosfera
była napięta, wręcz niezręczna. Mimo wszystko Lucien tęsknił za czasami
błogiego dzieciństwa, kiedy bezgranicznie sobie ufali i spędzali wspólnie czas.
–
Zgadzasz się– Nie, tak nie przystoi – mruknął pod nosem Q. Odchrząknął. –
Książę, czy uczynisz ten zaszczyt przyszłemu królowi i zechcesz mu towarzyszyć
w porannej przejażdżce?
Quentin
miał talent do zręcznej zmiany nastroju.
Luc
nie mógł się powstrzymać na tyle, żeby nie zaśmiać się. Pamiętał, że kiedyś
często karcono ich za niewyrażanie się w sposób oficjalny. To on zwykle miał z
tym problem, bo nie umiał trzymać języka za zębami, zwłaszcza gdy ktoś go
zirytował.
Chłopak
dygnął.
–
Ależ oczywiście, Wasza Wysokość, że zaszczycę cię swoim szanownym towarzystwem.
Obaj
bracia mimowolnie się uśmiechali. Lucien podziwiał Quentina, że ten nadal był w
stanie wykrzesać z siebie aż tyle humoru. To dziwne, ale przez tę ulotną chwilę
rozmawiali prawie – bo nadal czuło się między nimi jakąś barierę – jak kilka
lat temu.
–
Doskonale. Dopilnuję, aby służba obudziła księcia na czas. – Q nachylił się do
niego i wyszeptał: – Tylko nie zaśpij. Wiem, że lubisz wyganiać służbę, żeby
dłużej poleżeć w łóżku. – Puścił mu oczko.
–
Jas– To znaczy, co tylko rozkażesz, Panie.
Starszy
książę śmiał się, lecz zaraz spochmurniał. Chociaż Lux był na niego zły za to,
że wymierzył mu karę, nie umiał długo gniewać się na brata i nie przejmować
jego stanem.
–
Wszystko w porządku? Słyszałem, że Yves z tego wyjdzie…
–
Tak, tak. – Wypuścił trzymane w płucach powietrze. – To nic takiego,
porozmawiamy o tym jutro.
Quentin ponownie przywdział maskę, jakby nic się nie
wydarzyło. Lucien miał świadomość, że potrafił udawać i dusić w sobie emocje, w
końcu jaki starszy brat, taki młodszy. Wiedział również, by nie drążyć tematu.
Nie w takiej chwili, nie na korytarzu.
Trwali w milczeniu. Q zawahał się, jakby chciał już
odejść, ale w ostatniej chwili przypomniał sobie o czymś. Zza marynarki wyjął
list.
– Gustave przekazał mi to. Powiedział, że nie może dać ci
tego osobiście, bo musiał pilnie zająć się Alix.
„Czyli tak to się teraz nazywa. Opieka nad córką równa
się spotkanie z Lennoxem”. – Krew zawrzała w żyłach Luciena. Gustave samotnie
wychowywał siedmioletnią córkę, dlatego często zabierał ją ze sobą do pałacu i
czasami do niej zaglądał. Dziewczynka zwykle bawiła się w pokoju służących, Lux
czasem ją odwiedzał. Nie miała przyjaciół, rzadko wychodziła na dwór ze względu
na swój… defekt. Książę rozumiał, czemu królewski opiekun poświęcał tyle czasu
córce, jednak świadomość, co tak naprawdę robił Gustave, zirytowała go. Kto
wie, ile razy oszukał ich w podobny sposób.
Zawsze
myślał, że Lacroix jest ostatnią osobą, która dopuściłaby się kłamstwa. Odkąd
dorósł, na każdym kroku boleśnie przekonywał się, jak okrutna jest
rzeczywistość.
Na samą myśl o oszustwie, Lucien poczuł wyrzuty sumienia.
