Król Diamentów – Rozdział V

niedziela, 30 czerwca 2019

           Wszystko działo się zdecydowanie za szybko. W jednej chwili całe jego życie wywróciło się do góry nogami. Ponownie.
            Quentin wciąż pamiętał, jak przed rokiem żegnał się z rodzicami. Nie przeczuwał zbliżającej się tragedii. Nic tego nie zapowiadało, nikt nawet nie myślał o katastrofie, choć każdy miał świadomość kruchości ludzkiego życia. Płynęli tylko do Kier z wizytą dyplomatyczną. Ich statek wielokrotnie pokonywał dłuższe rejsy, zaś Morze Srebrzyste nie należało do niespokojnych. Obiecali prędko wrócić. Ale tak się nie stało. Jak przez mgłę wspominał moment, w którym dowiedział się o ich śmierci, podobnie zresztą pogrzeb. Najbardziej jednak zapadło mu w pamięć bicie żałobnych dzwonów, które teraz ponownie rozbrzmiewały echem w jego głowie.
            Dlaczego zawsze tracił to, co kochał?
            Znów miał przed oczami jej twarz. Roześmianą, jakby nic a nic się nie stało. A przecież wydarzyło się tak wiele. Duże czarne oczy patrzyły na niego z troską i oddaniem. Zawsze, gdy tylko w nie spoglądał, zapominał o wszelkich problemach i całkowicie oddawał się przyjemnemu uczuciu, jakie odnajdywał w jej ramionach. Kochał Henriette. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Wspierała go w trudnych chwilach, pocieszała po stracie rodziców. Tylko w niej znajdował zrozumienie. Rozumiała, jak ciężkie spoczywało na nim brzemię, w przeciwieństwie do rodzonego brata. Miał nawet zamiar oświadczyć się Henriette, zmienić prawo, by ją poślubić, choć była jedynie zwykłą służącą. Ale ona również została pogrzebana.
            I teraz znów los chciał odebrać kolejną osobę, na której Q zależało.
            „Trzymaj się, Yves” – powtarzał, ściskając mocniej lejce. Wiedział, że jego przyjaciel był niezwykle silny i zawsze walczył do końca, jednak… Ten wypadek doprawdy wyglądał przerażająco i mógł skończyć się tragicznie. – „Nie mogę nikogo więcej stracić”.
            Quentin starał się odgonić wszelkie złe myśli i skupić na jeździe. Koń był szybki, ale Q, i tak, miał wrażenie, że wciąż gna ulicami Montanagne zdecydowanie za wolno. Dudniło mu w uszach. Chciał, jak najszybciej, znaleźć się przy przyjacielu. Wybrał możliwie najkrótszą i najmniej uczęszczaną drogę, aby nie rzucać się mocno w oczy. Przyszły władca pędzący na koniu przez stolicę nie należał raczej do najczęstszych widoków. Na całe szczęście jego tożsamość skrywał kaptur peleryny.
            Do pałacu wpadł przez bramę niemalże jak huragan. Energiczny tętent kopyt odbijał się echem. Quentin zatrzymał się dopiero przy głównym wejściu do budynku. Od razu pojawili się przy nim służący oraz strażnicy.
            – Wasza Książęca Mość, czy wszystko w porządku? – pytali. – Proszę z nami.
Q rzucił im jedynie lejce i błyskawicznie odprawił z kwitkiem. Kątem oka dostrzegł stojącą karocę. Dotarli wcześniej od niego, więc Yves’em powinien zajmować się już królewski lekarz.
Książę pobiegł schodami do wejścia pałacu. Gwardziści, widząc go, natychmiast otworzyli wrota. Wyglądali na równie zmartwionych całym wydarzeniem. Ponownie zaczepił go jeden ze służących. Przyszły władca nie miał czasu na rozmowę, zwłaszcza na taką, z której i tak nic by się nie dowiedział. Czym prędzej pognał w stronę komnaty nadwornego lekarza. Dłonie mu się trzęsły.
Minął kilka korytarzy, wśród których można było łatwo się zgubić. Ale on za dobrze znał ten pałac. Nawet nerwy nie mogły sprawić, żeby pomylił drogę. Zbyt często przebywał u medyka z obrażeniami po ciężkich treningach.
Tak się śpieszył, że omal nie zderzył się z Lennoxem. Mężczyzna także był roztrzęsiony. Uścisnął go.
– Wasza Wysokość, cóż za tragedia. Gdy się o tym dowiedziałem, omal mi serce nie stanęło. Na sam widok generała Sola pomyślałem o najgorszym, ale… Oh, dobrze, że chociaż, Waszej Książęcej Mości, nic nie jest. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co by to było, gdyby Waszej Wysokości coś się przytrafiło.
Stali tuż przed komnatą medyka. Naczelnik dopiero co stamtąd wyszedł. Quentin spojrzał prosto w jego oczy. Spojrzenie pełne… zmartwienia? To chyba było odpowiednie słowo. Q często łapał się na tym, że nie do końca potrafił odczytać i nazwać rzeczywiste emocje Lennoxa.
– Wiadomo już cokolwiek? Żyje? – Te pytania z trudem przeszły mu przez gardło. Czuł, iż z każdą sekundą jego puls gwałtownie przyspieszał. Chciał znać odpowiedzi, a jednocześnie nie. Bał się prawdy. Po kolei tracił wszystkie bliskie mu osoby. Czy ktoś rzucił na niego jakąś klątwę?
D’Avor westchnął. Położył dłoń na ramieniu Quentina. Tak właśnie zachowywali się ludzie, kiedy mieli przekazać drugiej osobie najgorsze wieści.
– Generał Sol… – Lennox urwał na moment. Przygryzł wargę. Wydawał się tłumić w sobie wszelkie odczucia, jednak i tak na jego twarzy pojawił się grymas. Odwrócił na chwilę wzrok. Książę nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział go w podobnym stanie. – Generał Sol żyje. – Wypowiedział te słowa powoli. Quentin poczuł, jak kamień spada mu z serca.
– Całe szczęście. – Wypuścił trzymane w płucach powietrze. – Bałem się, że…
– Książę – zwrócił się do niego poważnym tonem naczelnik. Zacisnął mocniej dłoń na jego ramieniu. – Nie chcę cię martwić, ale generał Sol znajduje się w naprawdę ciężkim stanie. Lekarz właśnie zaczął go badać, jednak już na pierwszy rzut oka stwierdził, że to będzie cud, jeśli z tego wyjdzie.
Quentin zachwiał się. Stracił grunt pod nogami. Oparł się o ścianę.
– Ale spokojnie, Wasza Wysokość. Wciąż jest nadzieja, więc nie traćmy jej. – Lennox zmusił go do spojrzenia na siebie. – Pamiętaj doktor Tracine to wspaniały lekarz z wieloletnim doświadczeniem. Służył na froncie i ocalił wielu naszych żołnierzy. Nawet tych, którzy wydawali się, że nie przeżyją następnego dnia.