Fakt, on również okłamywał najbliższych, tyle że działał w dobrej wierze. Nie
chciał nikomu zaszkodzić, a już tym bardziej kogoś zabić. Był pewny, iż za
wypadkiem Yves’a stał naczelnik.
– To od Czarnego Jokera, Yorika. – Quentin wręczył mu kopertę z nienaruszoną pieczęcią.
Lucien mimowolnie się zarumienił.
– Dziękuję. A, i jego imię wymawia się Jorik, nie Yorik – pouczył brata. Sam na początku
miał problemy z imieniem Jokera, w końcu język herszki znacznie różnił się w
wymowie, i nie tylko, od montenewskiego. Na szczęście miał dobrego nauczyciela.
– Przyjechał osobiście?
– Nie, przysłał jastrzębia z wiadomościami i listem
zaadresowanym do ciebie. Przepraszał, że nie mógł przybyć, ale ma na głowie
zbyt dużo obowiązków… – Q skrzywił się. Mlasnął językiem. – Pomaga nowemu
Królowi Trefl.
Lux skinął głową. Ściskał kopertę, jakby była
najcenniejszym skarbem. Próbował nie dać po sobie poznać, że cała sytuacja go
poruszyła. Żałował, iż Joker nie zjawił się osobiście.
– Rozumiem.
Quentin odpowiedział mu podobnym gestem i odszedł, nie
mówiąc już nic.
Lucien czym prędzej umknął do swojej komnaty.
♦♦♦
– Ze wszystkich form spędzania wolnego czasu, dlaczego
akurat przejażdżka konna?
Quentin podejrzewał, że taka właśnie będzie reakcja jego
brata. Nie przejął się zbytnio narzekaniem. Wzruszył ramionami.
– Dlatego, drogi bracie, że to jedna z najlepszych form
rozrywki.
Lucien przewrócił oczyma. Q pomyślał, że jeśli dalej
będzie tak robił, to w końcu mu wypadną.
– Polemizowałbym.
Quentin
mimowolnie parsknął pod nosem.
Gdy wjechali na mostek, rozległ się tętent kopyt. Przyszły
król uwielbiał ten dźwięk. Przypominał mu wojskowe wyprawy.
– Zdecydowanie wolałbym przejechać się pociągiem – rzekł
z nutą rozmarzenia Luc. Rzadko mówił o czymś z pasją.
Starszy książę osłupiał.
–
Czym? – Popatrzył na niego ze zdziwieniem.
–
Słyszałem, że to nowy środek transportu w Pik i Trefl. Wielka stalowa maszyna,
napędzana parą. Szkoda, że nasi uczeni nie opatentowali jeszcze takiej
technologii, a zamiast tego woleli tracić czas na jakieś bzdety, jak na
przykład–
Lucien
ugryzł się w język.
Q
wiedział, iż miał na myśli sprzęt na wspinaczki.
Większość Diamentian nie była zwolennikami zmian. On sam
nie przepadał za technologią. Wiedział, ile złego może wyrządzić i trwał w
przekonaniu, że niedługo zgubi ona pozostałe królestwa, ale jednocześnie bał
się, w jaką siłę mogą one urosnąć i wpierw zniszczyć jego ojczyznę. Miał
świadomość podjęcia wkrótce decyzji, dotyczącej unowocześnienia broni
wojskowej. Miecze nie mogły równać się materiałom wybuchowym.
Odrzucił te myśli na bok. Teraz czas poświęcał bratu.
Starał się, aby atmosfera między nimi nie była napięta, a nie należało to do
najłatwiejszych zadań, kiedy rozmawiało się z Lucienem.
– Nie przesadzaj. Jazda konna jest wciąż lepsza od
formalnych rozmów i siedzenia w pałacu.
– Albo wspinania.
Quentin zatrzymał konia.
Lux
od razu zorientował się, co powiedział. Mógł ugryźć się w język.
– J–ja… przepraszam. Nie to miałem na myśli – zaczął
tłumaczyć. Zrobiło mu się głupio.