Q doceniał starania d’Avora, ale nie potrafił wykrzesać z siebie ani odrobiny energii. Miał świadomość profesjonalności doktora, a także jego skłonności do pesymizmu i przesady. Mężczyzna nieraz straszył Quentina, że przez ciągłe treningi i obrażenia po nich odetnie mu kiedyś rękę. Był starym, marudnym starcem, ale znał się na rzeczy – w to książę nie wątpił. Mimo to nie mógł myśleć pozytywnie, choć próbował.
Chciał spytać, czy może zajrzeć do komnaty medyka, jednak w ostatniej chwili powstrzymał się. Wiedział, jak będzie brzmiała odpowiedź. Przeszkadzałby tylko. Pozostało jedynie bezczynne czekanie.
Lennox poklepał go.
– Wszystko się ułoży, Wasza Wysokość.
Po raz ostatni omiótł Quentina wzrokiem i odszedł.
Książę oparł się o drzwi i osunął na podłogę. Bezradność przerażała go. Z komnaty dobiegały szmery, ale Q nie potrafił zrozumieć, co się tam dzieje. Westchnął. Żałował, że nie mógł znaleźć się przy przyjacielu. Powinien być z nim i nie tracić nadziei. W końcu wina za wypadek leżała po jego stronie – tak przynajmniej uważał.
Postanowił, że skoro nic nie zdziała w sprawie stanu Yves’a – kompletnie nie znał się na medycynie – to poczeka chociażby przed pokojem lekarza na nowe wieści, nawet jeśli musiałby tam sterczeć przez wieczność. Duchem był przy przyjacielu.
– Quentin?
Książę odwrócił się w stronę dobiegającego głosu. Natychmiast zerwał się i rzucił w objęcia opiekuna. Gustave odwzajemnił uścisk.
– Dobrze, że jesteś – wyszeptał Quentin. Z trudem powstrzymywał gromadzące się w kącikach oczu łzy. Lacroix pewnie nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo w tej chwili Q potrzebował oparcia. Mężczyzna nic nie odpowiedział, tylko przytulił mocniej wychowanka.
Quentin uwielbiał w swoim opiekunie to, że zawsze był przy nim w najtrudniejszych momentach. Nie wygadywał mu, nie obwiniał, nie krzyczał.
– Bądź silny, Quentinie. Yves nie chciałby, żebyś się rozklejał. – Gustave spojrzał na niego pokrzepiająco. Przyszły władca zdobył się na drobny, choć chwilowy, uśmiech. Pociągnął nosem.
– Nie, nie chciałby… – powtórzył. – Nie znosił płaczu i ckliwych momentów. – Quentin z przerażeniem złapał się na tym, iż powiedział o przyjacielu w czasie przeszłym, zupełnie jakby już odszedł. Zakrył dłonią usta.
– Powinieneś odpocząć – stwierdził Lacroix, mierząc księcia od stóp do głów. Nie musiał nic więcej mówić, by Q wiedział, jak okropnie wyglądał. Domyślał się.
Był cały pokryty pyłem. Część jego ubrań, w szczególności spodnie, rozdarła się i kategorycznie nie nadawała do ponownego założenia. Podejrzewał, że spuchły mu oczy. Najgorzej prezentowały się ręce. Wcześniej założył białe rękawiczki, żeby ukryć rany na dłoniach, nie chciał martwić innych swoim stanem. Wolał, aby zajęli się Yves’em. Mimo wszystko nadal odczuwał pieczenie i zaschniętą krew na rękach przy każdym ich ruchu. Sam powinien zwrócić się do medyka, jednak zignorował ból.
– Nie, zostanę tu. Ze mną wszystko w porządku. Naprawdę, Gus.
– Książę, nalegam. Pamiętaj, że musisz dbać przede wszystkim o swoje własne zdrowie.
Quentin pokiwał głową.
– Wiem, wiem. Po prostu… wolałbym tu poczekać – oświadczył. Był zmęczony, ale nie chciał wracać do swojej komnaty. W każdej chwili mogło wydarzyć się coś przełomowego i nie darowałby sobie, gdyby nie dowiedziałby się o tym pierwszy. Poza tym nie mógł tak spokojnie się położyć. Emocje nadal w nim wrzały.
Gustave nie wydawał się przekonany co do jego zamiaru. Q uważał, iż mężczyzna za bardzo martwił się o jego zdrowie. Jednak nigdy nie naciskał, rozumiał upór księcia.
– Nie zamierzam cię zmuszać, ale mimo wszystko każdy potrzebuje odrobiny wytchnienia. – Quentin zdawał sobie sprawę, że opiekun miał poniekąd rację. Kiedy Lacroix badawczo spojrzał na jego dłonie, natychmiast ukrył je za plecami. – Na pewno nic ci się nie stało, Wasza Wysokość? – zapytał z troską Gustave.
– O–oczywiście. – Nie zabrzmiał przekonująco.
Starszy mężczyzna sapnął. Q dopiero teraz zorientował się, że książęcy opiekun był nawet bardziej zmęczony niż on sam. Miał podkrążone oczy. Quentin czuł się podle, dokładając mu kolejnych zmartwień.
– Dobrze, to twoja decyzja.
– A może jednak… – Książę przygryzł wargę. – Może pięć minut nie zrobi wielkiej różnicy. – Nie był pewien swoich słów. Zwątpił we wcześniejszy plan. Nie chciał denerwować Gustave’a swoją determinacją. Otrzepał pył z ubrania. – Pójdę się przebrać i za moment tutaj wrócę.
Lacroix uśmiechnął się i poklepał go.
– Idź. Będę tu na ciebie czekał.
Przez ułamek sekundy Q poczuł na ramieniu dziwne ciepło, gdy Gustave go dotknął. Nie zwrócił na to szczególnej uwagi, bo za bardzo się spieszył. Zgromadził w sobie resztki sił i szybkim krokiem udał się do swojej komnaty.
Skręcając w drugi korytarz, kątem oka dostrzegł, jak Gus wchodził do pokoju lekarza. Pomyślał, że chyba mu się przywidziało.
♦♦♦
Odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że stan Yves’a był w miarę stabilny. Nie miał pojęcia, jakim cudem tak nagle mu się poprawiło, w ciągu zaledwie dwóch dni, ale dziękował za to losowi. Wierzył, w umiejętności medyka.
Mimo tego mężczyzna nadal nie odzyskał przytomności, na szczęście przewidywano, że wkrótce się obudzi. Quentina martwiło trochę zachowanie doktora Tracine, który zapytany  o przyszłe funkcjonowanie Yves’a, natychmiast zmieniał temat lub odpowiadał niejednoznacznie, zagadkowo, jakby wahał się, czy powiedzieć coś jeszcze.
Książę opadł na łoże. Był zmęczony. Ostatnie godziny spędził przy przyjacielu, trzymając go za rękę. Mówił do niego z nadzieją, iż ten usłyszy. Chciał być obok Yves’a, gdy ten się wybudzi, jednak medyk wygonił go i polecił odpocząć. Po części miał rację, bo Quentin czuł się wyzbyty z resztek energii.
Starał się jakoś trzymać, wiedział, że Sol nie lubił, kiedy się zamartwiał. Z pewnością wygłosiłby reprymendę, żeby Q natychmiast wziął się w garść i nie użalał się nad nim.
Myśl o przyjacielu wywołała lekki uśmiech. Przypomniał sobie ich rozmowę sprzed wypadku. Yves radził mu, by porozmawiał z bratem. Quentin obiecał, że to zrobi. Zastanawiał się, w jaki sposób powinien zaprosić Luciena na spotkanie. Listownie czy osobiście? Jego rozmyślania zostały przerwane.
Ktoś zapukał delikatnie do drzwi. Q poderwał się i rozkazał wejść. W jego komnacie pojawiła się ta sama służka, która przyszła poinformować go o naradzie. Ta, która przypominała mu Henriette.
Kobieta przyniosła tacę z kolacją. Nie patrzyła na księcia. Była wyraźnie speszona. Zaczęła sprzątać stolik. Jej ruchy były gwałtowne. Denerwowała się, chciała jak najszybciej wykonać swoją pracę. Quentin złapał się na stałym obserwowaniu jej. Nie po raz pierwszy spotkał się z tym, że nowe służące drżały w jego obecności. Starannie dbały o każdy swój ruch, jakby obawiały się jego surowej reakcji, chociaż on nigdy nie uniósł się ani nie podniósł ręki na żadną z nich. Podejrzewał, iż strach powodowała jego ranga.
Służka skończyła wycierać. Zabrała misę i, gdy miała chwycić szklankę, naczynie wyślizgnęło się jej z dłoni. Dźwięk tłuczonego szkła rozległ się echem po komnacie.
            Kobieta z jeszcze większym przerażeniem rzuciła się, żeby wszystko pozbierać.
– J–j–ja przepraszam, Wasza Wysokość… – wykrztusiła. Desperacko chwytała odłamki. – Zaraz wszystko posprzątam. Tak strasznie przepraszam, Wasza Wysoko–
Przerwała, gdy tylko Quentin ujął jej dłoń. Krwawiła. Zaczął zbierać pozostałości szkła. Przez chwilę patrzyła na niego osłupiona z otwartymi ustami.
– W–wasza Wysokość, proszę to zostawić. To moja wina, ja to posprzątam. Inaczej, Wasza Książęca Mość, się pokaleczy.
Q ponownie jej przerwał. Nie był pewny dlaczego. Po prostu czuł, że musi to zrobić, jakby to on zawinił. Nie chciał, aby się zraniła. Krew powoli zaczynała wzbudzać w nim odrazę. Zanim Henriette umarła, z dnia na dzień wypluwała jej coraz więcej.
– Jak się nazywasz?
Dziewczyna zaczerwieniła się. Nie odpowiadała przez moment.
– Giulia… Po prostu Giulia, Wasza–
– Mów mi Quentin. Po prostu Quentin. – Uśmiechnął się do niej. Nieśmiało to odwzajemniła. Razem zbierali odłamki szkła.
Quentin potrzebował z kimś porozmawiać. Brakowało mu towarzystwa. Nie miał nikogo, komu mógł się w tej chwili wyżalić. Henriette odeszła, a Yves… Wolał o tym nie myśleć. Żałował, że nie między nim a Lucienem nie było jak dawniej. Chciał to naprawić. Zmęczyła go samotność.
Giulia pozbierała resztki szkła i odłożyła je na tacę. Zamierzała wyjść, ale Q zatrzymał ją. Nie miał zamiaru spędzić kolejnej nocy samotnie.
– Zostań. – To nie był rozkaz, ale prośba. Brzmiał trochę jak desperat, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jednak nie przejmował się tym.
Spojrzeli sobie w oczy. Zastanawiała się. Quentin miał nadzieję, że nie podejmie tej decyzji tylko ze względu na to, kim jest i z obawy przed sprzeciwieniem się przyszłemu królowi.
– Proszę.
Odwróciła głowę. Zawstydziła się. Nieśmiałość dodawała jej uroku. Q podobało się, w jaki sposób jej policzki pociemniały.
– D–dobrze… Zostanę – wyszeptała. Wyglądała, jakby chciała dodać coś jeszcze, prawdopodobnie jeden z jego tytułów królewskich, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język, przypomniawszy sobie, o co wcześniej ją poprosił.
Quentin odetchnął. Nie chciał zmuszać Giulii, by spędziła z nim noc. Potrzebował wyrzucić z siebie wszystkie swoje strapienia. Czuł, że służąca była doskonałą słuchaczką, która nie będzie go oceniać, krytykować ani użalać się nad nim. Brakowało mu przyjacielskich pogadanek.
Miał świadomość, że młoda kobieta nieco się denerwowała, dlatego posłał jej serdeczny uśmiech. Wskazał na szezlong i zaprosił ją, aby usiadła. Przystała na to. Jej ruchy były niepewne, cnotliwe. Zajął miejsce obok służki. A wtedy z jego ust wylał się potok słów.
♦♦♦
            Kolejna bezsenna noc dała o sobie znać. Lucien ze zmęczeniem przecierał szczypiące oczy. Nie powinien spędzać tyle czasu nad książkami przy świecach. Jednak czynił to w nadziei na lepsze jutro. Nabyta ostatnio księga wydała mu się dość interesująca niż sądził przedtem. Ciekawiło go dawne życie przodków.
            Potrzebował świeżego powietrza. Było już późne popołudnie, jego ulubiona pora dnia. Zaspanym krokiem przemierzał długie korytarze pałacu. Lubił przesiadywać w królewskich ogrodach, zwłaszcza wieczorem. Potrzebował oczyścić umysł, zebrać myśli.
            Wybrał drogę na skróty. Nie lubił dużo chodzić. Przeczesał ręką blond włosy. Naprawdę był zmęczony. Marzył o odpoczynku przy fontannie – tylko on, szum drzew i śpiew ptaków. Żałował, że nie mógł znaleźć się w Kaskad, z dala od problemów, w samotności. Tamtejsza przyroda, którą stanowiły przede wszystkim lasy, wydawała mu się bardziej interesująca i tajemnicza.
            Z zamyślenia wyrwały go szepty. Na korytarzu nie zauważył nikogo. Ale drzwi jednej z komnat były lekko uchylone. To stamtąd dochodziły głosy.
            Lucien najciszej jak tylko mógł, zbliżył się, aby podsłuchać rozmowę. Miał przeczucie, że powinien to zrobić. Ostatnio w pałacu działo się wiele dziwnych i podejrzanych rzeczy.