– Nie, nie przepraszaj. Wiem, o co ci chodziło. – Posłał
bratu drobny uśmiech, chociaż na samo wspomnienie wypadku posmutniał nieco.
Codziennie po kilka razy zaglądał do komnat medyka i
siedział przy łóżku Yves’a. Nie chciał przegapić momentu, w którym przyjaciel
wreszcie się obudzi. Rokowania były dobre, mimo wcześniejszych przekonań. Tak
jakby wydarzył się cud. Ale na jego barkach spoczywały też inne obowiązki,
dlatego, w razie nieobecności, natychmiast miał zostać powiadomiony, gdyby coś
działo się z Yves’em.
Poklepał swojego ogiera i ruszył dalej ścieżką przez
pałacowe ogrody. Diament zarżał. Lucien często wytykał mu brak kreatywności, w
szczególności do nazewnictwa. On za to nazwał swojego nowego wierzchowca Fabien. Było to dość egzotyczne imię w
Karo, ale Q nie zastanawiał się długo nad niecodziennym wyborem brata.
Jechali powoli – Quentin na białym koniu, a Luc na
czarnym. Z pewnej odległości, tak żeby książęta mieli odrobinę prywatności,
obserwowali ich paziowie, gotowi świadczyć swoje usługi na każde zawołanie.
Cisza zrobiła się odrobinę niezręczna. Quentin wiedział,
że powinien przeprosić brata za swoje ostatnie zachowanie, jednak nie był
pewien, jak powinien zacząć.
Lucien również wyglądał, jakby zastanawiał się nad czymś.
Wodził wzrokiem po ogrodach. Czekał.
Q westchnął. Musiał to zrobić. Nie chciał, aby między nim
a Lucienem popsuło się jeszcze bardziej.
– Lux, posłuchaj–
– Mówiłem ci, żebyś tak do mnie nie mówił. – Luc spojrzał
na niego spode łba.
– Kiedyś jakoś ci to nie przeszkadzało – stwierdził
Quentin. Przywołał w głowie wspomnienia z dzieciństwa. – Sam je wymyśliłeś, bo
twoje imię było za długie do wymówienia przez trzylatka.
Mimo to na twarzy młodszego księcia dalej malował się
grymas.
–
Nie jestem już dzieckiem – żachnął się.
Quentin
mentalnie ukrył twarz w dłoniach i ciężko sapnął. Nie rozumiał czemu Lucien
nagle zaczął się dąsać z powodu zdrobnienia. On osobiście nie miał nic
przeciwko, żeby bliscy zwracali się do niego „Q”. Przezwisko to zresztą
wymyślił jego brat.
–
Więc jak niby powinienem się do ciebie zwracać? Luc? Luci?
– Ani tak, ani tak. Nie po to mam pełne imię.
Quentin
zanotował to sobie w myślach na przyszłość. Chociaż i tak będzie mu ciężko się
przestawić. Mimo wszystko nie chciał kłótni z bratem o takie błahostki.
–
Dobrze, niech będzie Lucien. Ale
pamiętaj, dla mnie zawsze będziesz moim małym braciszkiem Luxem. – Gdyby nie
jechali teraz na koniach, z pewnością zmierzwiłby mu włosy.
Nie wiedział, o czym powinni rozmawiać. Każdy niemalże temat
mógł okazać się drażliwy, a przecież mieli się pogodzić.
Pomyślał
o zachowaniu młodszego księcia w czasie zgromadzenia i doszedł do wniosku, że
wina za słowa brata leżała także po jego stronie. Po śmierci rodziców Q rzucił
się w wir obowiązków, kompletnie pomijając Luca, który pewnie znosił to gorzej
niż on i potrzebował wsparcia. Nie zastąpił mu ojca, nawet nie próbował.
To
był jego błąd.
–
Ja… Posłuchaj, przepraszam – wyrzucił z siebie Quentin. Serce biło mu szybciej.
Lucien zmrużył oczy.