            Coś spadło z hukiem i roztrzaskało o podłogę. Lux wzdrygnął się, jego puls przyspieszył. Jednak to nie był on. Dźwięk pochodził ze środka.
            – Było już tak blisko! – Wypowiedź ociekała jadem. Ton wydał się księciu poniekąd znajomy. Z przerażeniem spojrzał na wygrawerowaną tabliczkę na ścianie. Komnata naczelnika!
            Rozległy się kroki. Ewidentnie był tam ktoś jeszcze. Lucien przysunął się bliżej, żeby zajrzeć przez szparę. Nie rozpoznał go. Mężczyzna stał do niego tyłem. Miał ciemne, krótko ścięte włosy i bliznę z tyłu głowy, która biegła aż od szyi.
            – Co prawda, nie wszystko poszło tak, jak planowaliśmy, ale… – Głos był mu obcy, szorstki i niski, z południowym akcentem. – Sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. Jedno nędzne życie nie stanowi dla nas problemu.
            Luc zmarszczył brwi.
            „O czym oni rozmawiają?” – Nie chciał przedwcześnie oskarżać d’Avora, w końcu mógł natrafić na wyrwaną z kontekstu konwersację, ale od jakiegoś czasu wydawało mu się, że ten coś knuje. Nie jednokrotnie rozważał śledzenie go.
            Lennox uśmiechnął się przebiegle znad swojego biurka. Obok leżała potłuczona waza.
            – Na nasze szczęście jego stan nie należy do najlepszych, słyszałem, że prawdopodobnie nie będzie mógł chodzić, tylko… może coś podejrzewać. Nie jest ani głupcem, ani pustą marionetką. – Przygryzł wargę. – Niezbyt pomogliśmy mu trafić na tamten świat – prychnął.
„Czyżby rozmawiali o… Yves!” – Lucien wybałuszył oczy. Zakrył dłonią usta. Oni nie mogli odpowiadać za wypadek generała. Prawda?
Nieznany mężczyzna przytaknął.
– Nie ukrywam, że znów chętnie bym mu pomógł. – Zacisnął pięści. Książę, choć nie widział jego twarzy, mógł przysiąc, że widniał na niej diabelski uśmieszek.
Naczelnik gestem ręki uspokoił go. Zastanawiał się nad czymś. Żyłki na jego czole drgnęły. Wstał i podszedł do okna. Lux uważnie śledził jego każdy ruch.
– Na razie pozwolimy mu żyć – zarządził. – Dopóki jest nieprzytomny, nie może nam zaszkodzić. Dajmy księciu nadzieję. Potem będzie nam łatwiej nim manipulować.
Lucien zacisnął zęby, aż się w nim gotowało. Miał ochotę wpaść tam i rzucić się na obu mężczyzn. Nigdy nie przypuszczał, że naczelnik może być tak wyrachowany. Nie do końca wiedział, co planował d’Avor ani jaki był jego cel, ale powoli zaczynał łączyć fakty. Nie mógł tak po prostu tego zostawić, zignorować. Musiał powiedzieć Quentinowi, ostrzec go, jednak potrzebował niezbitych dowodów. Przypuszczał, iż brat nie uwierzy mu ot tak, zwłaszcza że aktualnie nie dogadywali się zbyt dobrze. Może i Q ostatnimi czasy go wkurzał, lecz chciał mu pomóc.
Tylko że jego brat ufał Lennoxowi bardziej niż jemu.
Barczysty nieznajomy sapnął, przetarł dłonią twarz. Wydawał się poddenerwowany, zamiary naczelnika chyba nie do końca przypadły mu do gustu, ale nie zaprotestował.
– Zostaw to wszystko mnie. Zajmę się i księciem, i generałem. Dopilnuję, żeby nikt nie przeszkodził nam w realizacji naszego planu.
D’Avor nadal wyglądał przez okno.
– Doskonale, ale… – Lennox zamyślił się na moment. Odwrócił się. Jego twarz była przerażająca. Odrażające. – Jeśli zawiedziesz, nie licz na litość. Błędy mogą nas sporo kosztować. Ona nie będzie taka łaskawa.
Ona?”.
Drugi mężczyzna skłonił się. Lucien nie przypuszczał, że może być taki posłuszny.
– Rozumiem. Co tylko rozkażesz, Panie.
W tym momencie drugie drzwi prowadzące do gabinetu, tyle że od strony Sali Posiedzeń, otworzyły się. Z nich wyłonił się… Gustave! Naczelnik pozostał niewzruszony, nie speszył się, choć przerwano mu intrygującą rozmowę.
– O, Gustave! Jak dobrze, że jesteś, chciałem z tobą porozmawiać. – Lennox podszedł do mężczyzny i zagarnął go ramieniem. – Pozwól, że ci przedstawię…
Lux zakrył usta. Zakręciło mu się w głowie. Chciał krzyczeć. Nie mógł już dłużej ani na to patrzeć, ani podsłuchiwać d’Avora. W takim stanie łatwo o błąd i zauważenie. Trząsł się. Omal nie zahaczył o wiszący na ścianie obraz.
Czyżby Lacroix także był w to zamieszany?! Przecież… Nie, to nie działo się naprawdę. Młody książę ruszył w kierunku swojej komnaty, kołysząc się. Gustave był człowiekiem honorowym, dobrym, który gardził przemocą i nigdy w życiu nie skrzywdziłby nikogo – a przynajmniej tak się Lucienowi zawsze wydawało. Teraz miał mnóstwo wątpliwości, aż zakręciło mu się w głowie. Nie potrafił dopuścić do siebie myśli, że opiekun mógłby spiskować wraz z Lennoxem.
„Po prostu znalazł się tam przypadkowo, w końcu nie uczestniczył w rozmowie wcześniej” – tłumaczył sobie, ale średnio w to wierzył.
Pędził, jakby obawiał się, że ktoś go nakrył. Chciał prędko skryć się w swoim pokoju, bo rozmyślania w ogrodach już mu się odwidziały. Początkowo nie zauważył brata stojącego pod jego komnatą, omal na niego nie wpadł.
Lucien otworzył szeroko oczy. Nie spodziewał się tutaj Quentina. Niespodzianka za niespodzianką.
Luc musiał przyznać, że starszy książę wyglądał nieco lepiej. Na jego twarzy malowało się mniej zmęczenia, a i oczy nie były już aż tak podkrążone. Q widząc brata, uśmiechnął się delikatnie. Lucien poczuł dziwny ścisk w piersi. Wiedział, że nie mógł mu powiedzieć o tym, co przed chwilą usłyszał. Nie chciał denerwować Quentina jeszcze bardziej. To nie był odpowiedni moment, jednak przysiągł, że Q o wszystkim się dowie. Na pewno. Nie zabierze tej tajemnicy do grobu.
– Bracie, gdzie byłeś? Szukałem cię. – Słowa Quentina wypełniała troska. – Masz chwilę? Chciałbym porozmawiać.
– Emmm… – Lux zastanowił się na moment speszony. – T–tak. Chyba. – Nie chciał teraz rozmawiać, ale nie potrafił odmówić bratu, głównie ze względu na wypadek jego przyjaciela.
– To dobrze. Na początku miałem przekazać ci to listownie, ale ostatnio w ogóle się nie widzieliśmy. – Quentin obracał na palcu złoty sygnet. Obawiał się czegoś. – Chciałbym jutro po śniadaniu udać się na przejażdżkę konną po ogrodach. Pomyślałem, że moglibyśmy wtedy pomówić o… Wiesz,  porozmawiać tak, jak za dawnych lat. W końcu tyle się wydarzyło. – Parsknął.
Atmosfera była napięta, wręcz niezręczna. Mimo wszystko Lucien tęsknił za czasami błogiego dzieciństwa, kiedy bezgranicznie sobie ufali i spędzali wspólnie czas.
– Zgadzasz się– Nie, tak nie przystoi – mruknął pod nosem Q. Odchrząknął. – Książę, czy uczynisz ten zaszczyt przyszłemu królowi i zechcesz mu towarzyszyć w porannej przejażdżce?
Quentin miał talent do zręcznej zmiany nastroju.
Luc nie mógł się powstrzymać na tyle, żeby nie zaśmiać się. Pamiętał, że kiedyś często karcono ich za niewyrażanie się w sposób oficjalny. To on zwykle miał z tym problem, bo nie umiał trzymać języka za zębami, zwłaszcza gdy ktoś go zirytował.
Chłopak dygnął.
– Ależ oczywiście, Wasza Wysokość, że zaszczycę cię swoim szanownym towarzystwem.
Obaj bracia mimowolnie się uśmiechali. Lucien podziwiał Quentina, że ten nadal był w stanie wykrzesać z siebie aż tyle humoru. To dziwne, ale przez tę ulotną chwilę rozmawiali prawie – bo nadal czuło się między nimi jakąś barierę – jak kilka lat temu.
– Doskonale. Dopilnuję, aby służba obudziła księcia na czas. – Q nachylił się do niego i wyszeptał: – Tylko nie zaśpij. Wiem, że lubisz wyganiać służbę, żeby dłużej poleżeć w łóżku. – Puścił mu oczko.
– Jas– To znaczy, co tylko rozkażesz, Panie.
Starszy książę śmiał się, lecz zaraz spochmurniał. Chociaż Lux był na niego zły za to, że wymierzył mu karę, nie umiał długo gniewać się na brata i nie przejmować jego stanem.
– Wszystko w porządku? Słyszałem, że Yves z tego wyjdzie…
– Tak, tak. – Wypuścił trzymane w płucach powietrze. – To nic takiego, porozmawiamy o tym jutro.
            Quentin ponownie przywdział maskę, jakby nic się nie wydarzyło. Lucien miał świadomość, że potrafił udawać i dusić w sobie emocje, w końcu jaki starszy brat, taki młodszy. Wiedział również, by nie drążyć tematu. Nie w takiej chwili, nie na korytarzu.
            Trwali w milczeniu. Q zawahał się, jakby chciał już odejść, ale w ostatniej chwili przypomniał sobie o czymś. Zza marynarki wyjął list.
            – Gustave przekazał mi to. Powiedział, że nie może dać ci tego osobiście, bo musiał pilnie zająć się Alix.
            „Czyli tak to się teraz nazywa. Opieka nad córką równa się spotkanie z Lennoxem”. – Krew zawrzała w żyłach Luciena. Gustave samotnie wychowywał siedmioletnią córkę, dlatego często zabierał ją ze sobą do pałacu i czasami do niej zaglądał. Dziewczynka zwykle bawiła się w pokoju służących, Lux czasem ją odwiedzał. Nie miała przyjaciół, rzadko wychodziła na dwór ze względu na swój… defekt. Książę rozumiał, czemu królewski opiekun poświęcał tyle czasu córce, jednak świadomość, co tak naprawdę robił Gustave, zirytowała go. Kto wie, ile razy oszukał ich w podobny sposób.
Zawsze myślał, że Lacroix jest ostatnią osobą, która dopuściłaby się kłamstwa. Odkąd dorósł, na każdym kroku boleśnie przekonywał się, jak okrutna jest rzeczywistość.
            Na samą myśl o oszustwie, Lucien poczuł wyrzuty sumienia. Fakt, on również okłamywał najbliższych, tyle że działał w dobrej wierze. Nie chciał nikomu zaszkodzić, a już tym bardziej kogoś zabić. Był pewny, iż za wypadkiem Yves’a stał naczelnik.
            – To od Czarnego Jokera, Yorika. – Quentin wręczył mu kopertę z nienaruszoną pieczęcią. Lucien mimowolnie się zarumienił.
            – Dziękuję. A, i jego imię wymawia się Jorik, nie Yorik – pouczył brata. Sam na początku miał problemy z imieniem Jokera, w końcu język herszki znacznie różnił się w wymowie, i nie tylko, od montenewskiego. Na szczęście miał dobrego nauczyciela. – Przyjechał osobiście?
            – Nie, przysłał jastrzębia z wiadomościami i listem zaadresowanym do ciebie. Przepraszał, że nie mógł przybyć, ale ma na głowie zbyt dużo obowiązków… – Q skrzywił się. Mlasnął językiem. – Pomaga nowemu Królowi Trefl.
            Lux skinął głową. Ściskał kopertę, jakby była najcenniejszym skarbem. Próbował nie dać po sobie poznać, że cała sytuacja go poruszyła. Żałował, iż Joker nie zjawił się osobiście.
            – Rozumiem.
            Quentin odpowiedział mu podobnym gestem i odszedł, nie mówiąc już nic.
            Lucien czym prędzej umknął do swojej komnaty.
♦♦♦
            – Ze wszystkich form spędzania wolnego czasu, dlaczego akurat przejażdżka konna?
            Quentin podejrzewał, że taka właśnie będzie reakcja jego brata. Nie przejął się zbytnio narzekaniem. Wzruszył ramionami.
            – Dlatego, drogi bracie, że to jedna z najlepszych form rozrywki.
            Lucien przewrócił oczyma. Q pomyślał, że jeśli dalej będzie tak robił, to w końcu mu wypadną.
            – Polemizowałbym.
Quentin mimowolnie parsknął pod nosem.
            Gdy wjechali na mostek, rozległ się tętent kopyt. Przyszły król uwielbiał ten dźwięk. Przypominał mu wojskowe wyprawy.
            – Zdecydowanie wolałbym przejechać się pociągiem – rzekł z nutą rozmarzenia Luc. Rzadko mówił o czymś z pasją.
            Starszy książę osłupiał.
– Czym? – Popatrzył na niego ze zdziwieniem.