„Za co?” – zdawała się mówić jego mina.
Q speszył się nieco. Nie był dobry w przeprosinach. Jako
przyszłego władcę, to najczęściej jego błagano o skruchę. Odchrząknął i
kontynuował:
– Przepraszam, że ostatnio byłem dla ciebie zbyt ostry i…
zaniedbywałem cię. Powinienem był częściej się za tobą wstawiać. Przechodzisz
trudny okres, rozumiem to, zwłaszcza po śmierci rodziców–
– Wystarczy – uciął Lux. – Przeprosiny przyjęte –
wymamrotał.
Quentin był zdziwiony, jak łatwo przeszło mu to przez
usta. Spodziewał się raczej prychnięć i złośliwych komentarzy. Zawsze myślał,
że jego brat długo chował urazę.
Odetchnął
z ulgą. Jakaś część jego przybiła sobie piątkę. Nie sądził, iż uda mu się to tak
szybko. Musiał podziękować Yves’owi za rady.
Znaleźli
się w jednej z alejek. Lekki powiew wiatru przywiał ze sobą mocną woń kwiatów,
których w ogrodzie znajdowało się od groma. Niestety, książę nie znał wszystkich
nazw, choć podejrzewał, że gdyby zapytał Luciena, ten z pewnością
odpowiedziałby mu, podając nawet informacje na temat ich kwitnienia i sposobu
pielęgnacji. W przeciwieństwie do brata rzadko siedział z nosem w książkach.
–
Wiem, że to Yves polecił ci rozmowę ze mną – wyrzucił z siebie Lucien, przywracając
go do rzeczywistości.
Teraz to Quentin był zaskoczony.
– Skąd ty to–
– To dobry człowiek. Ma na ciebie dobry wpływ. Na pewno z
tego wyjdzie.
Lucien nie miał zbyt wielu okazji, żeby poznać Sola, ale
mimo to Q uśmiechnął się. Wiedział, że to prawda. Yves był jego jedynym
przyjacielem, któremu w pełni ufał. Zawsze robił dobrą minę do złej gry. Nie
poddawał się.
Quentin, pomimo iż wierzył w ducha walki przyjaciela,
nadal nie mógł opędzić się od czarnych scenariuszy.
– Obyś miał rację.
Lux pociągnął za lejce i okręcił konia tak, by stanąć
twarzą w twarz z bratem.
– Przypomnij mi, kiedy ja niby nie mam racji, hm?
Brwi starszego z książąt uniosły się do góry.
– A chcesz listę? Według porządku alfabetycznego czy
czasowego? – rzucił z żartobliwym uśmieszkiem.
Obaj wybuchli śmiechem. Minęła chwila, zanim zaczerpnęli
tchu. Q, o dziwo, poczuł się przez moment, jakby cofnął się w czasie o kilka
lat wstecz i znów swobodnie rozmawiał z Lucienem.
Dlatego
wydało mu się to nietypowe, bo sytuacja między nimi prezentowała się, jakby nie
patrzeć, inaczej. I rzeczywiście, widok śmiejącego się brata sprawił, że Quentin
umilkł. Popatrzył na niego podejrzliwie.
– Masz zaskakująco dobry humor, bracie – zauważył. – Sądziłem,
że rzucisz się na mnie z pazurami za te docinki. Czy coś się wydarzyło?
Luc zareagował natychmiast. Wyglądał niecodziennie, jakby
przed chwilą zrzucił jakąś maskę i teraz ciężko mu było założyć ją z powrotem.
–
Nie, absolutnie. To nic takiego – odrzekł bez wahania. Zabrzmiało to
nienaturalnie, jak kłamstwo. Wydawał się poruszony.