– Słyszałem, że to nowy środek transportu w Pik i Trefl. Wielka stalowa maszyna, napędzana parą. Szkoda, że nasi uczeni nie opatentowali jeszcze takiej technologii, a zamiast tego woleli tracić czas na jakieś bzdety, jak na przykład–
Lucien ugryzł się w język.
Q wiedział, iż miał na myśli sprzęt na wspinaczki.
            Większość Diamentian nie była zwolennikami zmian. On sam nie przepadał za technologią. Wiedział, ile złego może wyrządzić i trwał w przekonaniu, że niedługo zgubi ona pozostałe królestwa, ale jednocześnie bał się, w jaką siłę mogą one urosnąć i wpierw zniszczyć jego ojczyznę. Miał świadomość podjęcia wkrótce decyzji, dotyczącej unowocześnienia broni wojskowej. Miecze nie mogły równać się materiałom wybuchowym.
            Odrzucił te myśli na bok. Teraz czas poświęcał bratu. Starał się, aby atmosfera między nimi nie była napięta, a nie należało to do najłatwiejszych zadań, kiedy rozmawiało się z Lucienem.
            – Nie przesadzaj. Jazda konna jest wciąż lepsza od formalnych rozmów i siedzenia w pałacu.
            – Albo wspinania.
            Quentin zatrzymał konia.
Lux od razu zorientował się, co powiedział. Mógł ugryźć się w język.
            – J–ja… przepraszam. Nie to miałem na myśli – zaczął tłumaczyć. Zrobiło mu się głupio.
            – Nie, nie przepraszaj. Wiem, o co ci chodziło. – Posłał bratu drobny uśmiech, chociaż na samo wspomnienie wypadku posmutniał nieco.
            Codziennie po kilka razy zaglądał do komnat medyka i siedział przy łóżku Yves’a. Nie chciał przegapić momentu, w którym przyjaciel wreszcie się obudzi. Rokowania były dobre, mimo wcześniejszych przekonań. Tak jakby wydarzył się cud. Ale na jego barkach spoczywały też inne obowiązki, dlatego, w razie nieobecności, natychmiast miał zostać powiadomiony, gdyby coś działo się z Yves’em.
            Poklepał swojego ogiera i ruszył dalej ścieżką przez pałacowe ogrody. Diament zarżał. Lucien często wytykał mu brak kreatywności, w szczególności do nazewnictwa. On za to nazwał swojego nowego wierzchowca Fabien. Było to dość egzotyczne imię w Karo, ale Q nie zastanawiał się długo nad niecodziennym wyborem brata.
            Jechali powoli – Quentin na białym koniu, a Luc na czarnym. Z pewnej odległości, tak żeby książęta mieli odrobinę prywatności, obserwowali ich paziowie, gotowi świadczyć swoje usługi na każde zawołanie.
            Cisza zrobiła się odrobinę niezręczna. Quentin wiedział, że powinien przeprosić brata za swoje ostatnie zachowanie, jednak nie był pewien, jak powinien zacząć.
            Lucien również wyglądał, jakby zastanawiał się nad czymś. Wodził wzrokiem po ogrodach. Czekał.
            Q westchnął. Musiał to zrobić. Nie chciał, aby między nim a Lucienem popsuło się jeszcze bardziej.
            – Lux, posłuchaj–
            – Mówiłem ci, żebyś tak do mnie nie mówił. – Luc spojrzał na niego spode łba.
            – Kiedyś jakoś ci to nie przeszkadzało – stwierdził Quentin. Przywołał w głowie wspomnienia z dzieciństwa. – Sam je wymyśliłeś, bo twoje imię było za długie do wymówienia przez trzylatka.
            Mimo to na twarzy młodszego księcia dalej malował się grymas.
– Nie jestem już dzieckiem – żachnął się.
Quentin mentalnie ukrył twarz w dłoniach i ciężko sapnął. Nie rozumiał czemu Lucien nagle zaczął się dąsać z powodu zdrobnienia. On osobiście nie miał nic przeciwko, żeby bliscy zwracali się do niego „Q”. Przezwisko to zresztą wymyślił jego brat.
– Więc jak niby powinienem się do ciebie zwracać? Luc? Luci?
            – Ani tak, ani tak. Nie po to mam pełne imię.
Quentin zanotował to sobie w myślach na przyszłość. Chociaż i tak będzie mu ciężko się przestawić. Mimo wszystko nie chciał kłótni z bratem o takie błahostki.
– Dobrze, niech będzie Lucien. Ale pamiętaj, dla mnie zawsze będziesz moim małym braciszkiem Luxem. – Gdyby nie jechali teraz na koniach, z pewnością zmierzwiłby mu włosy.
            Nie wiedział, o czym powinni rozmawiać. Każdy niemalże temat mógł okazać się drażliwy, a przecież mieli się pogodzić.
Pomyślał o zachowaniu młodszego księcia w czasie zgromadzenia i doszedł do wniosku, że wina za słowa brata leżała także po jego stronie. Po śmierci rodziców Q rzucił się w wir obowiązków, kompletnie pomijając Luca, który pewnie znosił to gorzej niż on i potrzebował wsparcia. Nie zastąpił mu ojca, nawet nie próbował.
To był jego błąd.
– Ja… Posłuchaj, przepraszam – wyrzucił z siebie Quentin. Serce biło mu szybciej.
            Lucien zmrużył oczy.
            „Za co?” – zdawała się mówić jego mina.
            Q speszył się nieco. Nie był dobry w przeprosinach. Jako przyszłego władcę, to najczęściej jego błagano o skruchę. Odchrząknął i kontynuował:
            – Przepraszam, że ostatnio byłem dla ciebie zbyt ostry i… zaniedbywałem cię. Powinienem był częściej się za tobą wstawiać. Przechodzisz trudny okres, rozumiem to, zwłaszcza po śmierci rodziców–
            – Wystarczy – uciął Lux. – Przeprosiny przyjęte – wymamrotał.
            Quentin był zdziwiony, jak łatwo przeszło mu to przez usta. Spodziewał się raczej prychnięć i złośliwych komentarzy. Zawsze myślał, że jego brat długo chował urazę.
Odetchnął z ulgą. Jakaś część jego przybiła sobie piątkę. Nie sądził, iż uda mu się to tak szybko. Musiał podziękować Yves’owi za rady.
Znaleźli się w jednej z alejek. Lekki powiew wiatru przywiał ze sobą mocną woń kwiatów, których w ogrodzie znajdowało się od groma. Niestety, książę nie znał wszystkich nazw, choć podejrzewał, że gdyby zapytał Luciena, ten z pewnością odpowiedziałby mu, podając nawet informacje na temat ich kwitnienia i sposobu pielęgnacji. W przeciwieństwie do brata rzadko siedział z nosem w książkach.
– Wiem, że to Yves polecił ci rozmowę ze mną – wyrzucił z siebie Lucien, przywracając go do rzeczywistości.
            Teraz to Quentin był zaskoczony.
            – Skąd ty to–
            – To dobry człowiek. Ma na ciebie dobry wpływ. Na pewno z tego wyjdzie.
            Lucien nie miał zbyt wielu okazji, żeby poznać Sola, ale mimo to Q uśmiechnął się. Wiedział, że to prawda. Yves był jego jedynym przyjacielem, któremu w pełni ufał. Zawsze robił dobrą minę do złej gry. Nie poddawał się.
            Quentin, pomimo iż wierzył w ducha walki przyjaciela, nadal nie mógł opędzić się od czarnych scenariuszy.
            – Obyś miał rację.
            Lux pociągnął za lejce i okręcił konia tak, by stanąć twarzą w twarz z bratem.
            – Przypomnij mi, kiedy ja niby nie mam racji, hm?
            Brwi starszego z książąt uniosły się do góry.
            – A chcesz listę? Według porządku alfabetycznego czy czasowego? – rzucił z żartobliwym uśmieszkiem.
            Obaj wybuchli śmiechem. Minęła chwila, zanim zaczerpnęli tchu. Q, o dziwo, poczuł się przez moment, jakby cofnął się w czasie o kilka lat wstecz i znów swobodnie rozmawiał z Lucienem.
Dlatego wydało mu się to nietypowe, bo sytuacja między nimi prezentowała się, jakby nie patrzeć, inaczej. I rzeczywiście, widok śmiejącego się brata sprawił, że Quentin umilkł. Popatrzył na niego podejrzliwie.
            – Masz zaskakująco dobry humor, bracie – zauważył. – Sądziłem, że rzucisz się na mnie z pazurami za te docinki. Czy coś się wydarzyło?
            Luc zareagował natychmiast. Wyglądał niecodziennie, jakby przed chwilą zrzucił jakąś maskę i teraz ciężko mu było założyć ją z powrotem.
– Nie, absolutnie. To nic takiego – odrzekł bez wahania. Zabrzmiało to nienaturalnie, jak kłamstwo. Wydawał się poruszony.
Quentin przyglądał się mu z zaciekawieniem. Pierwszy raz w życiu widział blondyna w takim stanie. Nie mógł w to uwierzyć. Oczy jego brata błyszczały, a on sam był mniej naburmuszony i nie potrafił kryć się ze swoimi emocjami tak jak wcześniej. Q próbował zrozumieć, co sprawiło, że Lucien zachowywał się w ten sposób. Rozważał kilka opcji, ale kiedy wreszcie domyślił się, rozszerzył szeroko oczy. Przeżył szok.
– Nie wierzę. Zakochałeś się! – niemalże krzyknął. Nie wiedzieć czemu, miał ochotę się roześmiać. Nigdy wcześniej nie potrafił sobie wyobrazić, jakby wyglądał zakochany Lucien. Teraz poznał odpowiedź.
            – Ciszej! Bo jeszcze ktoś usłyszy – oburzył się Lux, szamocząc na koniu. Zwrócili na siebie uwagę paziów. – I nie, nie zakochałem się.
            Tym razem to Quentin mógł polemizować.
            – Lucien, proszę cię. Masz iskierki w oczach, jakbyś dopiero co wrócił ze spotkania ze swoją sympatią. Nawet twoja gburowatość nie potrafi tego ukryć.
            Q dopiero teraz zauważył, iż młodszy książę potrafi denerwować się również w uroczy sposób. Cieszył się, że udało mu się poznać jego drugą stronę charakteru. To nie zdarzało się zbyt często i gdyby tylko mógł, uwieczniłby to w jakiś sposób.
            Nie wytrzymałby, nie zadawszy tego pytania:
            – Kim ona jest?
            Policzki Luca przypominały dojrzałego pomidora, a z oczu sypały się gromiące spojrzenia.
            – Nie ma żadnej jej – odpowiedział podirytowany. Poklepał konia i ruszył pędem.
            Quentin nie byłby sobą, gdyby nie zaczął go gonić.
Ścigali się. Wiatr rozwiewał ich włosy. Dawno tego nie robili. Kiedyś Q specjalnie dawał bratu wygrać, ale teraz nie zamierzał odpuszczać. Szturchnął lekko konia łydkami, by ten szybciej galopował. Zrównał się z Luxem.
            Oboje przekroczyli linię mety, którą wyznaczał koniec ścieżki.
            Lucien odsapnął i spojrzał na Quentina podejrzliwie.
            – Ty również zdajesz się mieć dziś lepszy humor – zauważył trafnie. – Czyżby kolejna służka uległa twojemu urokowi? – Uniósł sugestywnie brew.
            Quentin zaczerwienił się. Nie był kobieciarzem. Nie wykorzystywał kobiet, a tak właśnie zasugerował niższy książę. Nic nie mógł poradzić, że podobał się im. Mimo to nie zamierzał skrzywdzić żadnej z nich. Szanował płeć piękną.
            – Tylko rozmawialiśmy – nie skłamał. Owszem, miał kilka romansów ze służącymi, jednak z Giulią łączyło go coś innego.
            – Jasne. – Luc zdawał się mu nie wierzyć.
Służka została z nim prawie całą noc, w ciągu której zdążył się o niej sporo dowiedzieć. Początkowo wstydziła się mówić. Odważyła się dopiero po dłuższym monologu księcia. Była w podobnym wieku, co on, i służyła w pałacu stosunkowo od niedawna. Wcześniej pracowała w polu. Pochodziła z biednej, licznej rodziny. Chętnie opowiadała o młodszym rodzeństwie, w szczególności o siostrach. Podobnie jak większość poddanych nie posiadała nazwiska. Quentinowi podobał się błysk w jej oczach.
Przyszły król zwierzył się Giulii ze swoich problemów, sam nie miał pojęcia czemu. Powiedział jej o problemach z bratem, o tym, jak bardzo martwi się o Yves’a i o wątpliwościach związanych z koronacją. Czuł, że mógł jej zaufać.
Przytuliła go. Chociaż wcześniej bała się go ze względu na jego tytuł, w ciągu tej jednej nocy zdążyli zbliżyć się do siebie na tyle, by pozwolić sobie na ten czuły gest. Długo trwali w uścisku. Pocieszyła go. Co więcej, wyznała mu, że dla niej już jest wspaniałym królem, a on jej uwierzył. Musiał się jej jakoś odwdzięczyć.
Z zamyślenia wyrwał go głos Luciena. Nastolatek narzucił wolne tempo. Wyglądał, jakby bił się z myślami. Zagryzł usta.
– Q, nie chcę się znowu kłócić, ale muszę ci coś powiedzieć.
Następca tronu uniósł brwi, zaciekawiony, co próbuje przekazać mu młodszy brat, który zazwyczaj nie krępował się, wypowiadając nawet niecenzuralne słowa.
– Nie powinieneś ufać naczelnikowi. On nie mówi ci wszystkiego. – Lux powiedział to ze śmiertelną powagą.