Quentin
przyglądał się mu z zaciekawieniem. Pierwszy raz w życiu widział blondyna w
takim stanie. Nie mógł w to uwierzyć. Oczy jego brata błyszczały, a on sam był
mniej naburmuszony i nie potrafił kryć się ze swoimi emocjami tak jak
wcześniej. Q próbował zrozumieć, co sprawiło, że Lucien zachowywał się w ten
sposób. Rozważał kilka opcji, ale kiedy wreszcie domyślił się, rozszerzył
szeroko oczy. Przeżył szok.
–
Nie wierzę. Zakochałeś się! – niemalże krzyknął. Nie wiedzieć czemu, miał
ochotę się roześmiać. Nigdy wcześniej nie potrafił sobie wyobrazić, jakby
wyglądał zakochany Lucien. Teraz poznał odpowiedź.
– Ciszej! Bo jeszcze ktoś usłyszy – oburzył się Lux,
szamocząc na koniu. Zwrócili na siebie uwagę paziów. – I nie, nie zakochałem
się.
Tym razem to Quentin mógł polemizować.
– Lucien, proszę cię. Masz iskierki w oczach, jakbyś
dopiero co wrócił ze spotkania ze swoją sympatią. Nawet twoja gburowatość nie
potrafi tego ukryć.
Q dopiero teraz zauważył, iż młodszy książę potrafi
denerwować się również w uroczy sposób. Cieszył się, że udało mu się poznać
jego drugą stronę charakteru. To nie zdarzało się zbyt często i gdyby tylko
mógł, uwieczniłby to w jakiś sposób.
Nie wytrzymałby, nie zadawszy tego pytania:
– Kim ona jest?
Policzki Luca przypominały dojrzałego pomidora, a z oczu
sypały się gromiące spojrzenia.
– Nie ma żadnej jej
– odpowiedział podirytowany. Poklepał konia i ruszył pędem.
Quentin nie byłby sobą, gdyby nie zaczął go gonić.
Ścigali
się. Wiatr rozwiewał ich włosy. Dawno tego nie robili. Kiedyś Q specjalnie
dawał bratu wygrać, ale teraz nie zamierzał odpuszczać. Szturchnął lekko konia łydkami,
by ten szybciej galopował. Zrównał się z Luxem.
Oboje przekroczyli linię mety, którą wyznaczał koniec
ścieżki.
Lucien odsapnął i spojrzał na Quentina podejrzliwie.
– Ty również zdajesz się mieć dziś lepszy humor –
zauważył trafnie. – Czyżby kolejna służka uległa twojemu urokowi? – Uniósł
sugestywnie brew.
Quentin zaczerwienił się. Nie był kobieciarzem. Nie
wykorzystywał kobiet, a tak właśnie zasugerował niższy książę. Nic nie mógł
poradzić, że podobał się im. Mimo to nie zamierzał skrzywdzić żadnej z nich.
Szanował płeć piękną.
– Tylko rozmawialiśmy – nie skłamał. Owszem, miał kilka
romansów ze służącymi, jednak z Giulią łączyło go coś innego.
– Jasne. – Luc zdawał się mu nie wierzyć.
Służka
została z nim prawie całą noc, w ciągu której zdążył się o niej sporo
dowiedzieć. Początkowo wstydziła się mówić. Odważyła się dopiero po dłuższym
monologu księcia. Była w podobnym wieku, co on, i służyła w pałacu stosunkowo
od niedawna. Wcześniej pracowała w polu. Pochodziła z biednej, licznej rodziny.
Chętnie opowiadała o młodszym rodzeństwie, w szczególności o siostrach. Podobnie
jak większość poddanych nie posiadała nazwiska. Quentinowi podobał się błysk w
jej oczach.
Przyszły
król zwierzył się Giulii ze swoich problemów, sam nie miał pojęcia czemu. Powiedział
jej o problemach z bratem, o tym, jak bardzo martwi się o Yves’a i o
wątpliwościach związanych z koronacją. Czuł, że mógł jej zaufać.
Przytuliła
go. Chociaż wcześniej bała się go ze względu na jego tytuł, w ciągu tej jednej
nocy zdążyli zbliżyć się do siebie na tyle, by pozwolić sobie na ten czuły gest.
Długo trwali w uścisku. Pocieszyła go. Co więcej, wyznała mu, że dla niej już
jest wspaniałym królem, a on jej uwierzył. Musiał się jej jakoś odwdzięczyć.
Z
zamyślenia wyrwał go głos Luciena. Nastolatek narzucił wolne tempo. Wyglądał,
jakby bił się z myślami. Zagryzł usta.
–
Q, nie chcę się znowu kłócić, ale muszę ci coś powiedzieć.
Następca
tronu uniósł brwi, zaciekawiony, co próbuje przekazać mu młodszy brat, który
zazwyczaj nie krępował się, wypowiadając nawet niecenzuralne słowa.
–
Nie powinieneś ufać naczelnikowi. On nie mówi ci wszystkiego. – Lux powiedział
to ze śmiertelną powagą.
Na
czole Quentina pojawiła się drobna zmarszczka. Miał wrażenie, że się
przesłyszał.
– Ja… słyszałem przypadkowo, jak… Quentin. On może być
zamieszany w wypadek Yves’a – rzekł bez ogródek Lucien. W jego oczach malował
się smutek.
Przyszły król zatrzymał się. Zamarł w bezruchu. Starał
się pojąć słowa brata, ale udział naczelnika w próbie zabójstwa generała
kompletnie nie chciał mu przejść przez myśl. Lucien zdecydowanie zmyślał.
Zapewne chciał zwrócić na siebie uwagę. Znał d’Avora i nigdy w życiu nie
posądziłby go o działanie przeciwko królestwu. To po prostu do niego nie
pasowało. Przymknął oczy i pokręcił głową.
– Co ty w ogóle mówisz? – Spojrzał na młodszego księcia z
nadzieją, że ten wycofa swoje oskarżenia i przyzna się do kłamstwa. To musiały
być żarty. – Lennox nie zrobiłby czegoś takiego. Służył naszemu ojcu, a wkrótce
będzie doradzał także i mnie. Z pewnością nie ukrywa nic przede mną. Jest
oddany ojczyźnie.
– Ale jego rodzina pochodzi z Kier. To jego prawdziwa
ojczyzna. – Rodzina d’Avor, owszem, pochodziła z południowego królestwa i tam
też mieszkała jej znaczna część. Ojciec naczelnika, Clovis d’Avor, zapracował
sobie na tytuł najlepszego krawca i projektanta w Kier, jednak rozwijać mógł
się jedynie w Karo, które słynęło z wyrobów szwalniczych. Mężczyzna wystąpił
zatem o obywatelstwo zachodniego państwa i uzyskał je, dzięki swoim
umiejętnością i współpracy obu krajów. Stąd niewielka część jego rodu
przeniosła się do „diamentowego królestwa”.
Q znał historię rodziny Lennoxa, ale nie zwracał uwagi na
ich pochodzenie.
– Urodził się w Karo. Jest honorowym Diamentianem.
Luc warknął, dając upust gromadzącego się w nim gniewu.
„Jakbym
gadał do ściany” – pomyślał, zaciskając pięści. – „Dlaczego on jest taki
naiwny?”.
Wbił
zęby w wargę.
– Quentin, on cię okłamuje, zrozum to. Widziałem go, jak
rozmawiał z jakimś mężczyzną o tobie i o wypadku. Nie wiem dokładnie, co
planują, ale oni definitywnie spiskowali przeciwko nam wszystkim. A Gustave–
Tego było już za wiele.
– Gustave’a też w to mieszasz?! – uniósł się Quentin.
Stanowczo za długo znosił oszczerstwa Luciena. Jak po tym wszystkim mógł
obrażać ich opiekuna? Widocznie nastolatek nie miał szacunku do honorowych
ludzi. – Nie, na pewno coś źle usłyszałeś i teraz wyciągasz zbyt pochopne
wnioski. – Wielkie konflikty zazwyczaj wynikały właśnie z takich nieporozumień.