Na czole Quentina pojawiła się drobna zmarszczka. Miał wrażenie, że się przesłyszał.
            – Ja… słyszałem przypadkowo, jak… Quentin. On może być zamieszany w wypadek Yves’a – rzekł bez ogródek Lucien. W jego oczach malował się smutek.
            Przyszły król zatrzymał się. Zamarł w bezruchu. Starał się pojąć słowa brata, ale udział naczelnika w próbie zabójstwa generała kompletnie nie chciał mu przejść przez myśl. Lucien zdecydowanie zmyślał. Zapewne chciał zwrócić na siebie uwagę. Znał d’Avora i nigdy w życiu nie posądziłby go o działanie przeciwko królestwu. To po prostu do niego nie pasowało. Przymknął oczy i pokręcił głową.
            – Co ty w ogóle mówisz? – Spojrzał na młodszego księcia z nadzieją, że ten wycofa swoje oskarżenia i przyzna się do kłamstwa. To musiały być żarty. – Lennox nie zrobiłby czegoś takiego. Służył naszemu ojcu, a wkrótce będzie doradzał także i mnie. Z pewnością nie ukrywa nic przede mną. Jest oddany ojczyźnie.
            – Ale jego rodzina pochodzi z Kier. To jego prawdziwa ojczyzna. – Rodzina d’Avor, owszem, pochodziła z południowego królestwa i tam też mieszkała jej znaczna część. Ojciec naczelnika, Clovis d’Avor, zapracował sobie na tytuł najlepszego krawca i projektanta w Kier, jednak rozwijać mógł się jedynie w Karo, które słynęło z wyrobów szwalniczych. Mężczyzna wystąpił zatem o obywatelstwo zachodniego państwa i uzyskał je, dzięki swoim umiejętnością i współpracy obu krajów. Stąd niewielka część jego rodu przeniosła się do „diamentowego królestwa”.
            Q znał historię rodziny Lennoxa, ale nie zwracał uwagi na ich pochodzenie.
            – Urodził się w Karo. Jest honorowym Diamentianem.
            Luc warknął, dając upust gromadzącego się w nim gniewu.
„Jakbym gadał do ściany” – pomyślał, zaciskając pięści. – „Dlaczego on jest taki naiwny?”.
Wbił zęby w wargę.
            – Quentin, on cię okłamuje, zrozum to. Widziałem go, jak rozmawiał z jakimś mężczyzną o tobie i o wypadku. Nie wiem dokładnie, co planują, ale oni definitywnie spiskowali przeciwko nam wszystkim. A Gustave–
            Tego było już za wiele.
            – Gustave’a też w to mieszasz?! – uniósł się Quentin. Stanowczo za długo znosił oszczerstwa Luciena. Jak po tym wszystkim mógł obrażać ich opiekuna? Widocznie nastolatek nie miał szacunku do honorowych ludzi. – Nie, na pewno coś źle usłyszałeś i teraz wyciągasz zbyt pochopne wnioski. – Wielkie konflikty zazwyczaj wynikały właśnie z takich nieporozumień.
            – Kiedy to prawda. – Lux uparcie trwał przy swoich racjach. – W ten spisek zamieszanych jest więcej osób. Oni planują coś złego.
            – Dosyć tego! – Q nie wytrzymał. Nie chciał kłócić się z bratem, ale ten nie dał mu wyboru. – Lucien, nie mogę oskarżać kogoś o zdradę bez żadnych dowodów, dlatego że ty tak twierdzisz. Nie wiem, co widziałeś i słyszałeś, ale zapewniam cię, że nikt nic nie knuje. A to, co przydarzyło się Yves’owi, było czystym wypadkiem, zawinił sprzęt. – Starał się jak najdelikatniej wytłumaczyć, co nie było łatwe, bo Luc wystarczająco wyprowadził go z równowagi.
            Na moment zapadła cisza. Powietrze jakby zgęstniało wokół nich. Atmosfera między braćmi potrafiła zmienić się w okamgnieniu.
            Młodszy książę siedział na koniu ze spuszczoną głową. Jego rumak niecierpliwił się i rozgrzebywał kopytem ziemię.
            – Nie ufasz mi? – Odważył się spojrzeć Quentinowi w oczy.
            Q zawahał się z odpowiedzią. Oczywiście, że powinien darzyć brata zaufaniem, ale… No właśnie. Lucien był tajemniczy. Albo zamykał się w swojej komnacie, albo wyjeżdżał do Kaskad, a tak przynajmniej twierdził. Jego zachowanie wzbudzało podejrzenia i ostatnimi czasy starszy Lamont zaczął się nawet zastanawiać, co takiego ten przed nim ukrywa, bo definitywnie coś skrywał. Wcześniej zaciekle bronił wroga, a teraz dodatkowo oskarżał Naczelnika Karo o spisek. Wyglądało to podejrzanie.
            – A powinienem ci ufać we wszystkim? – Pytanie zawisło w powietrzu. Quentin zaciekle wpatrywał się w nastolatka. Chciał darzyć go zaufaniem, ale w tej chwili nie potrafił. Im więcej rozmawiał z bratem, utwierdzał się w przekonaniu, jak mało o nim wie.
            Lucien spuścił głowę. Milczał.
Brak odpowiedzi z jego strony był wymowny.
– Czyli rozumiem, że nie. – Następca tronu westchnął. Część jego liczyła, że Luc zmieni swoje podejście, odwoła zarzuty i przeprosi. Zawiódł się.
I pomyśleć, jeszcze przed kwadransem śmiali się do rozpuku i wspólnie żartowali. Zaskakujące, jak bracia szybko potrafili popaść w kolejny konflikt. Z kłótni na kłótnię było coraz gorzej.
Quentin siadł z konia. Natychmiast podbiegł do niego jeden z paziów i odebrał od niego lejce. Przyszły władca ruszył do pałacu, nie pożegnawszy się nawet z Lucienem. Miał dość, potrzebował wytchnienia. Przez to wszystko wyleciało mu nawet z głowy, by poinformować brata o jego przyszłych treningach. Trudno, dowie się o tym listownie.
Nie postawił nawet kilkudziesięciu kroków, gdy zawołał go Gustave. Mężczyzna podbiegł do niego.
            Lucien pozostał nieruchomo w miejscu, gdzie stał wcześniej. Kurczowo ściskał lejce.
            Lacroix skłonił się lekko.
            – Książę, otrzymałem właśnie wiadomość – oznajmił, oddychając ciężko.
Q spojrzał na niego pytająco. Obawiał się kolejnych złych wieści. Spiął się. Ostatnie zdarzenia wyczuliły go na tym punkcie.
– Orszak Królowej Kier jest w drodze.
Quentin z trudem przełknął zalegającą w przełyku gulę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
FREE BLOGGER TEMPLATE BY DESIGNER BLOGS