– Kiedy to prawda. – Lux uparcie trwał przy swoich
racjach. – W ten spisek zamieszanych jest więcej osób. Oni planują coś złego.
– Dosyć tego! – Q nie wytrzymał. Nie chciał kłócić się z
bratem, ale ten nie dał mu wyboru. – Lucien, nie mogę oskarżać kogoś o zdradę
bez żadnych dowodów, dlatego że ty tak twierdzisz. Nie wiem, co widziałeś i
słyszałeś, ale zapewniam cię, że nikt nic nie knuje. A to, co przydarzyło się
Yves’owi, było czystym wypadkiem, zawinił sprzęt. – Starał się jak
najdelikatniej wytłumaczyć, co nie było łatwe, bo Luc wystarczająco wyprowadził
go z równowagi.
Na moment zapadła cisza. Powietrze jakby zgęstniało wokół
nich. Atmosfera między braćmi potrafiła zmienić się w okamgnieniu.
Młodszy książę siedział na koniu ze spuszczoną głową.
Jego rumak niecierpliwił się i rozgrzebywał kopytem ziemię.
– Nie ufasz mi? – Odważył się spojrzeć Quentinowi w oczy.
Q zawahał się z odpowiedzią. Oczywiście, że powinien
darzyć brata zaufaniem, ale… No właśnie. Lucien był tajemniczy. Albo zamykał
się w swojej komnacie, albo wyjeżdżał do Kaskad, a tak przynajmniej twierdził.
Jego zachowanie wzbudzało podejrzenia i ostatnimi czasy starszy Lamont zaczął
się nawet zastanawiać, co takiego ten przed nim ukrywa, bo definitywnie coś
skrywał. Wcześniej zaciekle bronił wroga, a teraz dodatkowo oskarżał Naczelnika
Karo o spisek. Wyglądało to podejrzanie.
– A powinienem ci ufać we wszystkim? – Pytanie zawisło w
powietrzu. Quentin zaciekle wpatrywał się w nastolatka. Chciał darzyć go
zaufaniem, ale w tej chwili nie potrafił. Im więcej rozmawiał z bratem,
utwierdzał się w przekonaniu, jak mało o nim wie.
Lucien spuścił głowę. Milczał.
Brak
odpowiedzi z jego strony był wymowny.
–
Czyli rozumiem, że nie. – Następca tronu westchnął. Część jego liczyła, że Luc
zmieni swoje podejście, odwoła zarzuty i przeprosi. Zawiódł się.
I
pomyśleć, jeszcze przed kwadransem śmiali się do rozpuku i wspólnie żartowali.
Zaskakujące, jak bracia szybko potrafili popaść w kolejny konflikt. Z kłótni na
kłótnię było coraz gorzej.
Quentin
siadł z konia. Natychmiast podbiegł do niego jeden z paziów i odebrał od niego
lejce. Przyszły władca ruszył do pałacu, nie pożegnawszy się nawet z Lucienem.
Miał dość, potrzebował wytchnienia. Przez to wszystko wyleciało mu nawet z
głowy, by poinformować brata o jego przyszłych treningach. Trudno, dowie się o
tym listownie.
Nie
postawił nawet kilkudziesięciu kroków, gdy zawołał go Gustave. Mężczyzna
podbiegł do niego.
Lucien pozostał nieruchomo w miejscu, gdzie stał
wcześniej. Kurczowo ściskał lejce.
Lacroix skłonił się lekko.
– Książę, otrzymałem właśnie wiadomość – oznajmił,
oddychając ciężko.
Q
spojrzał na niego pytająco. Obawiał się kolejnych złych wieści. Spiął się. Ostatnie
zdarzenia wyczuliły go na tym punkcie.
–
Orszak Królowej Kier jest w drodze.
Quentin
z trudem przełknął zalegającą w przełyku gulę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz